Ruszył Warszawski Festiwal Filmowy. Nie wiesz co obejrzeć? Ruszamy z pomocą!

Na 34. Warszawskim Festiwalu Filmowym zobaczymy m.in. "Eter" Krzysztofa Zanussiego
Na 34. Warszawskim Festiwalu Filmowym zobaczymy m.in. "Eter" Krzysztofa Zanussiego Warszawski Festiwal Filmowy, materiały prasowe
Ruszył bardzo lubiany przez mieszkańców stolicy Warszawski Festiwal Filmowy. Filmów jest ponad 190, wybór czegoś dla siebie może być więc trudny. Ruszamy z pomocą i wybieramy te produkcje, które podczas warszawskiego święta kina po prostu trzeba zobaczyć.

Na początek trochę liczb. Warszawski Festiwal Filmowy, bez którego wielu kinomaniaków nie wyobraża sobie jesieni, odbywa się już po raz 34-ty i potrwa do 21 października. Ne ekranach Multikina Złote Tarasy i Kinoteki zobaczymy ponad 190 filmów – 110 pełnometrażowych i 80 średni oraz krótkometrażowych.

Co więcej wszystkie te obrazy przybyły nad Wisłę z 61 krajów świata, w tym z Japonii, Rosji, Turcji, Meksyku, Bułgarii, Francji czy Filipin. Oczywiście będą też filmy z Polski, m.in. „7 uczuć”, nowe dzieło Marka Koterskiego (już w kinach) o młodości Adasia Miauczyńskiego. Polska produkcja wraz z 14 innymi filmami powalczy w Konkursie Międzynarodowym o główną festiwalową nagrodę.

To nie koniec imponujących liczb. Jak wyjawił na konferencji prasowej przed rozpoczęciem WFF dyrektor festiwalu Stefan Laudyn, 30 procent zakwalifikowanych filmów zostało wyreżyserowanych przez kobiety. A to niezłe osiągnięcie w czasach, w których reżyserki wciąż muszą walczyć o przebicie się do szerszej publiczności czy festiwalowych ramówek.


– To, co jest dla mnie bardzo istotne, to świeżość programu. Zapewniam państwa, że nie ma w Polsce drugiego takiego festiwalu filmów fabularnych, który miałby podobne statystyki. Mamy w programie 15 premier światowych, 18 międzynarodowych, 5 europejskich, 39 wschodnioeuropejskich i 28 premier polskich – mówił Laudyn dziennikarzom.

Liczby liczbami, ale co tak naprawdę obejrzeć na festiwalu z tak nabitym programem?
Przedstawiamy nasze typy.

”Rafiki”, reż. Wanuri Kahiu (Kenia)

O tym kenijskim filmie, który jako pierwszy w historii został pokazany na festiwalu w Cannes, było na świecie głośno. To z powodu decyzji krajowej Komisji ds. Klasyfikacji Filmów, która w kwietniu zakazała wyświetlania ”Rafiki” (w języku suahili oznacza to przyjaciela) w kinach w Kenii. Powód? „Promowanie lesbijstwa”.

Film kenijskiej reżyserki Wanuri Kahiu to bowiem historia dwóch młodych kobiet, Keny i Ziki, które się w sobie zakochują. Ich miłość musi przetrwać jednak wiele prób: nie tylko rywalizację ich ojców w lokalnych wyborach, ale również uprzedzenia społeczności oraz prawo, które zakazuje wiązanie się ze sobą osobom tej samej płci. Co zwycięży? Szczęście czy bezpieczeństwo?

”Rafiki” w końcu trafiło do kenijskich kin. Jednak tylko na siedem dni. Zgodę na to wyraził sąd, aby umożliwić filmowi walkę o wewnętrzną nominację do Oscara. Nie udało się, Kenię reprezentować będzie obraz ”Supa Modo” o matce małej dziewczynki-superbohaterki, która stara się, aby ostatnie dni życia jej dziecka były najszczęśliwsze.

Jednak mimo to reżyserka ”Rafiki”, 38-letnia Kahiu, nie ukrywała radości z tego, że Kenijczycy chociaż przez chwilę mogą zobaczyć jej film. „Placzę. (…) Tyle radości! Nasza konstytucja jest mocna! Dziękuję za wolność ekspresji!”, pisała na Twitterze.

”Irina”, reż. Nadejda Koseva (Bułgaria)

O tym filmie na pewno długo nie zapomni się po wyjściu z kina. Jego bohaterką jest tytułowa Irina, matka i żona, która pewnego dnia traci pracę kelnerki. Tego samego dnia jej mąż ma wypadek i zostaje kaleką.

Aby utrzymać swoją rodzinę Irina decyduje się na ryzykowny krok – postanawia zostać surogatką, a więc urodzić dziecko innej kobiety. Bohaterka nie zdaje sobie jednak sprawy, jak trudno będzie jej rozstać się z dzieckiem, które chociaż nie jest jej, to przecież przez 9 miesięcy było w jej brzuchu.

”To historia o odkrywaniu dla siebie świata na nowo, dzięki sprowadzeniu na niego nowego życia”, mówiła o filmie Nadejda Koseva, dla której ”Irina” jest pełnometrażowym reżyserskim debiutem.

”Mrzyj, monstrum, mrzyj” reż. Alejandro Fadel (Argentyna, Francja, Chile)

To propozycja dla fanów nietypowych horrorów i klimatów fantasy. ”Mrzyj, monstrum, mrzyj”, który miał swoją premierę na tegorocznym festiwalu w Cannes, to historia policjanta Cruza, który prowadzi śledztwo w dziwacznej sprawie. Gdzieś na głębokiej prowincji, w otoczeniu Andów, znaleziono bowiem zwłoki kobiety. Bez głowy.

Pierwszym podejrzanym jest David (mąż kochanki naszego policjanta), który za morderstwo obwinia … Potwora. Mężczyzna trafia do szpitala psychiatrycznego, a Cruz przekonuje się, że to, co mówi David nie jest wyłącznie wymysłem szaleńca.

Krytycy zapowiadają, że ”Mrzyj, monstrum, mrzyj” trzyma w napięciu przez całe 109 minut. Może więc warto przekonać się o tym na własnej skórze?

"Eter”, reż. Krzysztof Zanussi (Polska, Ukraina, Węgry, Litwa, Włochy)

Nowy film Krzysztofa Zanussiego kusi nie tylko nazwiskiem reżysera, ale również obsadą. W ”Eterze” zobaczymy bowiem m.in. Jacka Poniedziałka czy Andrzeja Chyrę.

Kusi też intrygującą fabułą. Oto mamy bowiem Cesarstwo Rosyjskie, początek XX wieku. Wojskowy lekarz (Poniedziałek), który boryka się ze śmiercią ukochanej kobiety, prowadzi eksperymenty medyczne na granicy lekarskiej etyki. Chce bowiem nauczyć się manipulować ludźmi, zmieniać ich zachowania i mieć nad nimi kontrolę.

W badaniach nad granicą rozumu bohater zaczyna się stopniowo zatracać. ”Mimo wszystko nie jest jeszcze za późno, aby jego dusza została ocalona od wiecznego potępienia”, czytamy w opisie filmu na stronie Warszawskiego Festiwalu Filmowego. ”Eter” Zanussiego jest więc wariacją na temat literackiego Fausta, który marzył o wszechwiedzy i posunął się w tym marzeniu o krok za daleko.

”I odpuść nam nasze długi”, reż. Antonio Morabito (Włochy, Szwajcaria, Albania, Polska)

Film, który zamknie 34. WFF, to pierwsza włoska produkcja zrealizowana we współpracy z Netflixem. Do tego w jednej z ról zobaczymy w "I odpuść nam nasze długi” samego Jerzego Stuhra. To zresztą nie jedyne polskie nazwisko w obsadzie. Obok Stuhra zobaczymy bowiem również Agnieszką Żulewską.

Fabuła? Guido (Claudio Santamaria), zwyczajny facet, który pracuje jako magazynier, a wieczorami chadza do baru, w którym pracuje podobająca mu się dziewczyna, popada w olbrzymie długi.

Pewnego dnia Guido zostaje brutalnie pobity przez bandziorów wysłanych przez wierzycieli. Zdesperowany decyduje się na nietypowy krok – zaczyna pracować jako windykator dla osób, którym jest winien pieniądze. Okazuje się, że łatwo nie będzie, a bohater popada w jeszcze większe kłopoty.

”High Life”, reż. Claire Denis (Wielka Brytania, Francja, Niemcy, Polska)

Jeśli chcielibyście zobaczyć obok siebie na ekranie Roberta Pattinsona i Agatę Buzek, teraz macie taką okazję. ”High Life”, anglojęzyczny debiut francuskiej reżyserki Claire Denis, ma w obsadzie nie tylko gwiazdy ”Zmierzchu” i ”Rewersu”, ale również m.in. Juliette Binoche. Zdjęcia realizował z kolei w okolicach Białegostoku polski operator Marcin Rodak.

Zapowiada się niezwykle intrygująco. Punktem wyjścia jest bowiem wysłanie grupy skazańców w …przestrzeń kosmiczną. Monte (Pattinson) jest jednym z nich i żyje na statku kosmicznym (który nigdy nie powróci na Ziemię) z urodzoną już w Kosmosie córeczką Willow.

Bohaterowie lecą w stronę czarnej dziury, a bohater zaczyna poznawać, czym jest miłość. Film chwalą brytyjscy krytycy, warto więc zobaczyć go na warszawskim festiwalu.

”Tramwaj w Jerozolimie”, reż. Amos Gitaï (Francja, Izrael)

To film prawdziwie międzynarodowy. Reżyserem jest Izraelczyk, jednym z głównym bohaterów Francuz (znany z ”Motyla i skafandra” oraz "Wenus w futrze” Mathieu Amalric), a z ekranu usłyszymy język hebrajski, arabski, włoski, jidysz, niemiecki, ladyński i angielski.

Akcja obrazu rozgrywa się w tramwaju, który łączy izraelską i palestyńską część Jerozolimy. Pasażerami są więc ludzie skrajnie odmienni: Izraelczycy, ortodoksyjni Żydzi, Palestyńczycy, zachodni turyści. Chcąc czy nie chcąc, wspólna podróż ich do siebie zbliża.

Reżyser, Amos Gitaï, mówił przed festiwalem: ”Ten film jest ironiczną, ale i optymistyczną zarazem metaforą podzielonego miasta, w którym my, Izraelczycy, Palestyńczycy i inne narodowości, wszyscy próbujemy doświadczyć w tym tramwajowym mikrokosmosie, jak mogłoby wyglądać życie bez wielkich konfliktów i przemocy. Jak moglibyśmy żyć nie zabijając siebie nawzajem, akceptując swoją obecność i dzielące nas różnice”.
Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie
Trwa ładowanie komentarzy...