
Według polskiego prawa ciszą wyborczą jest okres, w którym zabroniona jest jakakolwiek agitacja wyborcza. Oczywiście każdy zakaz można złamać i pomimo grożących kar, co wybory dochodzi jej do naruszeń.
REKLAMA
Mniej więcej w połowie krajów UE obowiązuje cisza wyborcza. W Polsce przepis ten wprowadzono w 1991 roku.
Zaczyna się o północy w dniu poprzedzającym dzień głosowania, a kończy się po zakończeniu głosowania. Czyli w przypadku tegorocznych wyborów samorządowych od północy w sobotę 20.10 do niedzieli 21.10 do godziny 21.
Ale nie wszędzie tak jest. W Czechach cisza trwa trzy dni, a w Egipcie, czy Argentynie – 48 godzin. Z kolei od lat 90. XX wieku nie ma jej w Stanach Zjednoczonych, bo tamtejszy Sąd Najwyższy uznał, że jest ona niekonstytucyjna. Zakazano jedynie agitacji w okolicy lokali wyborczych – na wzór Niemiec.
U nas jest inaczej. Nie można w jakikolwiek sposób namawiać do głosowania na któregokolwiek kandydata. W obrębie lokalu wyborczego nie może być żadnego plakatu ani materiału wyborczego. Każde złamanie tego zakazu grozi karą grzywny do 5 tysięcy złotych. Ale istnieje też szansa na dotkliwszą karę. Po opublikowaniu sondażu w czasie ciszy wyborczej można "zarobić" nawet milion złotych mandatu.
Nagminne łamanie ciszy
Cisza wyborcza teoretycznie to czas, żeby zastanowić się na kogo głosować. Ale umówmy się, że większość wie to o wiele wcześniej lub decyzji dokonuje już nad urną, bo do tej pory nie interesował się wyborami.
Cisza wyborcza teoretycznie to czas, żeby zastanowić się na kogo głosować. Ale umówmy się, że większość wie to o wiele wcześniej lub decyzji dokonuje już nad urną, bo do tej pory nie interesował się wyborami.
A jak są zakazy, to od razu pojawiają się ci, którzy starają sie je obejść lub nagiąć. I tak co wybory dochodzi do naruszeń ciszy wyborczej. Głównie są to ulotki rozdawane w okolicy lokalu wyborczego, plakaty wiszące w nieodpowiednim miejscu lub SMS wysyłane przez kandydatów do potencjalnych wyborców.
Poza tym w dobie mediów społecznościowych zachowanie absolutnej ciszy wyborczej jest kompletnie niemożliwe. Już kilka dni przed tym okresem w sieci pojawia się tzw. "ryneczek", na którym odpowiednie partie lub kandydaci pojawiają się pod pseudonimami. PKW i policja chcąc zabronić agitacji i sondowania wyników, musiałyby "odłączyć" Polskę od internetu, a to brzmi jeszcze bardziej absurdalnie.
