Jedni płaczą, inni są obojętni. Co sprawia, że się wzruszamy?
Jedni płaczą, inni są obojętni. Co sprawia, że się wzruszamy? www.shutterstock.com

Od kilku dni na Facebooku króluje spot „There is a city” opowiadający o rocznicy Powstania Warszawskiego. Film trwa niecałe dwie minuty, za to wzruszenie, które przychodzi po obejrzeniu – znacznie dłużej. Mimo że historia jest prosta, pomysł dość oczywisty, a zdjęcia niezbyt wyszukane, to w trakcie oglądania mimowolnie przechodzą nas dreszcze. Dlaczego jedne rzeczy rozczulają nas do łez, a wobec innych przechodzimy obojętnie? I co sprawia, że się wzruszamy?

REKLAMA
– Wzruszenie wywołuje po pierwsze muzyka, którą słyszymy na wstępie, a potem przewija się przez cały klip – analizuje spot Mateusz Kaczmarczyk, psycholog. – Jest nastrojowa,
buduje napięcie, wprowadza w stan refleksji. Kolejnym elementem są warszawiacy, pokazani bez podziału na klasy społeczne, jako jedna, silna wspólnota. Role odgrywają też sfilmowane miejsca, które są powszechnie znane. Dzięki temu widzowi łatwiej jest się odnieść do filmu, a tym samym utożsamić z Warszawą.
– Film przedstawia Warszawę rozwinięta, nowoczesną, w jasnych barwach. Wszyscy razem pracujemy na to „jasne” miasto, więc pomimo klęski Powstania wzruszamy się dlatego, że wspólnie przeciwstawiliśmy się niemieckiemu totalitaryzmowi i osiągnęliśmy sukces – tłumaczy mi Kaczmarczyk.
Muzyka, odpowiedni dobór czcionki, podniosłe hasła, ciepłe światło. Wszystko to ma wpływ na nasze emocje i generuje silne uczucia. Wpływ ma oczywiście też podniosłość chwili i atmosfera jaka latami jest budowana wokół rocznicy Powstania.
Nie są to jednak bardzo wyszukane środki. Praktycznie każda reklama mogłaby się na nich opierać i w dużej mierze to robi. Dlaczego więc jedne reklamy rozczulają nas, a inne odbieramy jako drażniące wyciskacze łez i przechodzimy obok nich obojętnie?
– Wbrew pozorom emocje nie wynikają nie z treści, a z formy – tłumaczy mi Iwo Zaniewski, dyrektor artystyczny. – Niestety niewielu twórców zdaje sobie z tego sprawę.
To, co najważniejsze w reklamie, to harmonia. Czyli dobór takich środków, które się dopełniają. Jeżeli elementy składowe reklamy nie pasują do siebie, gryzą się, to widz ma poczucie presji dydaktycznej.
Dostaje komunikat „to ma cię bawić, wzruszyć, nauczyć”, ale nie dociera to do niego. Wzruszające reklamy to wcale nie te, które opowiadają świetną historię. To te, które traktują widza jako partnera. Potrafią go zaskoczyć, doceniają jego umysł i są błyskotliwe, tak jak chociażby wielokrotnie nagradzana reklamówka Ikei o lampce. Co ciekawe, reklamy, które wywołują silne bodźce, wcale nie są skuteczne. Uczucie do produktu nie pojawia się przez wzruszenie, ale poczucie satysfakcji. Niestety w Polsce niewiele osób to rozumie. Dlatego nasze reklamy są nieudolnymi, dydaktycznymi tworami, w których od formy ważniejsza jest treść – mówi mi Zaniewski.
Rzeczywiście oglądając kolejne wzruszające spoty można zauważyć, że to co najbardziej na nas działa to właśnie pomysł. Im bardziej zaskakujący i
nieprzewidywalny, tym lepszy. Jak chociażby ten w spocie namawiającym do bezpiecznej jazdy samochodem, gdzie oglądamy wypadek z perspektywy ojca rodziny, który na środku salonu udaje, że prowadzi auto. Zabawa trwa w najlepsze, do czasu kiedy „wymyślony” samochód ulega wypadkowi. Nagle wszystko, to co „na niby” zamienia się w „całkiem serio”. Oczywiście fakt, że oglądamy obraz rodziny, że gra nastrojowa muzyka i przypominamy sobie zabawy z dzieciństwa odgrywa rolę, ale kluczowy wydaje się jednak zaskakujący pomysł, który odwraca przewidywalną sytuację w coś zupełnie nowego.
Czy można więc wzruszeniem manipulować? Chociażby poprzez połączenie kilku klisz wizualnych oryginalnym pomysłem? – Zdecydowanie nie – odpowiada mi Kaczmarczyk, psycholog.
– Wzrusza nas to, co ma silne zabarwienie emocjonalne opierające się na bodźcach afektywnych, które są mimowolne, pojawiają się bez udziału świadomości, więc nie możemy ich kontrolować. Wzruszamy się, ponieważ utożsamiamy się z sytuacją, którą widzimy na ekranie w kinie, czy w życiu codziennym. Nie mamy jednak na to większego wpływu – dodaje Kaczmarczyk.
Wzruszenie jest więc przeżyciem szalenie indywidualnym. – W kinie nie ma twardych zasad, co do łez – mówi mi Bartek Czartoryski, krytyk. – Na jednych zadziała
romantyczna historia, inni rozczulą się widząc kotka, a jeszcze innych nic nie rusza. Reżyserzy oczywiście starają się wywoływać emocje, często posuwając się wręcz do szantażu, ale nigdy nie mają gwarancji, że zadziałają na widza. Dobrym przykładem, może być ostatni francuski hit, film „Nietykalni”. Większość widzów wyszła z kina zachwycona, a na mnie ta produkcja nie zrobiła żadnego wrażenia. Mimo że zawierała wszystkie „działające” elementy, czyli dobrą historię, trochę patosu, niezłe aktorstwo i nastrojową muzykę. Jak widać nie ma reguł, a granica między żywą emocją, a rozdrażnieniem bardzo płynna – tłumaczy mi dziennikarz.