Janina Stawisińska straciła syna w wyniku pacyfikacji kopalni "Wujek". Janek został ranny podczas pacyfikacji. Nie udało się go uratować. Zdjęcie archiwalne. Pani Janina zmarła w 2011 roku.
Janina Stawisińska straciła syna w wyniku pacyfikacji kopalni "Wujek". Janek został ranny podczas pacyfikacji. Nie udało się go uratować. Zdjęcie archiwalne. Pani Janina zmarła w 2011 roku. Fot. Grzegorz Celejewski / Agencja Gazeta

Krystyna Gzik wyjęła rodzinny album z czarno-białymi zdjęciami. – O, tu do chrztu się szykowaliśmy! – wspominała. Jeszcze było normalnie. Życie rodziny Gzików toczyło się zwykłym, szarym rytmem wyznaczanym przez PRL-owską rzeczywistość. Potem było ostatnie spotkanie. – Powiedział mi tylko, żebyśmy z córką wracały już do domu, bo na dworze jest strasznie zimno – wspominała.

REKLAMA

Chociaż niech będzie wiązanka Gdy 16 grudnia 1981 r. w kopalni "Wujek" w Katowicach padły strzały, te kobiety były młodymi żonami, matkami. Rozpoczynały swoją życiową drogę w tych rolach. Okrucieństwo historii sprawiło, że jednocześnie w ich życiu nastąpił początek i koniec tego, co najważniejsze. Żadna z nich nigdy nie starała się pokazywać w blasku fleszy jak bardzo cierpi, jak tęskni.

Jeśli wspominały tragedię "Wujka", to głównie po to, aby przyszłe pokolenia pamiętały. By nikt nigdy nie wymazał z historycznych zapisów nazwisk ich tragiczne zmarłych mężów oraz tych, których marzenia o domu i rodzinie dopiero miały się ziścić. Byli przecież bardzo młodzi, wszystko było przed nimi...

Krystyna Gzik nie miała czasu siedzieć i opłakiwać męża. Organizacja pogrzebu Ryszarda Gzika, który stracił życie "na Wujku", była dramatycznym wyzwaniem pełnym przeciwności na każdym kroku: brak milicyjnych przepustek, "towarzyszący" konduktom funkcjonariusze, którzy zatrzymywali żałobników przed bramą cmentarza, robione z ukrycia zdjęcia, raporty SB, brak możliwości zakupu wiązanek kwiatów. Długo można wymieniać.

– W końcu uprosiłam kwiaciarkę i zrobiła – tak Krystyna Gzik wspominała desperackie próby zachowania normalności w wyjątkowo nienormalnych warunkach.

Znalazła go śmierć Koszalin – Katowice. Każdy kilometr tej trasy znała na pamięć. Pokonała ją setki razy zadając sobie wciąż te same pytania: kto i dlaczego pozbawił życia młodego chłopaka, który znad morza przyjechał na Śląsk, by znaleźć lepszą pracę i lepsze życie?

Czy zamiast tego musiała znaleźć go śmierć? Janina Stawisińska wspominała, że kilka dni przed masakrą w "Wujku" Janek zadzwonił do domu. Zapowiedział, że od 17 grudnia będzie miał urlop i przyjedzie. Mógł uniknąć najgorszego...

Potem był szpital. Czekanie na cud. Janina Stawisińska zatrudniła się jako salowa, by być blisko ukochanego syna.

– Robiłam, co do mnie należało, potem się modliłam – opowiadała. Janek umarł w styczniu 1982 roku. Dla Janiny Stawisińskiej to był cios, który na zawsze odmienił jej życie i zdeterminował do walki o prawdę dotyczącą okoliczności śmierci jednej z najmłodszych ofiar pacyfikacji kopalni "Wujek".

Droga do prawdy wiodła przez sądowe korytarze. Podobnie jak trasę z Koszalina, te miejsca też znała już na pamięć. Jeździła na rozprawy. Była szalenie konsekwentna.

Dziennikarze obserwujący proces nazywali ją z czasem "mamą z Koszalina”. Gehenna trwała kilkanaście lat. Kolejne procesy, kolejne lata i winnych brak. Doczekała wyroku skazującego. Wierzyła, że jest sprawiedliwy. Czy przyniósł ukojenie? Raczej nie. Ewentualnie odrobinę spokoju.

Był wspaniałym człowiekiem Róża Czekalska. Niechętnie rozmawiała z dziennikarzami. Wspominała zupę albo gorącą kawę, które przygotowywała dla męża, Józefa, i przekazywała przez kopalniany płot.

Nie potrafiła pojąć, że Polak strzela do Polaka, że to przedstawiciele państwa stają naprzeciw robotników. W chwili, w której straciła męża, straciła też marzenia: o wspólnym życiu we własnym domku, radości z najprostszych rzeczy, czytaniu książek i zbieraniu znaczków. We wspomnieniach podkreślała, że mąż był wspaniałym człowiekiem.

Celne strzały Specjaliści, którzy pod kierunkiem prof. Władysława Nasiłowskiego przeprowadzali w Katowicach-Ligocie sekcje zwłok zabitych górników, podzielili się pracą i starali się wręcz perfekcyjnie wywiązać z powierzonego zadania.

To były potwornie ciężkie chwile, prokuratorzy patrzyli wszystkim na ręce, obserwowali każdy ruch. Prof. Władysław Nasiłowski wydał kilka opinii na temat przyczyn śmierci górników z "Wujka". Jednoznacznie wskazywał w nich na celność strzałów w newralgiczne dla ludzkiego organizmu miejsca: głowę, klatkę piersiową, tułów.

Makieta przedstawiająca pacyfikację kopalni "Wujek".

O okrucieństwie tamtych dni, cierpieniu przeplatanym chwilami rozpaczy, goryczy, niesprawiedliwości, świadczyć mogą słowa prof. Grzegorza Opali – wybitnego neurologa, wieloletniego szefa kliniki w Centralnym Szpitalu Klinicznym w Katowicach.

Profesor Opala, w czasie uroczystości upamiętniających wydarzenia w "Wujku" wspomniał o wojskowym odwiedzającym tuż przed Bożym Narodzeniem rannych górników w szpitalach. Przyniósł im... czekoladę. Odpowiedzieli krótko: najpierw kule, a potem czekolady... Prezentu nie przyjęli.