"Ciemność widzę, staję przed ścianą". Ratownik szczerze o tym, jak wygląda akcja ratowania górników

2006 rok. Ratownicy z Okręgowej Stacji Ratownictwa Górniczego jadą na akcję ratunkową do kopani Halemba.
2006 rok. Ratownicy z Okręgowej Stacji Ratownictwa Górniczego jadą na akcję ratunkową do kopani Halemba. Fot. Aleksander Prugar / Agencja Gazeta
– Wielu kolegów górników zmarło. I co jakiś czas to wraca. Ale są też miłe momenty, gdy udaje nam się kogoś uratować. Trzeba przecież pamiętać o tym, że jeśli na dole dzieje się tragedia, to poszkodowany, który na nas czeka, jest pewien, że my po niego przyjdziemy. Zasada polskiego ratownictwa polega na tym, że idziemy do końca, chociaż czasem wydaje się, że po kilkunastu dniach człowiek nie ma prawa przeżyć w takich warunkach – mówi nam Grzegorz Pyka, emerytowany ratownik górniczy z 25-letnim stażem. Brał udział w wielu akcjach, m.in. w kopalni Halemba. Tam nie udało się uratować 23 osób.

Od soboty pół Polski wstrzymało oddech i czeka na dobre wieści z Jastrzębia-Zdroju. Jest szansa, że któryś z trzech górników, znajdujących się w kopalni Zofiówka, nadal żyje?

Szansa jest zawsze.

Ratownik górniczy zastanawia się nad tym, czy idzie po żywego, czy martwego człowieka?


Ratownicy zawsze idą po żywego człowieka. Mieliśmy wiele przypadków, gdy po kilkudziesięciu godzinach docierało się do poszkodowanego i on żył. Jego stan zależy przeważnie od miejsca, w którym w danym czasie się znalazł.

Czy podczas tej drogi pojawiają się momenty zwątpienia?

Cały czas idzie się do przodu. Jeżeli nie mam siły, to jestem pewien, że za mną idą przygotowani i wypoczęci ludzie. I jeśli ja już nie mogę, to oni podejmą moją pracę.

W wyrobisku jest bardzo gorąco, jest wysokie stężenie metanu, duża wilgotność. To okrutna walka z czasem i presja ze strony rodziny, mediów. Co było dla pana najtrudniejsze w tej pracy?


Najtrudniejsza była bezsilność. Bo czasami człowiek dosłownie staje przed ścianą. Wydaje się, że już jest blisko, bo ktoś policzył, że do celu pozostaje kilka metrów. A tu nagle ściana – w postaci głazów, jakichś konstrukcji stalowych. I nie jesteśmy w stanie rękoma jej pokonać. W wielu przypadkach, jeśli nie dało się przebić przez wyrobisko, bo zostało ono zniszczone, to prowadziło się równoległe. Każda akcja jest inna. I nie da się prognozować, co będzie dalej. Musimy zmierzyć się z każdą trudną sytuacją. Jeżeli nie dajemy fizycznie, czy technicznie rady, to wchodzą po nas inni. Podejmowane są decyzje typowo techniczne, jak pokonać te działania.

Jak oceniacie, gdzie poszkodowani mogą się znajdować? Macie plan działania?

W takich sytuacjach, jak w Jastrzębiu-Zdroju, trzeba brać wszystko na logikę. Było wiadomo, że został wykonany telefon z konkretnego miejsca. Można policzyć, ile metrów mógł pokonać wycofujący się człowiek. Można kalkulować na podstawie zadania, które było przewidziane do wykonania, sposobu pracy.


W Zofiówce kilka zastępów ratowników pracuje równocześnie. Wychodzicie w różne obszary, czy wszyscy idziecie razem do punktu, w którym mogą się znajdować poszkodowani górnicy?

To zależy. Jeżeli jest możliwość dojścia do człowieka z różnych stron, to próbujemy. Na dole mamy bazę ratowniczą, w której znajdują się zastępy. Kwestię wyjścia zastępu reguluje sztab akcji, który znajduje się na powierzchni. W nim są specjaliści, którzy mają ogląd na całą sytuację.

Czyli Wy raportujecie do sztabu, który podejmuje decyzje.

Dokładnie, my jesteśmy oczami, rękami i uszami sztabu akcji.

Jak wygląda sytuacja pod ziemią? Jak pan zamyka oczy i wraca pamięcią do tamtych lat, to co pan widzi?

Ciemność widzę, ciemność. I odrobinę światła, które rozjaśnia nam korytarze.

Brał pan udział w wielu akcjach, również w tej po wypadku w kopalni Halemba. Zginęło w niej 23 górników. Jak pan to zapamiętał?

Natura ludzka ma to do siebie, że te niemiłe wspomnienia odrzuca. To tak, jak koledzy którzy byli w wojsku. Oni zawsze mają tylko dobre wspomnienia, tych niedobrych nie pamiętają. Taka natura ludzka. Ale to też zależy od człowieka. Psychikę trzeba mieć silną.

No właśnie. Jak sobie ze sobą poradzić, gdy nie uda się pomóc innym? Często to przecież Wasi koledzy.


To jest trudne. Wielu kolegów górników zmarło. Co jakiś czas to wraca. Ale są też miłe momenty, gdy udaje nam się kogoś uratować. Trzeba też pamiętać o tym, że jeśli dzieje się na dole tragedia, to poszkodowany, który na nas czeka, jest pewien, że my po niego przyjdziemy. Zasada polskiego ratownictwa polega na tym, że idziemy do końca, chociaż czasem wydaje się, że po kilkunastu dniach człowiek nie ma prawa przeżyć w takich warunkach. Ale zawsze staramy się dotrzeć po poszkodowanego i zwrócić go rodzinie.

Jak wygląda sam moment dotarcia do takiego górnika? Przebiliście się przez te wszystkie ściany i widzicie, że jest człowiek.

To ogromna adrenalina. Chcemy taką osobę, jak najszybciej wydobyć. Jeśli wytrzymał w tych trudnych warunkach tyle czasu, to chcemy go, jak najszybciej wynieść. Jeśli człowiek jest w pełni sprawny, to jest nam łatwiej. Musimy szybko podjąć decyzję, co dalej, udzielić pierwszej pomocy. Są to czasami trudne sytuacje. Ratownicy to są specyficzni ludzie.

Jacy?

Twardzi, odważni, ale nie szaleńcy.

Czyli ratując życie innych, nie zapominacie o swoim bezpieczeństwie?

Tak. Pamiętajmy, że martwy ratownik nie pomoże poszkodowanemu. Najpierw musimy zadbać o swoje bezpieczeństwo. Zorganizować wszystko tak, byśmy mogli przeżyć i pomóc innym. Odwaga odwagą, ale szaleństwo i głupota – na to nie ma miejsca. Pewne ryzyko musimy ponieść. Nikt nie przewidzi, czy w kopalni Zofiówka nie tąpnie drugi raz. Zawsze z tyłu głowy jest moje bezpieczeństwo. Wiemy, że za nami są inni.

O czym się myśli, idąc górnikom na pomoc?

Myśli się, żeby zrobić swoją robotę i szczęśliwi wyjechać.

Jak pan zapamiętał akcję ratunkową w kopalni Halemba?

Jako wielką tragedię, wypadek. Jakby człowiek wiedział, że się przewróci, to by usiadł. A tego nikt nie mógł przewidzieć. Każdy chce zjechać na dół, wykonać swoją pracę i wrócić do rodziny.

To była pana najtrudniejsza akcja?

Tak, to było skumulowana tragedia. Może być akcja fizycznie wycieńczająca, ale i taka, że się próbowało działać, a nie dało rady.

Trudno jest wyjść i powiedzieć rodzinie górnika, że nie udało się go uratować?

Nie podjąłbym się tego. To już nie nasza praca. Rodziny zmarłych górników informuje sam dyrektor kopalni w asyście lekarza. Wiadomo, że te rodziny różnie reagują.

Ratownik nosi ogromne obciążenie psychiczne. Korzystacie z pomocy psychologa?

Jest taka możliwość. Ale wsparciem jesteśmy też sami dla siebie. W tym zawodzie nie jesteśmy indywidualistami.

Działacie zespołowo.

Jesteśmy drużyną, grupą, zespołem. Tak samo jest ze strażakami. Czasami muszę mieć większe zaufanie do kolegi z pracy niż do rodziny.

Zdaje się, że wciąż dla tych starszych ratowników korzystanie z pomocy psychologa, to powód do wstydu.

Nie, nie ma czegoś takiego. Trzeba pamiętać, że jest się ratownikiem i np. dziś skończyła się akcja, a jutro może być następna. Tego nie się się przewidzieć.

Często dzień po dniu idziecie na akcję?

Może tak być. Dlatego to się nazywa akcja i wypadek. To jest praca zmianowa: na rano, popołudnie i nockę. Wypadek może się zdarzyć w każdej chwili. Zawsze na pierwszy ogień idą ratownicy.

Jesteście uzależnieni od adrenaliny?

Trudno powiedzieć, to zależy od człowieka. Pracując na kopalni, wykonuje się różne prace. Głównie są to sprawy związane z wentylacją kopalni. Człowiek normalnie pracuje. Ma zadanie do wykonania i robi normalną dniówkę tak, jak inni górnicy.

Żona nie kazała panu zmienić pracy?

Oczywiście, że się o mnie martwiła. Jak jeszcze nie było telefonów komórkowych, to zawsze zanim poszedłem z kolegami na piwo, to szedłem się zameldować rodzinie. A potem dopiero mogłem odreagować. Teraz można zadzwonić.

Górnik bardziej ceni życie?

Każdy górnik docenia życie, choćby na kopalni przepracował jedną dniówkę. Widząc starcie sił natury z kruchością człowieka, praktycznie nie mamy szans. I we wszystkich takich wypadkach górniczych możemy mówić o szczęściu lub nieszczęściu.

Liczył się pan z tym, że wychodząc rano do pracy może pan już nigdy nie wrócić do domu i nie zobaczyć swojej rodziny?

O tym się nie myśli. To zostaje z tyłu głowy. Dopiero, gdy jest jakiś wypadek, to te myśli wracają. W pewnym sensie to po iluś latach pracy, to staje się rutyną. Muszę przyjść do pracy, muszę swoje zrobić i wrócić do rodziny. Zasada jest taka: przecież ktoś to musi zrobić.

Jeden z górników, gdy przeżywałam wczorajszą akcję w Jastrzębiu-Zdroju, powiedział mi: "przestań, takie jest ryzyko zawodowe, wpisane w tę pracę, zobacz, ilu kurierów ginie, zobacz, ile przedstawicieli handlowych ginie w drodze do klienta". Wy naprawdę tak patrzycie na swoją pracę?

Jest takie stare śląskie powiedzenie: "Jak ktoś ma pecha, to mu cegłówka w drewnianym kościele na głowę spadnie.

To pan – emerytowany już ratownik górniczy z 25 letnim stażem – może o sobie powiedzieć, że ma szczęście?

Mam szczęście. Przepracowałem te 25 lat na kopalni bez poważniejszego wypadku. Udało mi się. Cały czas mówię, że mi się udało. Pamiętam, że jak odchodziłem z kopalni na emeryturę, to proponowali mi, bym przepracował jeszcze pół roku. Wtedy dostałbym jakąś nagrodę jubileuszową. Podziękowałem. Pieniądze dostanę i je wydam, a przez te pół roku może się w kopalni tyle wydarzyć. Dziękuję, szczęśliwie przepracowałem, swoje zrobiłem. Nadszedł kolejny etap życia, kończę z tym. Losu nie będę kusił.
Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie
Trwa ładowanie komentarzy...