
Wielu z nas ma zapewne wrażenie, że Chiny, Japonia, czy Korea we wszystkich olimpijskich dyscyplinach wystawiają jednego i tego samego zawodnika. Czy skoro myślimy tak, choć wiemy, że to nieprawda, sprawia, że jesteśmy rasistami? Nie, to całkiem normalne. Dla mieszkańców Azji, czy Afryki kilku Kowalskich też wygląda, jak stado klonów. Dlaczego?
REKLAMA
Wiele zamieszania w tej kwestii zrobił wpis na Twitterze prowadzonym przez prześmiewców popularnego hollywoodzkiego aktora Roberta Downey Jr. "Chiny naprawdę zadziwiły mnie na igrzyskach. Wystawiają tę samą osobę do każdego wydarzenia" – napisali podszywając się pod gwiazdora. Ich wpis w ciągu zaledwie dwóch dni przekazało dalej ponad 20 tys. internautów. Jedni zachwyceni dowcipem, inni oburzeni rasizmem, a jeszcze inni zastanawiający się właśnie nad tym, że wszyscy Azjaci wydają się nam tacy sami.
Identyczni dla mózgu
Okazuje się bowiem, że problemy z rozpoznaniem różnicy między kilkoma Azjatami, czy mieszkańcami Afryki przychodzi przeciętnemu mieszkańcowi Europy i Ameryki z takim trudem ze względów czysto naturalnych, a nie przez tkwiącą w nas niechęć do innych ras. Już ponad dwa lata temu naukowcy z University of Glasgow zidentyfikowali pewien neurologiczny mechanizm, który odpowiada za to, że z taką trudnością rozróżniamy twarze ludzi innej rasy.
Czytaj więcej: Obama prowokuje Chiny. "Znajdujemy się w ekonomicznie i strategicznie niebezpiecznym momencie"
Twarz to dla naszego mózgu jakiś bodziec. I za reakcję na ten bodziec odpowiada wzorzec aktywności w prawej półkuli mózgu, która ma ok. 170 milisekund po zobaczeniu przez nas twarzy innego człowieka na zinterpretowanie tego, do kogo ona należy. Wszystko dzieje się według zakodowanego w mózgu wzorca, do którego odnoszone są części twarzy widzianego przez nas człowieka. I co robi nasz mózg widząc Azjatę? Prawie natychmiast wpada w efekt supresji, czyli automatycznie tłumi dalszy proces rozpoznawania twarzy.
Tacy sami dla społęczeństwa
Tzw. cross-race effect jest przedmiotem badań nie tylko neurologów, ale przede wszystkim specjalistów od socjologii i psychologii. Dzięki ich dorobkowi wiemy, że międzyrasowym problemem jest nie tylko odróżnienie Kowalskiego od Nowaka, czy Li od Chena, ale także właściwa ocena emocji, które w danym momencie oni odczuwają. Bo, gdy nie mamy do czynienia z przedstawicielami danej rasy na co dzień, spotykając ich możemy mieć również kłopot z wyczytaniem z ich twarzy, jaki mają nastrój ico chcą nam przekazać.
Tzw. cross-race effect jest przedmiotem badań nie tylko neurologów, ale przede wszystkim specjalistów od socjologii i psychologii. Dzięki ich dorobkowi wiemy, że międzyrasowym problemem jest nie tylko odróżnienie Kowalskiego od Nowaka, czy Li od Chena, ale także właściwa ocena emocji, które w danym momencie oni odczuwają. Bo, gdy nie mamy do czynienia z przedstawicielami danej rasy na co dzień, spotykając ich możemy mieć również kłopot z wyczytaniem z ich twarzy, jaki mają nastrój ico chcą nam przekazać.
Jak wskazuje psycholog Barbara Stawarz, oswojenie z towarzystwem ludzi innej rasy ma w przypadku tego problemu niebagatelne znaczenie – Nie mamy opatrzonych tych rysów. Od dzieciństwa uczymy się rozpoznawać twarze, to cecha bardzo wcześnie pojawiającą się w naszym życiu. My jednak widzimy twarze ludzi, którzy rasowo są do nas podobni, stąd też dużą umiejętność mamy w rozpoznawaniu szczególnie ludzi naszej rasy – tłumaczy. – A twarze Azjatów są dla nas zbyt mało znane. Dlatego nie rozpoznajemy szczegółów, a to właśnie indywidualne cechy są decydujące – podkreśla psycholog.
Z tego powodu cross-race effect to problem, który najmocniej dotyka społeczeństwa, gdzie panuje przyzwyczajenie do wielu rasowych stereotypów. Dlatego o wiele więcej kłopotów nastręcza odróżnienie i odczytanie emocji z twarzy kilku Wietnamczyków przeciętnemu warszawiakowi, niż mieszkańcowi kosmopolitycznego Londynu. Stąd ważne jest zdobywanie nowych kompetencji międzykulturowych.
Milionowe straty
Bo jak twierdzą zajmujący się komunikacją międzykulturowa niemieccy naukowcy z Uniwersytetu w Regensburgu, problemy wywołane przez syndrom tego, że wszyscy Azjaci wydają się nam tacy sami, przekładają się na wymierne straty. Już pięć lat temu dr Alexander Thomas wskazywał, że z jego badań wynika, iż aż połowa negocjacji między Zachodem a Chińczykami skończyła się fiaskiem właśnie przez problemy w komunikacji międzyludzkiej. Potrafiący w czasie ubijania interesów dostrzec najdrobniejszy gest drugiej strony biznesmeni, odczytując emocje Azjatów błądzili jak we mgle. I na odwrót.
Bo jak twierdzą zajmujący się komunikacją międzykulturowa niemieccy naukowcy z Uniwersytetu w Regensburgu, problemy wywołane przez syndrom tego, że wszyscy Azjaci wydają się nam tacy sami, przekładają się na wymierne straty. Już pięć lat temu dr Alexander Thomas wskazywał, że z jego badań wynika, iż aż połowa negocjacji między Zachodem a Chińczykami skończyła się fiaskiem właśnie przez problemy w komunikacji międzyludzkiej. Potrafiący w czasie ubijania interesów dostrzec najdrobniejszy gest drugiej strony biznesmeni, odczytując emocje Azjatów błądzili jak we mgle. I na odwrót.
Zobacz też: Kobiety olimpijczykami drugiej kategorii?
Być może cross-race effect mocno odczuliśmy na własnej skórze w przypadku zaangażowania chińskich budowlańców w budowę autostrady A2. Bo ze wspomnianych badań niemieckich naukowców wynika również, że w przypadku nawet 70 proc. kontraktów, które udało się zawrzeć zachodniemu biznesowi z Azjatami, ostateczne wyniki dalekie są od tych, które można byłoby uzyskać, gdyby w odpowiedni sposób układały się obustronne relacje.
