Ci ludzie mieli przejąć Wisłę Kraków. Kuriozalny wywiad ze wspólnikiem "inwestora" po zerwaniu umowy

Vanna Ly oraz Mats Hartling nawet byli na meczu Wisły, ale żadnych pieniędzy nigdy nie przelali.
Vanna Ly oraz Mats Hartling nawet byli na meczu Wisły, ale żadnych pieniędzy nigdy nie przelali. Fot. Jakub Porzycki / Agencja Gazeta
W środowy wieczór TS Wisła Kraków unieważniła umowę z Alelegą i Nobel Capital Partners dotyczącą przejęcia klubu. Adam Pietrowski, wspólnik w interesach Matsa Hartlinga, czyli jednego z dwóch potencjalnych inwestorów w klubie, w rozmowie z "Dziennikiem Polskim" uznał takie działanie za "w pełni nielegalne". Przy okazji okazało się, że potencjalni inwestorzy to właściwie obcy sobie ludzie.


– Na jakiej podstawie puszcza się taki komunikat? Przecież prima aprilis mamy w kwietniu – pytał w "Dzienniku Polskim" Pietrowski, który od 22 grudnia pełnił w spółce z Reymonta obowiązki prezesa. Komunikat, który go wzburzył, dotyczył oczywiście zerwania umowy.


– To jest w pełni nielegalne. Są stosowne klauzule w umowie. Przecież w środę działacze TS Wisła wysłali do pana Hartlinga e-maila, że chcą jak najszybciej podpisać nową umowę z nami, tylko już bez pana Vanna Ly. Dlatego jestem zdziwiony, gdy kilka godzin później czytam komunikat, że jest nowy prezes i TS ma udziały. To nieprawda, to jest fejk, to jest nielegalne – dodał.


Do tego momentu jeszcze wszystko można zrozumieć. Dalej Pietrowski zaczyna mówić co najmniej zaskakujące rzeczy o Hartlingu, czyli jakby nie patrzeć jego wspólniku w interesach.

Zapytany o to, czy na konto Wisły trafiła chociaż symboliczna złotówka, odpowiedział: – Tego nie wiem, czy była wpłacona, czy nie. Mogę o to zapytać pana Hartlinga. Zresztą w czwartek na pewno pan Hartling wypuści komunikat na temat Wisły i jej udziałów.


Okazało się także, że Hartling nie ma kontaktu z Vanną Ly, który miał być głównym udziałowcem w Wiśle. – Pan Hartling rozmawiał z jego żoną. Dziś jestem za granicą, ale jutro rano będę się z nim kontaktował – stwierdził.

Pietrowski nie skomentował także w żaden konkretny sposób domniemanej choroby Ly, która miała wstrzymać całą transakcję. – Ciężko mi to (informację o chorobie – red.) ocenić. Sam nie jestem pewny, czy jest prawdziwa, czy nie. Nie mogę tego ocenić, nie mam na to dowodu – powiedział i dodał, że Ly miał przejść zawał i leżeć w szpitalu w Waszyngtonie.

W końcu dziennikarz z "Dziennika Polskiego" nie wytrzymał i zapytał Pietrowskiego, czy on i Hartling w ogóle znają Ly. Odpowiedź była zaskakująco szczera. – Ja go nie znam dobrze, za to bardzo dobrze, bo od 14 lat, znam pana Hartlinga. I to był właśnie jego partner biznesowy – wyznał.

Kontakt zadłużonej po uszy Wisły Kraków z tajemniczymi inwestorami od początku nie robił najlepszego wrażenia. Klub miał uratować w dużej mierze kambodżański inwestor Vanna Ly, a wspomagać go miał Mats Hartling. Żadne pieniądze nie trafiły jednak do klubu w umówionym czasie. Później zaczęły się zaskakujące tłumaczenia (w tym wspomniana wyżej informacja o zawale Ly), wreszcie klub zerwał umowę.

źródło: Dziennik Polski