
Premier Donald Tusk wojował już z hazardem, pedofilią, dopalaczami, kibolami i koncernami farmaceutycznymi. Teraz wypowiada wojnę nepotyzmowi. Czy wycofa się z niej równie szybko, jak za każdym razem?
Premier ogłasza kolejne wojny tylko po to, by zyskać chwilowy rozgłos, odwrócić uwagę od chwilowych problemów czy krytyki w mediach. Jednak kiedy tylko uda mu się zrealizować ten podstawowy cel propagandowy, szybko o tych sprawach zapomina.
W 2008 roku, po sprawie 45-letniego mężczyzny, który przez sześć lat więził i gwałcił swoją córkę, premier zapowiedział przyspieszenie prac nad wprowadzeniem kastracji chemicznej pedofilów. Szybko przyjęto ustawę, która jest jednak nieskuteczna: pedofile trafiają do więzień zamiast na zamknięte oddziały szpitali.
Sęk w tym, że niedawno Europejski Trybunał Sprawiedliwości w Luksemburgu uznał, że ustawa wymagała notyfikacji Komisji Europejskiej. Przypominało o tym wielokrotnie Ministerstwo Gospodarki. Bezskutecznie. Rząd musiał mieć szybki sukces. Lecz ta wojna może zakończyć się wielkimi odszkodowaniami.
Po hazardzie i pedofilach, Tusk wziął się za dopalacze i ACTA. W pierwszym przypadku szybko zamknięto 800 sklepów z dopalaczami, a dziś handlarze tymi środkami dochodzą swoich praw na drodze sądowej i mają szanse na odszkodowania. W drugim, Tusk pokazał, że szybko może zmieniać zdanie. Ze zwolennika ACTA zamienił się w zagorzałego przeciwnika nowych rozwiązań.

