"Jestem permanentnie nostalgiczny" OFF-owy wywiad z Johnnym Jewelem, muzykiem The Chromatics, Glass Candy i Desire

Johnny Jewell w OFF-owych krzakach.
Johnny Jewell w OFF-owych krzakach. fot. Witek Orski
“Oh, little Johnny Jewell, he’s so cool”, śpiewało Television. Johnny Jewell to serce, dusza i mózg Glass Candy, The Chromatics i Desire. Szerszej publiczności dał się poznać dzięki kompozycjom “Under your spell” oraz “Tick of the clock” ze ścieżki dźwiękowej filmu “Drive”. Rok temu koncertował w warszawskim Powiększeniu z Glass Candy. Wczoraj zagrał na OFF-ie z The Chromatics. W pokoncertowym wywiadzie tłumaczy dlaczego na festiwalu widzi wszędzie wokół swoje ciocie i babcie, jak przezwyciężyć nostalgię i dlaczego warto być romantycznym.


Popłakałam się, kiedy zagraliście cover „Running Up That Hill”. To chyba najlepsza piosenka Kate Bush – takie kawałki trafiają się raz na kilka lat.

Pamiętam, że nad „Running up that Hill” pracowaliśmy półtora roku, cały czas nie mogąc znaleźć idealnego brzmienia. Aż nagle, pewnej nocy, wydarzył się cudowny wypadek. Ruth, wokalistka Chromatics, pracowała jako kelnerka w barze, a bar był trzy przecznice od mojego studia. Tego wieczoru niosła do stolika talerz pełen zupy pomidorowej. Gość, któremu ją niosła, zagadał się i ekspresyjnie gestykulował. Niechcący wytrącił jej zupę z ręki i wszystko wylało się jej na przedramię, dotkliwie ją parząc. Zadzwoniła do mnie, żeby się poskarżyć, a ja nagle, słysząc jej głos, zachrypnięty od płaczu, zrozumiałem, że ta piosenka musi być nagrana dzisiaj. Ruth przyszła do studia, włożyła rękę do kubła z lodem i tak śpiewała.


Czytaj też: Przystanek Woodstock, Festiwal w Jarocinie. Obciach i syf, ostoja rockowych tradycji czy festiwale jak każde inne?

„Running up that hill” i inne piosenki Chromatics brzmią zawsze szalenie nostalgicznie.

Jestem permanentnie nostalgiczny. Na przykład przed momentem: Jestem na scenie, wzruszony tym, jak reaguje publiczność, ale już czuję, jak ta teraźniejsza chwila obsuwa się w przeszłość. Jestem naprawdę romantycznie nastawiony do upływającego czasu. Nawet teraz, kiedy rozmawiamy, czuję, jakby to już było wspomnienie. Uważam, że to piękne. To jest jak robienie filmu o swoim życiu.



Także twoja muzyka jest bardzo filmowa. Wyobrażasz sobie dźwięki jako filmowe obrazy?

Wyobrażam sobie muzykę jako bardzo abstrakcyjne obrazy – nieuporządkowane, prymitywne, instynktowne. Myślę, że te skojarzanie z kinem pojawia się dlatego, że w muzyce filmowej, podobnie jak w mojej, czuć bardzo mocno przestrzeń i czas. Dla mnie muzyka to relacja między dźwiękami a przestrzenią. Dźwięk to dźwięk, nie sprawi, że poczujesz się w określony sposób - dopiero ich następstwo, odległości między nimi – to sprawia, że muzyka nas „rusza”. Moim zdaniem, im bardziej powiększasz tę odległość, tę przestrzeń, tym większy efekt emocjonalny uzyskasz. Tak robią kompozytorzy muzyki filmowej i ja też tak robię. Ta technika sprawia, że muzyka długo nie opuszcza twojej głowy.


Przebywanie na co dzień z dźwiękiem, manipulowanie abstrakcją może być jednak bardzo niezdrowe dla psychiki kompozytora. Wielu najsłynniejszych producentów muzycznych po prostu zwariowało.

Totalnie się zgadzam. Powoli, ale skutecznie zmierzam w tamte rejony. Komponowanie i produkowanie muzyki to straszliwie izolujące zajęcie, strasznie dołujące. To dołujące wiedzieć na pewno, że nigdy nie będzie wystarczająco dobrze. Nigdy nie powiem dość, kończę z tym. Zawsze będę chciał więcej, lepiej. To tak, jakby malarz usiłował znaleźć kolor, który nie istnieje.

Masz coś w głowie, ale to nigdy nie wygląda tak samo w rzeczywistości?

Wyobraźmy sobie, że to, o co mi chodzi, to kubek. [ Johnny podnosi w górę kubek z gorącą herbatą, którą popija w trakcie rozmowy]. Album to ja sięgający po kubek. Ale nigdy go nie dosięgnę. Dla ciebie wystarczy obrazek mnie sięgającego po kubek. Ale ja naprawdę chcę ten kubek.



Taka syzyfowa praca nakręca czy frustruje?

Im dłużej pracujesz jako muzyk, im dalej dojdziesz, tym wyraźniej uświadamiasz sobie, że właściwie nie ruszyłeś się z miejsca. Kiedy byłem młodszym myślałem, że moja praca jest świetna, byłem nieświadomy swoich braków. Teraz, kiedy jestem bardziej kompetentny i doświadczony jako kompozytor, zdaje sobie sprawę jak prymitywna jest moja praca, w porównaniu do tego, co sobie wyobrażam. Pracuję sam w pokoju, aby ludzie wspólnie mogli cieszyć się muzyką. To ironia tego zawodu. Myślę też, że może 1 procent ludzi na koncercie słyszało tę muzykę, tak jak ja. Spędzam więcej czasu w studio niż większość ludzi śpiąc w łóżku. I to klątwa producenta – słyszysz wszystko tak dokładnie, że nie możesz już po prostu cieszyć się muzyką. Zazdroszczę każdemu, kto jeszcze pozostaje nieświadomy. Pamiętam, jakie to było wspaniałe.

Nie czujesz satysfakcji, kiedy stoisz na scenie, grasz swoją muzykę i widzisz, że działa?

Koncert jest dla fanów. Nie lubię, jak się na mnie patrzy, więc nie lubię być na scenie. Jasne, lubię adrenalinę , lubię to, że muzyka jest głośna i czuję od ludzi emocje – ale zdecydowanie preferują pusty pokój z pianinem. Trasa koncertowa to poświęcenie. Mój stan naturalny to pisanie w studio, to moja terapia. Bycie w drodze jest dla mnie jak nieustanne przegapianie wizyty u lekarza. Nie możemy nigdy podróżować dłużej niż dwa tygodnie, bo zaczynam wariować.



Wspominasz z nostalgią swoje muzyczne początki?

Jest takie powiedzenie: traktuj swoją pierwszą płytę, jakby była ostatnią, a ostatnią, jakby była pierwszą. Pamiętam, jak nagrywałem, kiedy nie widziałam jeszcze, czy ktoś posłucha. Bardzo troszczę się o to, żeby zachować odrobinę tej perspektywy, żeby nie kierować swojej muzyki do żadnego określonego „targetu”. Wiele zespołów o tym zapomina. Dlatego najczęściej lubimy pierwsze albumy. Kiedy jeszcze nie zgadywali, działali instynktownie. Mam taką listę rzeczy, które zawsze robię, żeby sobie przypomnieć o tym, o co mi chodzi, kim jestem. To określone jedzenie, t-shirt, który nosiłem, dziewczyna, z którą chodziłem, album, którego słuchałem.

Album „Desire” i kilka kawałków z „Kill for love” napisałem w hotelu w Portland. Kiedy czuję, że mam blokadę pisarską, lecę do Portland, rejestruję się w tym samym pokoju, leżę na łóżku i słucham albumów z tamtego czasu. Potem wracam do domu, do Monterealu i piszę. Mój pokój pełen jest rzeczy z mojego rodzinnego domu, z dzieciństwa. Waza do zupy i łyżka mojej mamy, świeczka z gabinetu taty. Zawsze, kiedy się niepokoję, mam lęki, stresuję się, wystarczy, że na popatrzę na te rzecxy i czuję się bezpiecznie, wracam myślami do bezpiecznego czasu.



Gdzie dorastałeś?

Wyrosłem w Houston w Teksasie. Cała część rodziny od strony taty pochodzi z Polski. Babcia przyjechała z do Stanów w latach 40. XX wieku. Część rodziny od strony mamy jest z kolei niemiecka. Rozglądam się dookoła i widzę wiele osób, które wyglądają jak moja rodzina. Szczególnie kobiety. Wszędzie ciocie i babcie.

Czytaj też: Czarny hip-hop z Seattle i porywający koncert inkarnacji Jamesa Browna - OFF Festiwal ma soul!

Jewell to nie nazwisko, a pseudonim. Skąd się wziął? Z piosenki Television, „Little Johnny Jewell”?

Ten pseudonim nadała mi bezdomna kobieta w nowym Orleanie w 1999 roku. Słuchałem wtedy Davida Bowie i New York Dolls i nosiłem dużo kobiecych ubrań. Miałam na sobie naszyjnik pełen wielkich, błyszczących, sztucznych klejnotów. Spotkana przy wyjściu do klubu kobieta spytała mnie: Jak masz na imię? Johnny, odparłem. -n Jaki JJohnny? Nie wiem, nawij mnie, zaproponowałam. Popatrzyła na naszyjnik i nazwała mnie Jewel. Dopiero później dowiedziałem się, że jest taka piosenka Television. Ten kawałek jest tak naprawdę o Iggym Popie, którego prawdziwe nazwisko brzmiało Jewel.


"Now Little Johnny Jewel,
Oh, he's so cool,
He has no decision,
He's just trying to tell a vision.
Some thought that this was sad,
And others thought it mad,
They just scratching the surface
" Televison

Iggy Pop już dziś na OFF-Festiwalu. Scena mBanku, 00. 10.

Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie

Oceń ten artykuł:

Trwa ładowanie komentarzy...
ANETA OLENDER 0 0"Ludzie mają to gdzieś". Demontaż krzyża na Giewoncie to absurd, problem tkwi gdzie indziej
0 0Dzieci, dwie kobiety i Czech. Wiadomo, kim były osoby, które zginęły w Tatrach

TYLKO W NATEMAT

ELIZA MICHALIK 0 0Przestańcie mówić o “farmie trolli”. Oto, czym naprawdę jest afera w resorcie Ziobry
NOWE INFORMACJE 0 0Tak małżeństwo Szmydt wspólnie mogło niszczyć sędziów na Twitterze

DZIEJE SIĘ

0 0"Lodowiec cofnął się o 2 kilometry". Polak na własne oczy widział, co w Arktyce zrobiła zmiana klimatu
0 0Widać dym z kosmosu. Tak płoną lasy w Amazonii i na Syberii. To NIE JEST lokalny problem
0 0Jak ministerstwo mogło płacić za usługi trolli? Detektyw ujawnia możliwe scenariusze
SONDAŻ 0 0PiS jednak nie jest teflonowe? Tąpnięcie poparcia po wybuchu afery Piebiaka