"Faworyta" to doskonały film o kobiecym trójkącie. Perełka, ale wielu Oscarów niestety nie dostanie

"Faworyta" ma aż 10 nominacji do Oscaea
"Faworyta" ma aż 10 nominacji do Oscaea Fot. "Faworyta" / materiały promocyjne
Dziesięć nominacji do Oscara, peany krytyków pod adresem Olivii Colman, Rachel Weisz i Emmy Stone, intrygujący trailer. Jak jest naprawdę? "Faworyta" to faktycznie film, od którego trudno się oderwać i małe arcydzieło. W jego centrum są tu dwie silne kobiety, które walczą o względy... innej kobiety.


Ten kto pójdzie do kina na "Faworytę" z myślą, że zobaczy typowy film kostiumowy (ot, takie "Jak zostać królem", tylko kilka wieków wcześniej), będzie mocno zdziwiony. Jeśli ma dość ugładzonych i przewidywalnych filmów z epoki, będzie długo zbierał szczękę z podłogi, a jeśli takie podręcznikowe opowieści lubi, będzie srogo rozczarowany.


To, z jakim nastawieniem wejdziemy do sali kinowej i z niej wyjdziemy, zależy też od naszego nastawienia do Yorgosa Lanthimosa. A lepiej chyba wiedzieć, z kim ma się do czynienia przed seansem "Faworyty". Dlaczego? Bo ten grecki reżyser jest niepokorny, nietypowy, przekorny i szalony. Bardzo "nieamerykański".


Mroczna wyobraźnia, cięty humor, upodobanie do emocjonalnej wiwisekcji, kilka symbolicznych warstw – u twórcy "Lobstera", "Kła" czy "Zabicia świętego jelenia" nic nie jest oczywiste.

Co chcę przez to wszystko powiedzieć? To, że "Faworyta" jest filmem na wskroś oryginalnym. Innym. Złożonym, mrocznym, zabawnym, perwersyjnym, intrygującym. Doskonałym, co tu dużo ukrywać. Dawno nie bawiłam się tak dobrze na tak inteligentnym filmie.

Ale po kolei.

Królowa i one dwie
Był kiedyś taki film "Kochanice króla" – dość średnia produkcja z Natalie Portman i Scarlett Johansson w rolach sióstr Boleyn, które zabiegają o króla Henryka VIII. W "Faworycie" ten motyw się powtarza. Z jednym wyjątkiem. Dwie kuzynki: Sarah (Rachel Weisz) i Abigail (Emma Stone) robią wszystko, by wdać się w łaski (lub w nich pozostać) królowej Anny (Olivia Colman). Czyli kobiety.
Walka zaczyna się niewinnie. Sarah, księżna Marlborough, jest przy boku królowej (Anna Stuart od 1702 do 1707 była monarchinią Anglii, Szkocji i Irlandii, a od 1707 do śmierci w 1717 r. – królową zjednoczonej Wielkiej Brytanii, pierwszą w historii) od lat.


Opiekuje się nią, kiedy we znaki władczyni daje się bolesny artretyzm, nazywa "borsukiem", kiedy ta ma dziwaczny makijaż, doradza w sprawach państwowych. Jest prawą rękę władczyni, przyjaciółką, opiekunką, ale i kochanką.

Relacja królowej i księżnej komplikuje się, kiedy na dwór przyjeżdża Abigail, uboga kuzynka Sarah. Dziewczyna pochodzi z dobrego domu, ale przez długi ojca trafiła do rynsztoka (praktycznie dosłownie). Jest wdzięczna za pracę w kuchni w pałacu, ale mierzy wyżej. "Wewnątrz wciąż jestem damą" – powtarza raz po raz.

Tą damą Abigail chce być też znowu na zewnątrz. Powoli okazuje się, że dla statusu i pozycji na dworze – oraz wiążących się z nimi bezpieczeństwa – Abigail zrobi wszystko. Wspina się po hierarchicznej drabinie ze sprawnością i wyczuciem najlepszego akrobaty. A to oznacza zgrzyt z zazdrosną o królową Annę Sarah.

Trójkąt, jaki wytwarza się między Anną, Sarah i Abigail, zachwyca dynamiką, złożonością i emocjami. Seksualność miesza się tu z emocjami, władza z uległością, komplementy z pogardą. Wystarczy miłe słowo czy mała sugestia skierowane do władczyni, aby rywalka spadła o kilka punktów w rankingu.
W pewnym momencie widz nie wie już kto, kim tu manipuluje.

Czy na pewno przebiegła graczka i świetna polityczka Sarah (to właściwie ona w pewnym momencie rządziła krajem, gdyż władczyni bezwzględnie jej słuchała) ma wszystko pod kontrolą? Czy sprytna i inteligentna Abigail rzeczywiście ma królową w garści? A może wszystkim steruje tak naprawdę słaba, zmęczona życiem, rozkapryszona monarchini?

Wszystko zmienia się tu jak w kalejdoskopie. Raz możesz być na wozie, raz pod wozem, a dwie faworyty królowej dobrze o tym wiedzą. Nie wahają się też sięgnąć po metody ciężkiego kalibru, niekoniecznie moralne. Stawka toczy się o przychylność królowej, a przychylność królowej oznacza władzę. Przed nią bohaterki się nie cofną.

Krew, ból, groteska
"Faworyta" nie powstała według scenariusza Yorgosa Lathimosa. To nietypowe, bo grecki wizjonerski reżyser zawsze swoje historie pisze sam (lub ze swoim częstym partnerem w pisaniu Efthymisem Filippou). Tym razem skusił się on jednak na oparty na historycznych faktach skrypt autorstwa Deborah Davis i Tony'ego McNamary.

Od fanów Lathimosa słyszałam (jeszcze przed premierą filmu) jęki zawodu, że "Faworyta" nie będzie jego oryginalną historią i obawy, że jego twórczość na tym straci. Że sprzedał się Hollywood. Wszystkich uspokajam – Grek jak zawsze wszystko zrobił po swojemu. Kostiumową historię, która mogła być po prostu kostiumową historią, ubrał w swój ekstrawagancki styl.

Mamy tu więc fragmenty absolutnie absurdalne, jak wyścig kaczek czy iście współczesny taniec na balu. Perwersyjne, jak wesołe rzucanie owocami w rozochoconego golasa i kompulsywne objadanie się ciastem przeplatane z wymiotami. Komiczne, jak doskonałe potyczki słowne Sarah i Abigail czy rozdzierające, jak obrazy cierpienia chorej i pogrążonej w depresji królowej.


Postaci i realia są prawdziwe (jest XVIII wiek, właśnie trwa wojna z Francją, na drugim planie toczą się też intrygi polityczne), ale Lathimos podkreślał w wywiadach, że nie chodziło mu o dokładne przedstawienie historii, ale o uniwersalność.

– Próbowaliśmy stworzyć coś, co mimo osadzenia w dawnej epoce będzie miało rys współczesności – wykorzystaliśmy współczesne tkaniny i dzisiejszy język, a nie ten sprzed wieków. Mamy też aktualne przesłanie – ludzie, którzy są u władzy, nieważne jakiej są płci, mogą zmienić życie tysięcy innych wokół nich jedną decyzją, która zależy od ich humoru danego dnia – mówił Lathimos w wywiadzie dla BBC Culture.

Trzy aktorskie perły
Ale skupmy się na najważniejszym. W tym filmie chodzi bowiem głównie o kobiety. Trzy główne bohaterki, lesbijski romans, walka o władzę między dwiema kobietami – jak często widzimy to na ekranie? Za rzadko.

Nie tylko Sarah i Abigail, ale i królowa Anna walczą o utrzymanie się na powierzchni w świecie mężczyzn. W świecie, w którym jeden z pasażerów masturbuje się w karocy na widok ładnej buzi, w parlamencie zasiadają sami mężczyźni, a córka zostaje sprzedana za długi ojca, te trzy kobiety tworzą przestrzeń, w której rządzą tylko one. Ale wychodzą też poza nią – poruszają sznurkami, planują, kombinują, decydują.
"Faworyta" nie byłaby jednak tak świetnym filmem, gdyby nie główne aktorki. Serio, to, co zrobiły Olivia Colman, Emma Stone i Rachel Weisz, trudno opisać słowami. To prawdziwy aktorski koncert.

Colman w roli królowej Anny błyszczy jaśniej niż kiedykolwiek. A to trudne, bo to obecnie jedna z najzdolniejszych brytyjskich aktorek. Jeśli nie najzdolniejsza. Colman rozkochała Brytyjczyków swoimi – konsekwentnie nagradzanymi – rolami w serialach (polski widz mógł ją oglądać w "Broadchurch" czy "Nocnym recepcjoniście", a niedługo będzie ją podziwiał jako starsza królową Elżbietę II w "The Crown" Netflixa).

Teraz Colman w końcu może dać popis swoich niewiarygodnych umiejętności na dużym ekranie. Aktorka gra tę zrozpaczoną, dziecinną i pragnąca akceptacji królową z lekkością, wyczuciem i szczerością. Oscar należy jej się psu buda. Ma zresztą na niego szansę, bo to jedna z faworytek w kategorii najlepsza aktorka pierwszoplanowa (zagrozić może jej Glenn Close, ewentualnie Lady Gaga).

Genialne są też Weisz i Stone. Weisz w roli Sarah jest oschła i przebiegła, ale potrafi też pokazać uczucia. Z kolei wcielająca się w Abigail Stone jest wyrachowana i piekielnie inteligentna, ale i zdesperowana. Aktorki wyczyniają na ekranie istne cuda, a chemia między nimi a królową Anną jest niewiarygodna.

Czy Weisz i Stone zasługują na Oscara (dla oby byłby to drugi w karierze)? Bez wątpienia. Jednak może dostać go tylko jedna z nich (są nominowane w tej samej kategorii), a faworytką jest Regina King za "Gdyby ulica Beale umiała mówić".

W "Faworycie" mężczyźni grają drugie skrzypce, ale trzeba o nich wspomnieć. Nicholas Hoult i Joe Alwyn też mają role ważne i świetne. Szczególnie Hoult błyszczy i daje popis swojego talentu jako żądny władzy lider opozycji Robert Harley. Mężczyźni też bowiem walczą tu o pozycję i "istnienie". Albo są ofiarami silnych kobiet, kiedy schemat władzy się odwraca.

Oscarowe szanse
Jakie są szanse "Faworyty" na Oscarach? Była już mowa o aktorkach, ale co z innymi kategoriami?

Szczerze mówiąc, "Faworyta" to film i nieamerykański, i nie oscarowy. Dla Akademii Filmowej może być zbyt ambitny i elitarny, a dla amerykańskiego widza – mało przystępny i średnio zrozumiały. To jeden z takich filmów, który bardziej docenią Europejczycy niż Amerykanie. Co pokazały zresztą Międzynarodowy Festiwal Filmowy w Wenecji i rozdanie Złotych Globów. W Wenecji docenieni zostali i Colman i Lathimos, w Los Angeles tylko Colman (a nominacji było pięć).
Nominacji oscarowych jest o połowę więcej – 10. Najlepszy film – raczej odpada, chociaż artystycznie on i "Roma" wygrywają na całej długości (nie widziałam jeszcze tylko "Green Book"). Reżyser? Tu raczej zwycięzcą będzie Alfonso Cuarón za "Romę" (chociaż mocno trzymamy kciuki za Pawła Pawlikowskiego). Scenariusz oryginalny? Szansa jest bardzo duża, ale krytycy wskazują raczej na "Green Book".

Największą szansę na nagrodę "Faworyta" ma w kategoriach: najlepsze kostiumy i scenografia. Te zapierają bowiem dech w piersiach, jak to na filmy kostiumowe przystało. I to raczej by było na tyle, bo w kategorii zdjęcia królować będą pewnie "Roma" albo "Zimna wojna", a montaż – "Vice" lub "Czarne bractwo. BlacKkKlansman".

Tylko tyle i aż tyle. Ale "Faworyta" zasługuje na worek nagród. Bo jest po prostu świetnym filmem.

Do polskich kin "Faworyta" wchodzi 8 lutego.

Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie

Oceń ten artykuł:

Trwa ładowanie komentarzy...