
Ojcami sukcesu Spotify są ludzie kojarzeni z sieciami peer-to-peer, które często służą pirackim celom. Jednym z założycieli jest Daniel Ek. Wcześniej zarządzał µTorrentem, którego dobrze znają amatorzy pirackich dóbr kultury. Udziałowcem spółki jest z kolei Sean Parker - twórca Napstera, kultowej aplikacji do pobierania empetrójek.
Może to nie brzmi jakoś dramatycznie - artyści raczej nie chodzą głodni, nie są bezdomni, nie umierają na gruźlicę w przytułkach albo w rowach, jak poeci w XIX wieku. Poza tym ktoś powie: przecież sztuka to nie prawdziwa praca, tylko pasja! Dlaczego oni mają robić to, co lubią - i jeszcze na tym zarabiać?? Dlaczego mają być lepsi od nas??? Taka logika jest absurdalna. Dla prezesów banków mnożenie $$$ też jest pasją, więc może dawajmy im symboliczne - a nie astronomiczne - wynagrodzenie?
– Streaming przyczynił się do zauważalnego wzrostu branży muzycznej po latach spadku. Spotify to jeden z największych motorów napędowych tego wzrostu i ciężko pracujemy nad tym, by zapewnić artystom uczciwą monetyzację. Warto dodać, że 70 proc. naszych przychodów trafia z powrotem do branży muzycznej - od początku istnienia serwisu wypłaciliśmy ponad 10 miliardów euro w tantiemach – wyjaśnia naTemat polskie biuro prasowe serwisu.
Przyglądając się liczbom, można przekonać się, że zaledwie około 10 procent pieniędzy trafia do artystów. To szalenie mało.
Młodzi artyści nie rozumieją brutalnych realiów rynku muzycznego, przez co nie zarobią na nim dużo pieniędzy. W tej branży wyciekają niewiarygodnie duże sumy.
W większości gałęzi rozrywki artysta zabiera lwią część dochodów. Jednak przez to, że w przemyśle muzycznym jest tylu pośredników, a konsumpcja muzyki jest rozstrzelona na różne platformy, artysta zgarnia tylko niewielką część dochodów.
Amerykański youtuber i muzyk Adam Neely obliczył, że w zeszłym roku zarobił na Spotify dokładnie 551 dolarów i 81 centów. Uzyskał je za 191303 odtworzenia - czyli niecałe 0,0029 dolara za jeden odsłuch piosenki.
Co sekundę z małym haczykiem ktoś musiałby odsłuchać piosenkę, żebym miał coś na kształt polskiej średniej pensji (w 2017 r. 4277,32 PLN brutto - red.) pod warunkiem, że byłbym jedynym autorem i tekstu, i muzyki. Przy dwóch autorach – co pół sekundy. Bogacić się mają bogaci. System jest tak ustawiony, żeby na streamingu zarabiał tylko światowy Top Ten. No i oczywiście dostawcy.
Problem w tym, że artysta musi być naprawdę dobrym biznesmenem, jeżeli chce sobie wszystko ogarnąć sam: muzykę, studio, koncerty, wywiady, trasę koncertową, transport, nocleg i tak dalej.
Już nie mówię o tym, że nie sądzę, żeby nawet najmniej popularny i zabiedzony artysta nie uśmiechnął się na wieść o tym, że jego utwór w tym miesiącu został odtworzony w odległym zakątku świata.
De facto tak było w przypadku The Plantators - jedna dziewczyna z Brazylii odezwała się do nas tak zupełnie od czapy i powiedziała, że znalazła nas przypadkiem i bardzo jej się spodobało.
Swego czasu Thom Yorke z Radiohead oraz Taylor Swift bojkotowali serwis i mocno krytykowali to, jak artyści są ograbiani przez Spotify. Jednak ich muzyka wróciła już na platformę - po prostu zdali sobie sprawę z panujących realiów. Praktycznie każdy artysta ma tam konto (wyjątkiem jest nieugięty Tool). Nawet ci nieżyjący.
Muzyka to nie mój zawód, a hobby. Wolę nawet mieć swoje albumy na Spotify, niż żeby ktoś ściągnął pirackie wersje. A przy okazji wytwórnia jakieś grosze dostanie, które w nas zainwestuje.
Jeśli muzyka się zwraca lub jest z niej zysk np. na kręcenie teledysków i nagrywanie nowych płyt, to ja nie mam powodów do narzekań. Fajnie by było, gdyby były z tego kokosy, ale nie zmuszę nikogo do słuchania swojej kapeli. Gramy metal, a nie disco-polo.
Wygląda na to, że dramatyzuję, bo artyści, z którymi rozmawiałem, nie mają pretensji do współczesnych realiów w branży muzycznej. Akceptują to, że za granie alternatywnej muzyki nie wybudują sobie domu z basenem i prawdopodobnie nigdy nie będą takimi gwiazdami jak Dawid Podsiadło. Zdecydowana większość indie artystów, którzy koncertują po Polsce i są dobrze przyjmowani przez krytyków ma "normalną" pracę.
Nie złoszczę się na świat, że ktoś woli Żabsona, czy Sławomira. Nie uważam też, że coś mi się należy, albo, że robię coś lepszego i jestem moralnym zwycięzca.
Robimy, co chcemy, lubimy, jak czujemy i tyle. Fajnie, że ktoś tego chce słuchać, nawet jeśli gramy dla 10 osób. Jeśli nie dokładamy, to wspaniale. Jeśli coś dokładamy, to wciąż jest to inwestowanie w pasję.
Niestety, czasem dochodzi jeszcze do sytuacji, w której kluby każą sobie płacić za możliwość zagrania w danym miejscu. Jest już coraz mniej muzyków, którzy się na to godzą, na szczęście.
W Polsce niezalem/alternatywą interesuje się za mało ludzi, aby coś z tego realnie mieć. Można, rzecz jasna, pójść dalej, np. gdzieś do Agory, może Kayaxu, godząc się na pewne kompromisy i zarazem zachowując w dużej mierze swoją niezależność. Tam chyba już są jakieś większe pieniądze i pojawia się możliwość utrzymywania z muzyki.