Spełniło się marzenie Trumpa, dzięki któremu (jeszcze) nie jest całkowicie skończony

Specjalny prokurator stwierdził, że Trump nie współpracował z Rosją podczas wyborów w 2016 roku. Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta
"Totalne uniewinnienie" – ogłosił wczoraj prezydent Donald Trump. Specjalny prokurator stwierdził, że Trump nie współpracował z Rosją podczas wyborów w 2016 roku. Ale sprawa nie jest aż tak prosta, jakby chciał Trump. I na pewno to nie koniec zimnej wojny domowej w Ameryce.


Bądźmy precyzyjni – specjalny prokurator Robert Mueller ustalił trzy rzeczy:

Po pierwsze, Rosja, a ściślej jej wywiad, próbowała w sposób zorganizowany i masowy wpłynąć na wybory amerykańskie tak, by pomóc Trumpowi i zaszkodzić Hillary Clinton.

Po drugie, i kluczowe - ani Trump, ani członkowie jego sztabu z Rosją w tym dziele nie współpracowali, nie można ich oskarżyć o zmowę z Moskwą, nie mówiąc o zdradzie. Mimo spotkań niektórych pracowników sztabu Trumpa z Rosjanami, nie udowodniono, by zachodziła między nimi współpraca na szkodę amerykańskiego procesu wyborczego.


Po trzecie wreszcie – Mueller, którego przez ostatnie dwa lata prezydent Trump oskarżał o najgorsze intencje, postanowił nie oceniać, czy prezydent USA utrudniał śledztwo w swojej sprawie. Ale, co ważne, napisał: "ten raport nie stwierdza, że prezydent popełnił przestępstwo, ale też go nie uniewinnia".


Mimo tego zastrzeżenia niedzielny wieczór był dla Trumpa cudowny. Ponieważ podstawowy zarzut Demokratów od początku jego prezydentury: Trump współpracował z Rosją, upadł, szanse prezydenta na reelekcję za półtora roku momentalnie wzrosły znacząco.

Nie oznacza to jednak końca zimnej wojny domowej w polityce amerykańskiej. Demokraci – i wspierające ich media – w zdecydowanej większości żądają teraz, by za postępowanie Trumpa wzięła się ostro specjalna komisja parlamentarna.

Praca takiej politycznej komisji będzie dla Amerykanów mniej wiarygodna niż specjalnego prokuratora, organu niezależnego, mimo pomyj wylewanych na głowę Muellera przez Trumpa. Ale i Demokraci mają sporo argumentów, że z wnioskami Muellera cała sprawa zakończyć się nie może.


Przede wszystkim – Ameryka nie poznała całego raportu, tylko streszczenie przygotowane przez prokuratora generalnego Billa Barra, urzędnika niedawno przez Trumpa mianowanego. Przygotowane w ekspresowym tempie, przez weekend. Barr dostał od Muellera zadanie, by to on ostatecznie pod kątem prawnym sprawę Donalda Trumpa ocenił. Zrobił to w 48 godzin, uznając, że Trump nie popełnił przestępstw...

A wątpliwości jest mnóstwo, zwłaszcza w sprawie tego, czy prezydent nie próbował wpływać na śledztwo - zwalniając dyrektora FBI i rozmawiając zawczasu z wzywanymi na przesłuchania. I przypomnijmy, kilku współpracowników prezydenta postawiono zarzuty, większość z nich się przyznała (choć do przestępstw pobocznych), jego dawny szef sztabu kampanii Paul Manafort został w sumie skazany na 8 lat więzienia.

Raport Muellera – a przynajmniej jawne na razie streszczenie – nie odpowiada też na pytanie, dlaczego Rosjanie starali się za wszelką cenę, wykradając niekorzystne dla Clinton mejle i organizując na rzecz Trumpa kampanie na Facebooku i Twitterze, wpłynąć na wybory 2016? Mieli na Trumpa "haka"? Uważali, że będzie dla nich mniej szkodliwy, bo mało doświadczony? Bo aż tak Władimir Putin nienawidzi Clinton, którą publicznie oskarżał o wspieranie protestów opozycji rosyjskiej?

Ujawnianie pełnego raportu będzie pierwszym żądaniem wszystkich przeciwników Trumpa. Drugim – wyjaśnienie, dlaczego w całym, trwającym 22 miesiące postępowaniu, nie spróbowano choćby przesłuchać samego prezydenta. Kolejnym wreszcie dokończenie śledztw – i oskarżenie winnych, w kilku sprawach machlojek zarówno w sztabie wyborczym Trumpa, jak i jego firmach.

Jednak na razie to bez wątpienia Trump i Republikanie triumfują. Ich wieloletnie oskarżenia o stronniczość mediów lewicowych nabrały z dnia na dzień nowej wiarygodności. Prawdą jest, że wiele redakcji i komentatorów amerykańskich przyjmowała już za pewnik współpracę z Rosjanami i dawała temu wyraz, nie tylko w komentarzach. Sugestie zdrady, przynajmniej w wykonaniu współpracowników Donalda Trumpa, latały w eterze często.

Na bardzo ciekawy aspekt sprawy zwraca uwagę Mark Penn, były doradca Billa Clintona, który pamięta prawie-usunięcie tego prezydenta z urzędu 20 lat temu za kłamstwa w sprawie romansu ze stażystką Moniką Lewinsky.

"Dla państwa koszt takich postępowań przeciw prezydentom jest ogromny – napisał Penn. - One wpływają na ich pracę i decyzje o znaczeniu strategicznym. Wszyscy prezydenci powinni móc skupić się na rządzeniu krajem, bez ciągłej presji związanej ze śledztwem przeciw sobie. Jeśli Demokraci zignorują najważniejszy wniosek Muellera i będą próbować kolejnych śledztw, przegrają."

Ale emocje – i wątpliwości – w Ameryce są tak wielkie, że nikt byłego doradcy Clintona nie zamierza słuchać. Jest więc bardzo prawdopodobne, że Donald Trump, prezydent i tak arcychaotyczny i mało do swej roboty przygotowany, będzie od niej nadal odrywany kolejnymi bataliami o śledztwa kongresowe przeciw sobie.

Jak konkluduje publicysta lewicowego "New York Timesa” Neal Katyal: "Jest jedna rzecz gorsza od prezydenta uznanego za winnego wpływania na śledztwo. To winny prezydent, którego nie spotka żadna kara".

Amerykańska zimna wojna domowa będzie trwać.