To dlatego Morawiecki zasłonił się dziećmi? 5 kłopotliwych fragmentów książki "Delfin"

Mateusz Morawiecki jest premierem rządu PiS od grudnia 2017 roku.
Mateusz Morawiecki jest premierem rządu PiS od grudnia 2017 roku. fot. Paweł Malecki / Agencja Gazeta
Premier Mateusz Morawiecki zapowiedział pozew przeciwko "Gazecie Wyborczej", która napisała, że polityk PiS "uwłaszczył się na kościelnym gruncie". To jednak nie koniec kłopotów szefa rządu na mniej niż tydzień przed wyborami do Parlamentu Europejskiego. Na półkach księgarń pojawiła się bowiem książka "Delfin" o Mateuszu Morawieckim.


O książce Piotra i Jakuba Gajdzińskich głośno zrobiło się już w pierwszej połowie maja, gdy "Super Express" wyciągnął z niej już wcześniej znaną publicznie informację o tym, że Mateusz Morawiecki adoptował dwójkę dzieci. Środowisko PiS zaczęło atakować nie tabloid, który wybił adopcję na okładce, ale autorów książki "Delfin", którzy wzmiankują o tym fakcie mimochodem, nie poświęcając mu uwagi. Koncentrują się bowiem na karierze szefa rządu w bankowości.


Kolejne ciepłe okładki i teksty "SE" z Morawieckim jako wzorowym ojcem w roli głównej skłoniły wielu dziennikarzy do postawienia tezy, że zrobienie afery wokół adopcji było sposobem partii na zdyskredytowanie książki Gajdzińskich jeszcze zanim trafi w ręce czytelników. W rozmowie z naTemat potwierdził to również informator z kręgów PiS.


Zrobienie afery wokół publikacji miało przykryć inne informacje podane przed Gajdzińskich. Piotr przez kilka lat był blisko obecnego szefa rządu PiS – jako rzecznik BZ WBK w czasach, gdy Mateusz Morawiecki był prezesem banku.

Oto 5 kłopotliwych fragmentów książki "Delfin" o Mateuszu Morawieckim. Nie są to wszystkie warte uwagi wątki z książki Gajdzińskich, nie wszystkie też mają ten sam ciężar gatunkowy. Jednak jak pokazała praktyka, dla polityka groźniejsze od wielkiej afery mogą być choćby ośmiorniczki.
1. Bo limuzyna miała zły kolor...
W swojej książce Gajdzińscy opisują sytuację, gdy Mateusz Morawiecki, wówczas jeszcze członek zarządu, a nie prezes BZ WBK, mógł wybrać sobie służbowy samochód. Przyszłemu politykowi miała przypaść do gustu limuzyna Audi A6.


Problem w tym, że kolor luksusowego auta miał nie spełnić jego oczekiwań – auto było niebieskie, a Morawiecki chciał, żeby było czarne. Gajdzińscy piszą, że bankowiec nie chciał czekać na to, aż zostanie sprowadzony samochód w preferowanej barwie, więc zaordynował przemalowanie limuzyny.

Dostosowanie auto do jego upodobań kolorystycznych miało kosztować 20 tysięcy złotych. Życzenie Morawieckiego miał sfinansować bank. "Kwota może nie nazbyt imponująca, ale sam postępek nie mieścił się raczej w korporacyjnej etykiecie i był przez pracowników komentowany bardzo nieprzychylnie" – piszą autorzy książki "Delfin".
2. Milionowy kredyt dla bezrobotnej żony
W czerwcu 2008 roku, gdy Mateusz Morawiecki był już prezesem BZ WBK, jego żona zaciągnęła w banku kredyt wysokości 1,7 mln franków szwajcarskich – wtedy równowartość 3,6 mln zł. Jego spłata została rozłożona na 30 lat – ma się skończyć w 2038 roku.

Autorzy książki podkreślają, że udzielenie tak wielkiej pożyczki przez bank było ewenementem, bo żona prezesa, Iwona Morawiecka, była bezrobotna. Gdyby traktowano ją tak jak każdego innego klienta, nie dostałaby nawet ułamka tej kwoty. A mimo to bank kierowany przez jej męża udzielił jej wielkiego kredytu. Dlaczego pożyczki nie wziął po prostu sam Morawiecki, tylko zrobiła to żona?

Gajdzińscy sugerują, że chciał ominąć prawo. "Obowiązujące w Polsce procedury mówią, że jeśli prezes zaciąga kredyt w kierowanym przez siebie banku, musi uzyskać zgodę Komisji Nadzoru Finansowego. Żon te przepisy nie obowiązują" – kwitują.

Inną ciekawą kwestią związaną z finansami obecnego premiera jest to - podkreślają autorzy "Delfina" – że w BZ WBK Morawiecki zarobił 33 mln zł, a w oświadczeniach majątkowych wykazuje równowartość 15 mln zł. Co się stało z pozostałymi milionami? Gajdzińscy zgadują, że Morawiecki mógł je przekazać żonie, z którą ma rozdzielność majątkową.
3. Frankowe kłamstwo Morawieckiego

W styczniu 2018 roku na szczycie ekonomicznym w Davos premier Mateusz Morawiecki skłamał, że kierowany przez niego bank nie udzielał kredytów we frankach. To nieprawda, o czym świadczy choćby opisany powyżej kredyt jego żony zaciągnięty właśnie w tym banku na niebagatelną kwotę 1,7 mln franków szwajcarskich.

Autorzy "Delfina" wskazują, że Morawiecki "przypomniał sobie" o pożyczkach we frankach kilka miesięcy później, po dramatycznym oświadczeniu wdowy po kredytobiorcy, który popełnił samobójstwo nie mogąc spłacić rosnących rat pożyczki. "Mateusz Morawiecki jest moralnie odpowiedziany za tę śmierć i za los mojej rodziny” — powiedziała w TVP Barbara Husiew, wiceprezeska stowarzyszenia "Stop Bankowemu Bezprawiu".

Prezes tego stowarzyszenia wytknął Morawieckiemu kłamstwo opierając się na sprawozdaniach finansowych banku. Z kolei jeden z pracowników banku powiedział autorom książki, że obecny premier nie tylko tolerował udzielanie pożyczek frankowych, ale wręcz na to naciskał.

"Morawiecki bardzo naciskał na sprzedaż kredytów frankowych i bardzo interesował się wynikami. Dostaliśmy w tej sprawie wolną rękę, organizowaliśmy między innymi konkursy dla najlepszych sprzedawców, aby zachęcić oddziały do aktywnego działania. Ważny był tylko wynik. Raporty o wysokości sprzedaży kredytów frankowych trafiały prosto na jego biurko – opowiada jeden z menedżerów odpowiedzialnych za sprzedaż kredytów hipotecznych" – mówi cytowane w "Delfinie" źródło Gajdzińskich.
4. Cenzurowanie Kayah, pieniądze dla Ordo Iuris
Z książki Gajdzińskich wyłania się obraz mężczyzny, który starannie ukrywa nacjonalistyczne poglądy przed otoczeniem, pozwala jednak sobie na szczerość w gronie najbliższych współpracowników. Autorzy "Delfina" opisują kuriozalną sytuację, do której miało dojść przed przyjęciem świątecznym dla pracowników banku. Gwiazdą wieczoru miała być popularna piosenkarka Kayah.

"Prezes godzi się na to niechętnie, muzyka nie jest jego żywiołem, jeśli czegoś z przyjemnością słucha, to tylko Jacka Kaczmarskiego. Ulega z ciężkim sercem, ale na niespełna miesiąc przed imprezą żąda przedstawienia sobie repertuaru, który czołowa wówczas piosenkarka zamierza zaśpiewać.

Nie chodzi o tytuły piosenek, chodzi o ich słowa. Dostaje wydruki, dokładnie czyta, skreśla utwory, które jego zdaniem są nazbyt nihilistyczne, pyta, czy z innych można wyrzucić niektóre sformułowania. Na barki pracowników pionu public relations spada delikatna kwestia przekonania Kayah, aby zmodyfikowała swój repertuar" – czytamy w książce o obecnym premierze.

Ciekawym wątkiem jest też wsparcie finansowe, udzielane przez Fundację BZ WBK za czasów, gdy prezesem BZ WBK był Mateusz Morawiecki. Pieniądze miała otrzymać m.in. organizacja Ordo Iuris, która popiera totalny zakaz przerywania niechcianej ciąży i inne elementy państwa wyznaniowego.

Jednak listy beneficjentów Fundacji BZ WBK za czasów prezesa Mateusza Morawieckiego nie udało się uzyskać. Więcej wiadomo za to o posadach, które Morawiecki miał załatwiać kolegom i dzieciom kolegów swojego ojca, Kornela Morawieckiego. Część z nich – już wtedy pracowników banku – miał wysyłać do pomocy w działalności politycznej Morawieckiego seniora.
5. Prawie jak żona Zbigniewa Ziobry

Humorystycznym wątkiem w opowieści o prezesie Morawieckim, który obsadza bank swoimi ludźmi (tzw. kohortą Morawieckiego) jest zatrudnienie Patrycji Klareckiej w BZ WBK. Dziś kobieta zasiada w zarządzie państwowego Orlenu, ale w 2010 miała zostać przyjęta osobiście przez Morawieckiego za plecami swojego bezpośredniego przełożonego.

"Tyle tylko, że chyba nie bardzo wiedział, kogo przyjmuje, bo uparcie, przez kilka tygodni, nazywał ją Patrycją 'Kotecką'. Patrycja Kotecka była wówczas o niebo bardziej znana, bo to żona Zbigniewa Ziobry.

Wiele osób, które wówczas pracowały w Obszarze Zarządzania Marką i Relacji Inwestorskich BZ WBK, jest przekonanych, że Morawiecki, który nie ma pamięci do nazwisk, po prostu się pomylił — przyjmując na dyrektorskie stanowisko Klarecką, sądził, że przyjmuje żonę Ziobry" – piszą Gajdzińscy.

Z książki "Delfin" wyłania się obraz ambitnego technokraty o nacjonalistycznych poglądach, który wie, kiedy opłaca mu się ukrywać swój światopogląd. Według autorów Mateusz Morawiecki buduje swoją karierę w oparciu o średniowieczny model wasala, który służy seniorowi. Tym seniorem w jego przypadku najpierw byli kolejni zagraniczni właściciele banku, a obecnie przewodniczący PiS Jarosław Kaczyński.

Gajdzińscy przypominają fragment dawnego wywiadu Morawieckiego, który kiedyś marzył o tym, by być partyzantem. Dopatrują się tu wpływu ojca, Kornela Morawieckiego, lidera radykalnej Solidarności Walczącej. Teraz jednak celem polityka PiS ma być prezydentura.

Autorzy są zdania, że Mateusz ma kompleksy na punkcie ojca, dzięki któremu mógł zrobić tak oszałamiającą karierę zarówno w polityce, jak i biznesie. Tymczasem obecny premier woli twierdzić, że do wszystkiego doszedł sam. Gajdzińscy opisują atak furii, którego przed laty miał dostać bankowiec Morawiecki, gdy autorka tekstu w "Forbes" napisała nie tylko o nim, ale i o ojcu. "Wykup cały nakład, nie ma mowy, aby ktoś to przeczytał. Jak ta kobieta chce pisać o moim ojcu, to niech pisze, ale mnie nie wolno w to wciągać!" – miał krzyczeć Mateusz Morawiecki.

Bohaterem "Delfina" jest niezwykle pracowity, ale i bezwzględny człowiek, który kłamał dla własnych korzyści już na etapie pracy w banku. Bogaty, potężny, wpływowy człowiek tylko czekający na odejście Jarosława Kaczyńskiego, który zrobił go premierem.