Autorka reportaży w "Wyborczej" przyznaje: Wątpliwości wokół Marka Lisińskiego jest o wiele więcej

Marek Lisiński w środę zrezygnował ze stanowiska prezesa Fundacji Nie Lękajcie Się. W poniedziałek "Gazeta Wyborcza" opisała wątpliwości, czy Lisiński w ogóle był ofiarą molestowania seksualnego przez księdza.
Marek Lisiński w środę zrezygnował ze stanowiska prezesa Fundacji Nie Lękajcie Się. W poniedziałek "Gazeta Wyborcza" opisała wątpliwości, czy Lisiński w ogóle był ofiarą molestowania seksualnego przez księdza. Fot. Bartosz Bańka / Agencja Gazeta
Zanim w czwartek rano "Gazeta Wyborcza" wraz z dodatkiem "Duży Format" trafiła do kiosków, Marek Lisiński uprzedził wypadki i złożył dymisję ze stanowiska prezesa Fundacji Nie Lękajcie Się. W reportażu mowa jest o tym, jak Lisiński - twierdząc, że ma raka - wyłudził 30 tys. zł od jednej z podopiecznych fundacji. W poniedziałek w "Wyborczej" ukazała się kolejna część reportażu. Równie szokująca.


"Czy Marek Lisiński był molestowany? Pojawiają się wątpliwości" – to tytuł materiału w "Wyborczej", efekt ponad pół roku śledztwa dziennikarskiego. Katarzyna Włodkowska i Katarzyna Surmiak-Domańska dotarły m.in. do księdza, który miałby być oprawcą Lisińskiego, gdy ten miał 13 lat, oraz do wielu jego znajomych. Z ich relacji nie wynika, aby jego wersja była prawdziwa.


W tekście raz po raz padają słowa Lisińskiego, cytowane przez jego współpracowników: "Oni muszą nam zapłacić". Pieniądze – to miało być najistotniejsze. – Nie przesądzamy. Dzielimy się wątpliwościami – mówi w rozmowie z naTemat współautorka reportaży o Marku Lisińskim, Katarzyna Włodkowska.


Warto było?

Nie wiem, czy "warto było?" jest pytaniem właściwym. To było potrzebne. Podczas siedmiu miesięcy dziennikarskiego śledztwa przyświecało nam inne pytanie. Cały czas miałyśmy to z tyłu głowy: Gdybyśmy to my były ofiarami kościelnej pedofilii, to czy byśmy chciały zgłaszać się ze swoim świadectwem do osoby niewiarygodnej? To była nasza podstawowa motywacja.

Oczywiście, że pewne wątpliwości miałyśmy. Dotyczyły one świadomości, że upublicznimy fakty trudne do przyjęcia dla wielu osób. Wiedziałyśmy też, że te fakty mogą być - aczkolwiek niesłusznie - wykorzystane przeciwko ofiarom pedofilii w Kościele. Dlatego teraz ważne jest, żeby oddzielać Marka Lisińskiego od całego ruchu ofiar.



Ostrzegały Panie braci Sekielskich podczas pracy nad ich filmem, że Marek Lisiński może być osobą niewiarygodną?


Nie ostrzegałyśmy ich. Oni sami nabrali tego przekonania podczas kontaktów z Markiem Lisińskim. Z Tomkiem Sekielskim spotkałyśmy się w kwietniu.

Czyli w sumie na moment przed premierą "Tylko nie mów nikomu".


Już wtedy informował nas, że zmienia koncepcję filmu, ponieważ Lisiński utrudniał jego powstanie. Zażądał 50 tys. zł, po połowie dla siebie i dla fundacji, za udział w dokumencie, później przekładał spotkania, nie odbierał telefonu.

Nie dzieliłyśmy się z Tomkiem Sekielskim wszystkim, co wtedy wiedziałyśmy o Marku Lisińskim. Decyzję o tym, że Lisiński nie wystąpi w filmie, podjął wcześniej, niezależnie od naszych ustaleń.


Ustalenia dotyczące kwestii finansowych to nie wszystko. W poniedziałkowym wydaniu jest druga część reportażu – o wątpliwościach, czy Lisiński w ogóle był molestowany przez księdza. Tymczasem 1 czerwca kuria płocka, po innej publikacji, wydała komunikat stwierdzający, że Lisiński był ofiarą duchownego.


Kuria w Płocku powołuje się na dekret biskupa zatwierdzony przez Kongregację Nauki Wiary. To faktycznie nie podlega wątpliwości - ks. Zdzisław Witkowski, który był wikariuszem we wsi, gdzie wychowywał się Marek Lisiński, ma na sumieniu przypadki molestowania seksualnego. Ale czy molestował także Marka Lisińskiego?
KOMUNIKAT PRASOWY

(...)
1. Wina duchownego oskarżonego o molestowanie Pana Marka Lisińskiego została potwierdzona podczas prowadzonego przed Sądem Biskupim w Płocku postępowania. Poczynione ustalenia zostały zatwierdzone przez watykańską Kongregację Nauki Wiary.
2. W opisanej sprawie zarówno zebrane materiały, jak i postawa oskarżonego duchownego w toku postępowania kanonicznego, dały podstawy do uznania Pana Marka Lisińskiego za ofiarę molestowania seksualnego.

Dr Elżbieta Grzybowska
Rzecznik Kurii Diecezjalnej Płockiej
Płock, 1 czerwca 2019 r. Czytaj więcej


Wyrok ten - udało nam się do niego dotrzeć - zawiera jednak szereg nieścisłości. Bp Piotr Libera stwierdza w nim m.in., że większość świadków wskazanych przez ks. Witkowskiego nie stawiła się, by złożyć zeznania, ale to nie do końca prawda. Nie zgłosili się, bo nie zostali wezwani.

W wyroku pada też informacja, iż "brak przesłanek, aby sądzić, że ofiara była w trudnej sytuacji ekonomicznej i że była alkoholikiem, złodziejem oraz oszustem". Trudną sytuację ekonomiczną oraz fakt bycia alkoholikiem potwierdza tymczasem sam Marek Lisiński. Dodatkowo, Lisiński, zanim oskarżył duchownego o molestowanie, pożyczył od niego pieniądze na leczenie żony (też miała chorować na raka, co było nieprawdą) i ich nie oddał.

To by oznaczało, że wyrok zatwierdzony przez Watykan został oparty na nieprawdziwych przesłankach.


Częściowo. Wiele wątpliwości wokół niego nie zostało rzetelnie wyjaśnionych. Na przykład do Stolicy Apostolskiej, w sprawie Lisińskiego, napisała Ewa Łubińska, była burmistrz miasta i gminy Bieżuń (dziś nieżyjąca - przyp. red.). Informowała, że w 2009 r. Lisiński poprosił ją o pomoc finansową na opłacenie udziału w kursie rozwoju osobistego. Zobowiązał się, że zdobytą na kursie wiedzę "wykorzysta do jeszcze lepszej pracy na rzecz pomocy osobom uzależnionym na terenie gminy".

Lisiński otrzymał z gminy 2 tys. zł na opłacenie kursu i dojazdy. Kurs ukończył w grudniu 2009 r., a na początku 2010 nie stawił się już do pracy i wyjechał z Bieżunia. Pani burmistrz opisuje, że choć Lisiński z zobowiązania się nie wywiązał, to pieniędzy nie zwrócił. A później się okazało, że od innych uczestników kursu pobierał pieniądze za podróż, mimo iż otrzymał na to pieniądze gminne.

Taki sposób na życie?


Nie przesądzamy. Dzielimy się wątpliwościami.

Próbowałyśmy się spotkać księdzem biskupem Piotrem Liberą, aby o tych wątpliwościach porozmawiać. Odmówił. Dziś już wiemy, że wtedy wiedział, iż wkrótce opuści diecezję i uda się na pół roku do klasztoru.


Ten tekst miał się ukazać później, prawda? W ubiegłym tygodniu informowała Pani na Twitterze, że wydarzenia przyspieszyły, stąd publikacja właśnie teraz. Co takiego się stało?


Zbieranie materiałów było niezmiernie pracochłonne. Ich opracowanie również wymagało wiele czasu. Wszystkich rozmówców prosiłyśmy o zachowanie tajemnicy do czasu publikacji. Wydarzenia przyspieszyły, rada fundacji postanowiła odwołać Marka Lisińskiego z funkcji, po tym jak jedna z ofiar, po rozmowie z Katarzyną, poinformowała o pożyczce.


Czy teraz zgłaszają się do Pań osoby, które mają żal o te dwa reportaże? W komentarzach czasem pojawia się ton, że sprawa Lisińskiego może być wykorzystana przez przeciwników walki ze zjawiskiem pedofilii w Kościele.


Mam wrażenie, że z wielu komentarzy przebija taka refleksja: jeśli oczekuje się od Kościoła, aby się oczyścił, to i druga strona powinna być gotowa na to samo. Ale dostałam też maila, że jestem "hieną dziennikarską" i nie rozumiem, że szkodzę sprawie.

Pojawiają się również głosy, że nie ma nic złego w tym, iż Marek Lisiński pożyczył 20 tys. zł, a dziesięć przyjął w prezencie, od podopiecznej swojej fundacji, ofiary wielokrotnego i brutalnego wykorzystania seksualnego, w tym gwałtu. Bo może jest w trudnej sytuacji.

Przecież Katarzyna to osoba, która żyje w czterech ścianach, bardzo chroni swoją prywatność. Po tym, co przeszła, ma bardzo ograniczone zaufanie do ludzi. Spełniając prośbę Marka Lisińskiego była przekonana, że jego życie jest zagrożone. Powiedział jej, że choruje na raka trzustki.

Lisiński broni się, że żadnych pieniędzy nie wyłudził.

Marek Lisiński do dnia dzisiejszego nie przedstawił żadnych dokumentów potwierdzających, że faktycznie chorował na raka trzustki. Był o to proszony przez Katarzynę, później Katarzyna zainicjowała spotkanie Lisińskiego ze swoją koleżanką – mieli się spotkać w Poznaniu, on miał dostarczyć dokumenty. Nie zjawił się.

Dopiero wtedy, wiedząc, że zajmujemy się tym tematem, sama się do nas zgłosiła. Wiele osób do niej pisze, co bardzo przeżywa, że "postanowiła zniszczyć fundację", bo ze sprawą pognała do mediów – a ona z tym bardzo długo zwlekała.

To było na odwrót – dziennikarskie śledztwo zaczęło się wcześniej, od innych wątpliwości?

Od wątpliwości, czy w ogóle był molestowany. O tym, że Marek Lisiński pożyczył od Katarzyny pieniądze, po tym jak sąd przyznał jej milion zł zadośćuczynienia, dowiedziałyśmy się później. I nie od niej.

Tu pojawia się jeszcze kwestia prawnika Katarzyny. 30 proc. od kwoty miliona zadośćuczynienia wydaje się niemałym wynagrodzeniem.

Kwota ogromna. Co jednak najważniejsze, pan mecenas, który zasiada w zarządzie fundacji, w rozmowie ze mną we wtorek rano wyparł się tego, że zagwarantował sobie te 30 proc. I to pomimo tego, że Katarzyna poinformowała go, że z nami rozmawiała i potwierdziła tę kwotę.

Kolejną etyczną wątpliwość budzi to, że Katarzyna nie ma tej umowy. Mecenas z nią umowę podpisał, ale kopii jej nie przekazał.

Powstaje pytanie, czy fundacja będzie dalej z nim współpracować.


To pytanie nie do mnie. Jarosław Głuchowski w zarządzie Fundacji Nie Lękajcie Się jest od 2015 r. Wiadomo, że do dymisji podał się Marek Lisiński.

Z drugiej strony – ostateczna reakcja rady fundacji ws. prezesa Lisińskiego była natychmiastowa. Gdyby Kościół reagował tak błyskawicznie na wszelkie sygnały o nieprawidłowościach, jak zareagowała Fundacja Nie Lękajcie Się, być może tego typu organizacje nie byłyby potrzebne.