
Nerwice, depresje albo inne zaburzenia psychiczne nie dotyczą wcale wąskiej grupy społecznej. To znak naszych czasów, że młodzi, dobrze wykształceni i pozornie szczęśliwi ludzie nie radzą sobie z własnymi emocjami. Ponieważ wszyscy żyjemy w lęku, wszyscy cierpimy, w mniej lub bardziej widoczny dla otoczenia sposób. Boimy się utraty swojego statusu społecznego, ośmieszenia, samotności, biedy. Śnią nam się niespłacone kredyty, rozwody i choroby. Czy można poradzić sobie z lękiem? Maria Rotkiel, psycholog, uważa, że jest to możliwe.
REKLAMA
W mediach, na ulicach, w internecie – wszędzie czuć i widać złość. To nie jest tylko polska specyfika. Współczesny człowiek jest ofiarą własnych niespełnionych aspiracji. Zawsze chce więcej niż może. Czy da się zarządzać własną złością? Jeśli czujemy frustrację – chociażby dlatego, że inni mają lepiej od nas – możemy rozbroić własną psychikę „domowymi sposobami”?
Powiem, co można zrobić, ale proszę się na mnie nie denerwować. Bo bywa tak, że psycholog czy terapeuta udziela „złotych rad”, próbuje uniwersalizować, a człowiek, który przeżywa akurat trudny okres i cierpi, odbiera to jako formę spłycania jego problemów.
Przechodząc do samego pytania – po pierwsze jest tak, że w psychologii od dawna nie mówimy o „złych emocjach”. Emocje mogą być trudne i taka też jest złość. Jest trudna, bo ona może wykończyć psychicznie i fizycznie. Nie można długo żyć w złości, bez szwanku na psychice. Żeby pokonać złość, trzeba najpierw dotrzeć do jej źródeł. Kiedy człowiek odkryje, dlaczego się złości, to już połowa sukcesu. Załóżmy, że jesteśmy źli, bo ktoś ma lepiej od nas. Powinniśmy się wówczas pochylić nad tym, czy to coś, co ma druga osoba, a czego my nie mamy, jest nam faktycznie niezbędne do życia. Jeśli jest, to może jest szansa, że jesteśmy w stanie to zdobyć, tyle że najpierw musimy się spiąć i ciężko pracować.
Złość jako czynnik mobilizujący?
Tak właśnie to działa. Przynajmniej złość w rozsądnych dawkach.
A kiedy nie ma szans na to, żeby zdobyć to coś, na czym teoretycznie nam potwornie zależy? Kiedy wiemy, że sprawa jest z góry przegrana?
Wtedy trzeba szukać ekwiwalentów. Bardziej emocjonalnych niż rzeczowych. Wtedy należy wniknąć we własne psychologiczne motywacje. Może pragniemy czegoś, by poprawić swoją samoocenę? Jeśli tak, to może da się osiągnąć identyczny efekt za pomocą innych środków? Mniej spektakularnych, ale równie skutecznych.
Skąd w nas w ogóle ta przemożna chęć rywalizacji? Dlaczego wiecznie porównujemy się z innymi i cierpimy, kiedy nasz bilans wypada gorzej niż cudzy?
Mam wrażenie, że frustracja jest zawsze wynikiem ostentacji. Ludzie, którzy obnoszą się ze swoimi sukcesami frustrują tych, którzy mają mniej szczęścia w życiu. To nie znaczy, rzecz jasna, że o sukcesach nie należy mówić publicznie. Ale po co kłuć nimi w oczy tych, którzy w danym momencie są w dołku? Jeśli wiemy, że ktoś cierpi na brak gotówki, nie zapraszamy go do super drogiej restauracji. Gdy widzimy, że dana osoba cierpi po rozstaniu z partnerem, nie opowiadamy jej o własnych, romantycznych uniesieniach, o tym, że całą noc nie spaliśmy z „wiadomych przyczyn”. W kontaktach społecznych niezbędna jest wrażliwość, empatia, wyczucie. Cieszmy się swoim szczęściem, ale miejmy zawsze w tyle głowy pytanie: Czy nie sprawiam właśnie swoimi działaniami przykrości drugiemu człowiekowi?
Empatia, w dzisiejszym świecie, jest niestety na wagę złota. Jesteśmy coraz mniej empatyczni, za to coraz bardziej nastawieni na pompowanie swojego ego.
Bo czujemy wieczną presję. Musimy dbać o swój wizerunek i mamy na jego punkcie prawdziwą obsesję. Bywa tak, że podświadomie pragniemy sprawić przykrość innym, by poprawić samopoczucie sobie. To egoistyczna metoda, po której zostaje wielki moralny kac. Nie leczmy własnych kompleksów cudzym kosztem! Jeżeli mam fanaberię, by jeść w bardzo drogiej restauracji, to jest moja sprawa. Ale nie mogę w ten sposób czegoś sobie „załatwiać”, jeśli chodzi o swoją psychikę. Dlatego z niezbyt zamożną przyjaciółką lepiej pójść na spacer, zjeść chipsy na ławce w parku, a nie stawiać ją w głupiej sytuacji i proponować kolację w luksusowym lokalu – albo ona zamówi herbatę i tyle, albo będziemy musieli za nią zapłacić. W obu przypadkach przyjaciółka będzie czuła się niekomfortowo.
Przy okazji warto zapytać: co chcemy sobie w tak brzydki sposób „załatwić”?
Każdy z nas „walczy” o coś innego. Nosimy w głowie wyobrażenie o samym sobie i jesteśmy do niego bardzo przywiązani. Jesteśmy gotowi do wielkich wyrzeczeń, żeby tylko sprostać własnym wymaganiom. Dlatego – nawet, jeśli folgujemy swoim fantazjom – powinniśmy zachować samoświadomość. Powinniśmy wiedzieć, dlaczego aż tak zależy nam na drogim aucie czy designerskich butach.
Zdaje się, że my w świecie przedmiotów zupełnie się pogubiliśmy. Skupiamy się na kolejnych rzeczach, które rzekomo musimy posiadać. Za pomocą przedmiotów próbujemy się dookreślić.
Po to wymyślono mój zawód. To nie jest wyłącznie specyfika naszych czasów. Kiedy w XIX wieku i na początku XX wieku psychoterapia i psychologia wzmacniały się jako dziedziny, zwrócono uwagę na to, że ludzie kolekcjonując przedmioty budują własną tożsamość. Tak było kiedyś, tak jest i, niestety, tak będzie. Dlatego terapeuta mówi czasem rzeczy, które mogą brzmieć patetycznie. Na przykład powtarza, że przedmioty nie mogą przesłaniać uczuć. Należy zachować proporcje pomiędzy przedmiotami a uczuciami. I nie wolno za pomocą przedmiotów wyrażać swoich uczuć, na przykład rekompensować dziecku drogimi wakacjami całoroczne zaniedbywanie. Albo wynagradzać prezentami zdradę.
Gdy mówimy o kondycji współczesnego człowieka, nie sposób nie wspomnieć o lęku. Ten człowiek żyje w wiecznym strachu, bo wisi nad nim widmo utraty: pracy, rodziny, społecznego statusu. Jak z tym żyć?
Przede wszystkim, dajmy sobie prawo do tych lęków. Pamiętajmy, że to nie jest nasza wina, że się boimy. Kiedy byliśmy mali, nasze oceny w szkole wyznaczały naszą pozycję. Tak nas wychowali rodzice. Czasem przybierało to wręcz formę tresury. Mechanizmy z młodości przenosimy potem na dorosłe życie. Boimy się własnej bezradności i słabości. Boimy się, że wylądujemy „w oślej ławce”.
Lęk jest zupełnie naturalny. Gdyby nie lęk, żylibyśmy krótko. To lęk sprawia, że nie przechodzimy przez ciemny park, tylko dzwonimy po taksówkę. To on powoduje, że w samochodzie zdejmujemy we właściwym momencie nogę z gazu. Dobrze, że czujemy lęk, gdyż on jest sygnałem do wycofania się z niebezpiecznej dla nas sytuacji. Inna sprawa, że lęk może przyjąć formy dla nas destrukcyjne.
Budzimy się w środku nocy, oblani zimnym potem. Projektujemy sobie własne porażki, wymyślamy śmiertelne choroby, piszemy czarne scenariusze, jeśli chodzi o nasze zawodowe życie.
To są ataki paniki. To zupełnie coś innego. Tak się dzieje, gdy lęk bierze górę nad nami. Wówczas wiecznie towarzyszy nam uczucie niepokoju, mówimy o lęku uogólnionym. Epizodycznie w swoim życiu wszyscy przeżywamy stany, które diagnostycznie spełniają kryteria zaburzeń psychicznych. Mamy depresje i zaburzenia lękowe. Jeśli trwa to krótko, nie trzeba się tym bardzo przejmować. Jeśli napady lęku się utrzymują, to warto pójść do takiej osoby, jak ja i o tym pogadać. Jeżeli po raz kolejny budzimy się rano i czujemy jak przed klasówką, powinniśmy poszukać pomocy.
Lęk zawsze jest tylko sygnałem czegoś, szerszego problemu. Coś jest do załatwienia, pojawia się jakaś trudność czy blokada w naszym życiu, której trzeba się przyjrzeć i najprawdopodobniej zmobilizować do konkretnego działania. Zupełnie jak z małym dzieckiem, które boi się potwora pod łóżkiem. Bierzemy takie dziecko i mówimy mu: sprawdźmy wspólnie, czy potwór istnieje. Najpierw sama sprawdzam, zaglądam pod łóżko, potwora nie ma. Potem namawiam dziecko, żeby czynność powtórzyć razem. Warto sobie zadać pytanie, czego tak naprawdę się boimy, czym jest nasz „potwór pod łóżkiem”. Jeśli się z tym zmierzymy, lęk minie, poczujemy ulgę.
Rozmowa jest fragmentem wywiadu dla radia Chilli ZET. Cały wywiad, wyemitowany w programie "Hani Bal", do przesłuchania na stronie radia.
