Minął miesiąc od filmu Sekielskich, a u biskupów nic się nie zmieniło? "Może naTemat im przypomni, że są ludźmi"

Prof. Stanisław Obirek jest zdania, że trzeba naciskać na biskupów ws. pomocy dla ofiar kościelnej pedofilii.
Prof. Stanisław Obirek jest zdania, że trzeba naciskać na biskupów ws. pomocy dla ofiar kościelnej pedofilii. fot. Adam Burakowski / Agencja Gazeta
Film braci Sekielskich ma już ponad 22 mln wyświetleń na YouTube. To dużo jak na film, który jest dostępny na YouTube od nieco ponad miesiąca. Jednak czy oprócz liczby na liczniku coś się zmienia? Czy biskupi coś zrozumieli i kiedy ruszy fundusz pomocy dla ofiar przestępczości seksualnej kleru? O tym naTemat rozmawiał z prof. Stanisławem Obirkiem, filozofem, byłym księdzem.


Anna Dryjańska: Minął miesiąc od premiery filmu braci Sekielskich. Czy podejście biskupów do krycia przestępców seksualnych się zmieniło?

Stanisław Obirek: Łatwo jest powiedzieć, że nie zmieniło się nic, zwłaszcza po ostatnim oświadczeniu abp. Stanisława Gądeckiego.

Dla mnie to brzmi jak zmiana, ale w innym kierunku – jakby wiceprzewodniczący episkopatu dał biskupom sygnał do utwardzenia kursu wobec ofiar kościelnej pedofilii, poprzez przypisywanie osobom mówiącym o przestępczości seksualnej kleru winy za "akty nienawiści wobec katolików", czyli np. nabożeństwo w innym obrządku na Paradzie Równości.


Abp Gądecki wrócił do zgranej płyty, jakoby to społeczeństwo i cywilizacja niszczyły Kościół. W świetle takich wypowiedzi można mieć wrażenie, w świadomości przywódców kościelnych film Sekielskich nie zaistniał, że przeprosiny za przedstawione w nim niegodziwości nie miały miejsca.


Wpływ na ten buńczuczny ton mogły mieć rezultaty wizyty wielce oczekiwanego wysłannika papieża Franciszka do zadań specjalnych, abp. Charlesa Scicluny. Miało być trzęsienie ziemi, przeszedł zefirek. Głowy biskupów nie poleciały – wręcz przeciwnie, abp. Scicluna ich po nich pogłaskał, pochwalił za to, że robią co w ich mocy i wydają dokumenty zgodne z myślą papieża.


Wszyscy zgadzają się ze sobą, a będzie nadal tak jak jest?

Z tej perspektywy sprawa przedstawia się pesymistycznie – mimo ponad 22 mln wyświetleń filmu Sekielskich, zmiany wśród biskupów nie ma.

A istnieje jakaś optymistyczna perspektywa?

Oczywiście. Polega na tym, że Kościół to nie tylko biskupi, ale też katolicy, szeregowi księża i opiniotwórcze środowiska katolickie, takie jak "Tygodnik Powszechny" czy "Znak".

Ci ludzie uaktywnili się dzięki filmowi Sekielskich – wielu z nich po raz pierwszy wypowiedziało się w kontrze do biskupów. Nawet publicyści kojarzeni z fundamentalizmem katolickim nie zamykają już oczu na problem, doceniają film i wagę poruszonych w nim problemów.

Od doceniania filmu nic się nie zmieni.

To pierwszy krok w procesie, który francuscy historycy nazywają długim trwaniem. Zmiany mentalności nie dokonują się szybko, a zwłaszcza nie z dnia na dzień. Dlatego z początku trudno to wychwycić mediom i badaczom społecznym.

"Tylko nie mów nikomu" stał się faktem społecznym, ale zanim wywoła obserwowalne zmiany, muszą minąć lata. A my rozmawiamy nieco ponad miesiąc po premierze. Cierpliwości.

Proszę zwrócić uwagę, że społeczeństwo już zyskało język do mówienia o czymś, co przez wiele lat było niewypowiedziane. To już dużo, bo rozmowy będą katalizatorami kolejnych zmian.

Spodziewam się, że konsekwencją będą głośne wystąpienia katolików, którzy z otwartą przyłbicą zaprotestują przeciwko temu, co biskupi robią i czego nie robią ws. ofiar wykorzystywania seksualnego przez kler. Akty religijnego nieposłuszeństwa są kwestią czasu.

Świetnie, tyle że nawet jeśli Polska rozpocznie proces swoistej reformacji, to nie znaczy, że ofiary kleru będą miały zapewnioną pomoc. Jeszcze miesiąc temu abp Polak mówił, że biskupi rozważają utworzenie funduszu pomocy osobom wykorzystanym seksualnie. Teraz jakoś o tym nie słychać.

Młyny kościelne mielą bardzo powoli. Jak słusznie zauważył kiedyś ks. John W. O'Malley, jezuita i historyk, przywódcy kościelni nigdy nie zmieniali czegoś dobrowolnie, gdy to robili zawsze byli w sytuacji przymusu. Nie ma więc co liczyć na to, że biskupi sami powołają fundusz – trzeba im pomóc w tym, by te "rozważania" zmieniły się w deklarację, a potem pilnować, by ją zrealizowali.

Dużą rolę mają tu do odegrania prawnicy reprezentujący ofiary przestępczości seksualnej kleru, ale także opinia publiczna i media. Trzeba podsuwać biskupom pomysły na zasilenie tego funduszu.

Na przykład?

Są hierarchowie, którzy cieszą się bardzo komfortowymi warunkami życia, a zetknęli się z problemem pedofilii w Kościele i dysponują wymiernymi środkami finansowymi. Mam na myśli na przykład abp. Juliusza Paetza, kard. Stefana Dziwisza, nuncjusza Józefa Kowalczyka. Warto podpowiedzieć im, że mogliby wykorzystać swój majątek do zadośćuczynienia krzywdom ludzi skrzywdzonych w dzieciństwie przez kler.

Nie liczyłabym na ich entuzjazm dla takiego rozwiązania, wręcz przeciwnie: osoby, które będą wskazywać biskupom skąd wziąć pieniądze dla ofiar, będą nazywane "wrogami Kościoła".

Takiej retoryce trzeba się przeciwstawiać. Tłumaczyć, że dzięki pomocy finansowej ofiarom Kościół zrobiłby to, do czego został powołany. Wszyscy tylko na tym zyskają, niezależnie od tego, czy i w co wierzą.

Nie chodzi więc o krucjatę antykościelną, ale o przypomnienie elementarnych rzeczy. Kto wie, może redakcja naTemat przypomni biskupom, że są ludźmi? Jeśli będą mieszkać w blokowisku, a nie w pałacu, korona im z głowy nie spadnie.