"Janusze biznesu" w natarciu. Zobaczcie, po ile sprzedają leki, których brakuje w aptekach

Niektórzy pacjenci są skazani na łaskę internetowych sprzedawców.
Niektórzy pacjenci są skazani na łaskę internetowych sprzedawców. Fot. Przemysław Skrzydło / Agencja Gazeta/ oprac. naTemat
Polak potrafi, to fakt. Czasami potrafi jednak na ludzkiej krzywdzie zrobić niezły interes. W internecie jak grzyby po deszczu pojawiają się ogłoszenia, w których "Janusze biznesu" sprzedają ważne leki na receptę, których obecnie nie ma w aptekach. Ludzie rozpaczają, bo nie mogą leczyć się na wiele poważnych schorzeń i desperacko szukają rozwiązania tego problemu. Cwaniacy im to umożliwiają, a przy okazji zarabiają na pudełku 800, a nawet 1000 proc.


Blady strach padł na wielu Polaków, którzy nie mogą w aptekach dostać leków na swoje schorzenia. I nie chodzi tutaj o leczenie przeziębienia lub grypy, a poważne sprawy jak rak, cukrzyca, czy choroba Hashimoto. A lista jest ogromna. W aptekach brakuje 324 pozycji leków, chociaż jeszcze trzy miesiące temu sytuacja była korzystniejsza – brakowało 288 pozycji.
To, jak ogromna jest skala tego zjawiska, można zobaczyć w internecie. Polacy dzielą się swoimi obawami w mediach społecznościowych. Pisza, że nie mogą dostać leków, bez których nie będą normalnie funkcjonować, a niektórzy nawet, że ich brak zagraża ich życiu.
Intratny biznes
Okazuje się, że na ludzkiej krzywdzie da się zarobić. Osoby przewlekle chore zrobią przecież wszystko, żeby dostać pomagający im w funkcjonowaniu lek. Dlatego w sieci można zaobserwować coraz więcej ogłoszeń, w których pojawiają się brakujące leki, zwłaszcza po tym, jak temat stał się medialny. Sprawdziliśmy listę leków deficytowych i niektóre z nazw wpisaliśmy w wyszukiwarkę i voila – trafiliśmy na serwis ogłoszeniowy, a na nim oferty sprzedaży tych leków. Na pierwszy ogień poszedł Metformax, lek na cukrzycę. Wyszukaliśmy najczęściej spożywane dawki, czyli 500 mg i 1000 mg.
Oferty są już z końca maja, ale widać też świeższe, np. ze środy. Przypadek? Nie sądzę. Ludzie, którzy je sprzedają piszą, że kupili niedawno te leki, ale nie są im potrzebne i chcą się ich pozbyć. Szkoda tylko, że nie wiedzą, że nie oferują klientom leku przeciwbólowego czy syropu na kaszel, ale lek na receptę.


– Nie wiedziałem o tym procederze, ale jeśli są to leki na receptę, a te, które pan wymienił do nich należą, to jest to przestępstwo, którym powinien zająć się Główny Inspektor Farmaceutyczny i policja – mówi naTemat Krzysztof Kopeć, prezes Polskiego Związku Pracodawców Przemysłu Farmaceutycznego.


Zgodnie z art. 124 ustawy Prawo farmaceutyczne "kto wprowadza do obrotu lub przechowuje w celu wprowadzenia do obrotu produkt leczniczy, nie posiadając pozwolenia na dopuszczenie do obrotu, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2".


Jeśli robią to nieświadomie, bo nie wiedzą, że jest to nielegalne, sąd może uznać ich postępowanie za występek i ukarać grzywną. Jeśli jednak robiły to celowo, wtedy w grę wchodzi przestępstwo i kara więzienia.

Ceny z kosmosu
Ale biorąc pod uwagę wspomniany przez nas lek na cukrzycę, to więzienie powinno dotyczyć bardziej za zdziczenie moralne sprzedających, którzy za medykament dostępny w aptece za 4 zł, a w hurtowni 8 zł, chcą 60 zł. Tylko dlatego, że podaż na ten lek jest teraz krytycznie wysoka.
Tak samo jest z innymi lekami. Kolejnym, który sprawdziliśmy, jest Euthyrox, który pomaga w leczeniu chorób tarczycy, w tym na wspomnianą wcześniej chorobę Hashimoto.
Tylko w środę i tylko na tej stronie pojawiły się trzy ogłoszenia dotyczące tego leku. Ceny? Horrendalnie wysokie – od 60 do 100 zł za opakowanie w zależności od dawki. Co na to apteka? Jeśli kupujemy lek za 100 zł, to przepłacamy jakieś 20 razy, bo w aptece z receptą zapłacimy od 5 do 7 zł. W hurtowni ten lek kosztuje od 7 do 13 zł.
Idźmy dalej – Berodual, lek na astmę i alergię. Jego koszt w aptece to nieco ponad 15 zł z receptą, a w hurtowni ok. 25 zł. W ogłoszeniach z czwartku rano zapłacimy za niego 40-50 zł, a do tego 17 zł za przesyłkę pobraniową, chociaż niektórzy preferują odbiór osobisty. Nie podają numerów kont, bo wtedy pewnie łatwiej wyśledzić.
Zadzwoniliśmy pod dwa takie ogłoszenia dotyczące leków deficytowych. Ludzie, którzy odebrali i usłyszeli nasze pytanie o legalność tego procederu, mówili, że nic im o tym nie wiadomo lub od razu się rozłączali.

Kiedy sprawa z lekami się poprawi?
Ministerstwo zdrowia uspokaja, że już pracuje nad sytuacją i leki trafiają do aptek. W niektórych przypadkach podobno jest ich wystarczająca ilość, chociaż resort nie bierze pod uwagę, że podaje zbiorcze liczby danego leku, bez podziału na konkretne dawki. Dochodzi więc do sytuacji, że apteka posiada górę leku z dawką 500 mg, ale nie posiada np. 125 mg, podawanej w innej formie, która jest najczęściej przepisywana i sprzedawana. Głos w sprawie kryzysu lekowego zabrał sam marszałek Stanisław Karczewski. Jako powód braku wielu pozycji w aptekach wymienił mafie lekowe i problemy w Chinach, ale o co tak właściwie chodzi?

– Problem z niedostępnością leków ma trzy przyczyny. Pierwszą są wspomniane mafie lekowe. Głównym priorytetem ministra zdrowia jest to, żeby leki w Polsce były jak najtańsze. Ma to swoje dobre i złe strony. Dobre, wiadomo – cena jest niska. To jednak prowadzi do poważnych konsekwencji, których teraz jesteśmy świadkami – tłumaczy nam Krzysztof Kopeć.

– Jeśli ma być najtaniej, to ktoś musi te leki wyprodukować. Za taką cenę nie zrobi się tego w Polsce czy nawet w Europie, bo koszty wytwarzania są wyższe, więc ministerstwo negocjuje ceny z firmami, które dostarczają leki z Chin. Niestety, przez zmiany w przepisach wewnętrznych w Chinach niektórzy tamtejsi producenci musieli pozamykać firmy, a inni zatrzymać lub ograniczyć produkcję leków, co oczywiście miało wpływ na rynek leków w Polsce i na świecie – mówi prezes PZPPF.

Działania rządu nazywa "krótkowzroczną polityką oszczędności", która jest po prostu zła z punktu widzenia prostej ekonomii. – Proszę spojrzeć, że jeśli u nas ma być najtaniej, a jest najtaniej w Europie, to ten, który daje najmniej za lek, jest ostatni w kolejce na jego dostawę, bo firma zarobi więcej w tym kraju, który więcej zapłaci za jej produkt. To czysta ekonomia. Z kolei jak u nas jest najtaniej to pojawiają się te wspomniane mafie lekowe, które kupują u nas leki i wywożą je np. do Niemiec. Skoro tutaj lek kosztuje 100 zł, a tam 100 euro, to bilans zysków jest oczywisty.

Ostrzeżenia były i nic nie zrobiono
Polski Związek Pracodawców Przemysłu Farmaceutycznego wielokrotnie ostrzegał ministerstwo zdrowia, że taka polityka cenowa jest po prostu niebezpieczna dla znacznej części pacjentów.

– Dawaliśmy niejednokrotnie sygnały i ostrzegaliśmy ministerstwo, że balansujemy na cienkiej czerwonej linii, jeśli chodzi o ceny leków, bo uzależniamy się i monopolizujemy dostawców. Nie mamy nic przeciwko temu, żeby importować leki z Chin czy innych krajów. Ale część produkcji powinniśmy rozwijać w Polsce – twierdzi nasz rozmówca.

– Oczywiście to sprawi, że leki te będą droższe, nie wypieramy się tego. Ale plusami takiego posunięcia będą gwarancja ciągłości dostaw leków, nowe miejsca pracy, więcej zysków z podatków, wzrost PKB, a co najważniejsze bezpieczeństwo pacjentów, którego teraz zabrakło. Cały czas w rozmowach z rządem widzimy konflikt pomiędzy ministerstwami zdrowia i rozwoju. Pierwsze chce oszczędzać, drugie mówi, żeby rozwijać się i powstaje kryzys – dodaje.

Trochę namieszała Unia
Trzecim aspektem, który wpłynął na brak znacznej ilości leków, jest problem serializacji. To wynik dyrektywy unijnej, która ma zapobiegać fałszowaniu leków. Firmy farmaceutyczne muszą więc dostosować opakowania swoich leków zgodnie z jej wytycznymi. I teraz niestety się to dzieje.

– Te leki, które były w obrocie, nie mogą trafić do pacjenta, bo muszą być zastąpione przez te z właściwymi opakowaniami. W wielu krajach w Europie wprowadzono okres przejściowy, bo przecież najważniejsze jest zdrowie pacjenta. Jednak w Polsce nie doszło do porozumienia i mamy tego rodzaju paradoksy, że producent ma masę leków w magazynach, ale nie może ich sprzedać w Polsce i musi je wysyłać do Czech lub Niemiec – wyjaśnia Krzysztof Kopeć.

Jego zdaniem to, co obserwujemy teraz, to ostatnie ostrzeżenie, bo problem będzie się tylko nasilał. Rozwiązaniem może być krajowa produkcja leków, ale przede wszystkim znalezienie równowagi pomiędzy potrzebami pacjenta i jego bezpieczeństwem.