"Nie spodziewaliśmy się takiej tragedii". Oni nie dostali się do żadnej szkoły albo do tych ostatniego wyboru

We wtorek uczniowie z sześciu województw poznali wyniki rekrutacji.
We wtorek uczniowie z sześciu województw poznali wyniki rekrutacji. Fot. Piotr Hejke / Agencja Gazeta
Tylko w Warszawie 3 173 uczniów nie dostało się do żadnej ze szkół, a progi wzrosły o 43 punkty. Niektóre klasy składają się wyłącznie z laureatów olimpiad. Są uczniowie, którzy z wysoką średnią ocen i dobrymi wynikami z egzaminów nie dostali się do żadnej ze szkół. Są też tacy, którzy marzyli o liceum, a uczyć się będą w technikum. Rodzice dzieci z tzw. "podwójnego rocznika" opowiadają nam o koszmarze rekrutacji do szkół średnich. I wiedzą, że to dopiero początek chaosu, który spowodowała reforma edukacji Anny Zalewskiej.


Niektórzy uczniowie wprost pisali, że to "ich dzień sądu", dzień, w którym zapadnie decyzja i dowiedzą się, czy będą mogli spełniać swoje marzenia, iść ścieżką, którą sobie zaplanowali.

We wtorek uczniowie z sześciu województw (mazowieckiego, dolnośląskiego, śląskiego, wielkopolskiego, łódzkiego i świętokrzyskiego) poznali wyniki pierwszego etapu rekrutacji do szkół średnich.

– Wiedzieliśmy, że będzie trudno z powodu tzw. podwójnego rocznika, ale nie spodziewaliśmy się takiej tragedii – szczerze przyznaje matka chłopca, który nie dostał się do żadnej z placówek

Taki los podzieliło wielu uczniów. Tylko w Warszawie do żadnej ze szkół nie dostało się ponad 3 tys. osób, podobnie było w Poznaniu (3,4 tys.), Wrocławiu (1,6 tys. ). Szef MEN Dariusz Piontkowski zapewnia, że wszyscy uczniowie znajdą miejsce w szkole. Sęk w tym, że może się zdarzyć iż ten, kto aplikował do liceum, będzie musiał uczyć się w technikum.

500+ na czesne

Syn Marii ma zespół Aspergera i bardzo sprecyzowane plany na przyszłość – chce zostać patologiem sądowym. – Jak on się zaprze, to tak będzie. A my jesteśmy od tego, żeby mu to umożliwić – mówi Maria. Ale i ze smutkiem dodaje: – Tylko nie wiadomo, w jaki sposób.


Kacper chciał się dostać do liceum. I z sumą 110 punktów w poprzednich latach z powodzeniem by mu się to udało. Ale nie w tym roku. Wybrał pięć szkół i nie dostał się do żadnej.

Maria
mama Kacpra

On wypadł z systemu. A w poradni psychologiczno-specjalistycznej przekazują nam, że Kacper ani do zawodówki, ani do technikum się nie nadaje. Teraz zabieramy się za pisanie odwołań i szukanie szkoły prywatnej, chociaż i tam jest pełne obłożenie.

– Kacper nie daje nic po sobie poznać, nie uzewnętrznia żalu, czy złości. Dzieci z tego typu schorzeniami są bezemocyjne – mówi Maria. Ale już teraz jej syn analizuje i dopytuje: "Co będzie jeśli, a jeśli nie tak, to może tak...". Martwi się też o czesne w prywatnej szkole.

– Mówi do mnie: "Wiesz mama, jestem pierwszym dzieckiem, więc to 500+ załatwi nam czesne" – przytacza Maria. Nie stać jej, żeby opłacać synowi szkołę prywatną. Żyje z niskiej renty, jest osobą z niepełnosprawnością i orzeczeniem o całkowitej niezdolności do pracy. Ma też drugiego syna – ze zdiagnozowanym i nasilającym się ADHD.
Maria

Na pół roku ratuje nas 500+. Kacper w styczniu kończy 18 lat, a liczymy, że jeśli uda mu się utrzymać średnią 4,6, to będzie miał czesne za złotówkę. Jeśli nie, to po pół roku będziemy musieli przenieść go do szkoły publicznej, bo nie będzie wyjścia. A dla niego to będzie kolejna stresująca sytuacja, bo on nie lubi zmian.

Maria za to wszystko, co spotkało jej syna i inne dzieci z tzw. "podwójnego rocznika", obwinia rząd. – Mam do nich po prostu straszny żal, dlatego zastanawiam się, czy nie dołączyć do zbiorowego pozwu przeciwko Polsce. Uważam, że takie podziękowanie się temu rządowi należy. To nie tylko sytuacja mojego syna – zaznacza.

Czerwony pasek nie pomógł

Martyna ostatnią klasę szkoły podstawowej ukończyła z wyróżnieniem. Ale egzaminy poszły jej trochę gorzej, dlatego papiery złożyła i do liceów, i do techników. Wybrała kilka szkół, do których w poprzednich latach dostałaby się bez problemu. Ale nie udało się nigdzie.


– Córka miała 107 punktów i chciała się dostać do technikum. Ale okazuje się, że podwyższono próg i udało się uczniom, którzy mieli po 110 punktów. Mało tego, liczba miejsc także została ograniczona. Wszyscy wiedzieli, że w klasie są 24 miejsca, a w ostatniej chwili okazało się, że jest ich 15, czyli o 9 mniej – Barbara nie może powstrzymać emocji.

Zgłosiła tę sprawę najpierw do kuratorium. Dowiedziała się, że mniejsza liczba miejsc to decyzja dyrektora. Chwyciła za telefon i zapytała, dlaczego w ostatniej chwili zdecydował się na taki krok. – Powiedział, że nie będzie obniżał poziomu szkoły, dlatego zredukował liczbę miejsc. I gdzie teraz te 9 osób ma się podziać? – pyta Barbara.

Teraz Basia i jej córka czekają na drugi nabór, przez myśl przeszła im też szkoła prywatna. Ale już wiedzą, że finansowo nie dadzą rady.

– Pretensje mam do rządu, do kogo innego? Wakacji w tym roku nie będziemy mieć w ogóle. Nawet jeśli będziemy brały udział w drugim etapie rekrutacji, to wyniki będą dopiero na koniec sierpnia. I to też czekanie w napięciu i wielka niewiadoma, co dalej – dodaje Barbara.

Nie udało się nawet do technikum

Młodszy syn Anety jest uzdolniony informatycznie. Przez ostatnie pięć lat jako jedyny ze wszystkich uczniów chodził na indywidualne zajęcia z programowania w prywatnej Akademii Kodera.

Plan na przyszłość miał dość jasny: liceum albo technikum informatyczne. Złożył dokumenty do ośmiu liceów i jednego technikum. Nie dostał się nigdzie.

– Sprawdzaliśmy progi wejścia do szkół z profilem informatycznym z poprzedniego rocznika. I do technikum na Wiśniową w Warszawie było 157 punktów. Młody miał 147 ze świadectwa i egzaminów. Ale w szkole pierwszego wyboru zdał dodatkowy egzamin językowy i dostał dodatkowe 20 punktów. Niestety. Nawet to nie wystarczyło – rozkłada ręce Aneta.

I dodaje, że w liceach, gdzie w poprzednich latach wystarczyło mieć niewiele ponad 130 punktów, też się nie udało. Bo próg wzrósł nawet do 180 punktów.

Teraz Aneta razem z synem zrobili ranking szkół "ostatniej szansy" . – Niestety system nie "powie" nam, gdzie będą szanse, więc zaczekamy do 25 lipca i będziemy "strzelać" z podaniem, i z nadzieją, że gdziekolwiek się dostanie – zaznacza Aneta.
Aneta

Gdybym mogła cofnąć czas, to zmusiłabym syna do wpisania absolutnie wszystkich warszawskich szkół w system. Tylko, że to byłoby wbrew naszym rodzinnym zasadom: każdy decyduje o sobie i ponosi za to odpowiedzialność, reszta go wspiera, bo każdy ma prawo do własnych wyborów.

Jeśli i w drugiej turze się nie uda, to syn Anety przesiedzi najbliższy rok szkolny w domu. – Młody uważa, że da sobie radę poza tym chorym systemem zafundowanym mu przez PiS. Już szukamy kursów programowania. Nie stać mnie na prywatną szkołę, muszę z własnych podatków opłacać 500+ dla obiboków utrzymujących się z mojej pracy – rzuca Aneta.

I zaznacza, że już teraz zbiera dokumenty i szykuje się wraz z innymi rodzicami do złożenia zbiorowego pozwu przeciwko Polsce.

Liceum budowlane, porażka

Agnieszka już kompletnie nie wie, co ma powiedzieć córce, która dostała się do liceum budowlanego, które było jej dziewiątym – awaryjnym wyborem. A marzy jej się inżynieria.
Radziła już Oli, żeby zrobiła sobie rok przerwy albo poszła do zawodówki. Ale nastolatka tylko się śmieje z propozycji matki. Ma większe ambicje.

Zresztą ciężko pracowała na średnią ocen 5,44 i 150 punktów, które udało jej się zdobyć.
– Przez całe trzy lata kuła, żyły sobie wypruwała. I ona bardzo emocjonalnie do tego podchodzi, nie oleje tego – opowiada Agnieszka.

Do szkoły drugiego wyboru Oli zabrakło 1,5 punktu. – W zeszłym roku bez problemu by się dostała. W tym było 1400 osób chętnych na około 140 miejsc. A to statystyki tylko dla uczniów po gimnazjach – mówi Agnieszka.

Teraz Agnieszka i Ola zastanawiają się, co robić dalej. – Myślimy, żeby została tam, gdzie się dostała, a zobaczymy, co się będzie działo w trakcie roku szkolnego. Chcemy też porozwozić jutro odwołania, ale skoro w tych liceach, do których córka się chciała dostać, jest taki natłok, to nie wiem, czy jest sens próbować. Ja to sobie w głowie jeszcze jakoś poukładam, a taki 16-letni nastolatek? Po co mieli się uczyć, po co te starania, skoro na starcie dostają takiego kopa? – oburza się Agnieszka.

Dostał się do "zapchajdziury"

Danuta wiedziała, że przez podwójny rocznik rekrutacja do szkół średnich będzie koszmarem. Ale nie spodziewała się, że aż takim. Jej syn harował, robił dodatkowy wolontariat, więc nie obawiała się o jego przyszłość. – Stawał na rzęsach, czego nie musiał robić jego starszy brat, żeby dostać się do szkoły średniej – opowiada.

Jej młodszy syn złożył papiery do kilku szkół. Miał 156 punktów i trzy egzaminy zdane na sto procent. – I nie dostał się do siedmiu szkół, a do ósmej, takiej "zapchajdziury". Nie jestem w stanie zrozumieć, dlaczego ten rocznik jest tak bardzo poszkodowany – dodaje Danuta.
Danuta

Gdybyśmy wiedzieli, jak to wszystko wygląda, to złożylibyśmy papiery do 25 szkół. Chociaż na początku rekrutacji wydawał się to ponury żart. I to my namówiliśmy go, żeby złożył papiery do tej ostatniej ze szkół, czyli de facto najgorszej dla niego. Jest to liceum, ale na najniższym poziomie. A punktów miał więcej niż jego brat dwa lata temu.

Danuta planuje się odwoływać, ale i złożyć dokumenty w szkole, do której dostał się jej syn. By nie pozostał bez żadnej opcji.

– Anna Zalewska jest tylko twarzą, ten bałagan zrobili ci, którzy rządzą – mówi Danuta. Trudno jej zrozumieć, jak uczniowie, którzy marzyli o nauce w liceum i mieli wysoką średnią, mają teraz pójść do zawodówki. – Przecież wiadomo, jaki jest poziom nauczania w zawodówce. I nie ma możliwości przeniesienia się – zaznacza.

15 wybór
Syn Ewy dostał się do szkoły, ale do tej, którą wybrał jako ostatnią – 15. Pójdzie do technikum, chociaż najbardziej zależało mu na liceum. – Kiedy się o tym dowiedział, to był zły, rozgoryczony, rozżalony i zawiedziony. Dopiero później, jak się okazało, że i kolega dostał się do tej szkoły, to zaczął racjonalnie rozmawiać – opowiada Ewa.

Ten rok dla niej i syna był bardzo trudny, a presja ogromna. – Syn jeszcze zimą zaliczył epizod depresyjny. Miał dobre wyniki egzaminu. Korzystaliśmy z takiej porównywarki. Wybieraliśmy szkoły, które w ubiegłych latach z takim dorobkiem punktowym byłyby absolutnie w jego zasięgu. W tym roku to było za mało – mówi Ewa.

Przyznaje, że ulżyło jej, że syn dostał się gdziekolwiek, ale i doskonale wie, że to dopiero początek koszmaru.

– Jeszcze nie wiemy, ile dzieci będzie w klasie i jak to będzie zorganizowane. Trochę się boję, bo syn do tej pory chodził do klas integracyjnych, gdzie było po 15 osób. Teraz to może być nawet 35 osób. Poza tym, już teraz brakuje nauczycieli. Obwianiam całą pisowską zmianę o to, że w bezmyślny sposób przeprowadzili tę reformę – dorzuca.

Imiona niektórych bohaterów zostały zmienione.

Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie

Oceń ten artykuł:

Trwa ładowanie komentarzy...