Po 16 latach przestaje być nauczycielem. "Trudno oczekiwać, że będziemy pracować za takie pieniądze"

Paweł Lęcki nauczycielem jest od 16 lat, ale za rok przestanie uczyć. M.in. ze względów finansowych.
Paweł Lęcki nauczycielem jest od 16 lat, ale za rok przestanie uczyć. M.in. ze względów finansowych. Fot. Facebook / Paweł Lęcki
– Nie ma znaczenia, jaka opcja polityczna jest nam bliższa, nasze dzieci chodzą do tych samych szkół. Dzieci rodziców, którzy mają różne poglądy polityczne, będą spotykać się w tych samych ciasnych korytarzach. To nie jest tak, że z ci z PO i z PiS mają inne szkoły. A jak będziemy sobie pozwalać na nienawiść, agresję słowną, to jak te szkoły będą funkcjonować? – zastanawia się nauczyciel Paweł Lęcki.


Paweł Lęcki z II LO im. Bolesława Chrobrego w Sopocie od czasu strajku nauczycieli zabiera publicznie głos na tematy związane z edukacją. Jego komentarze błyskawicznie rozchodzą się po sieci i prowokują Polaków do dyskusji.


Jeszcze jest pan nauczycielem, wkrótce jednak to się zmieni. Ale to, co się będzie działo we wrześniu w szkołach, kiedy spotkają się w nich uczniowie z tzw. "podwójnego rocznika"?, jeszcze pan zobaczy.

Paweł Lęcki: – Zobaczę, ponieważ nauczycielem będę jeszcze przez jeden rok szkolny. Chciałem być w szkole po reformie edukacji Anny Zalewskiej, ponieważ wiem, że zwłaszcza na samym początku, będzie tam panował chaos. Być może moje doświadczenie się przyda.

Dlaczego nie chce pan być dalej nauczycielem?


To nie jest prosta decyzja. Nie ukrywam, że chodzi również o aspekty finansowe. W dziedzinach, które próbuję przekuć w kwestie zawodowe, jestem w stanie zarabiać o wiele więcej niż nauczyciel... I trudno oczekiwać, że nauczyciele będą chcieli pracować przez cały czas za tak niewielkie pieniądze.

Szanowny Panie Prezesie. Oznajmił Pan, że przyjdzie taki dzień, kiedy zmienicie konstytucję. Czy mógłby Pan być bardziej...

Opublikowany przez Paweł Lęcki Sobota, 3 sierpnia 2019


Ci nauczyciele, którzy pozostaną w szkołach, będą musieli zmierzyć się z tzw. podwójnym rocznikiem. Czego spodziewacie się we wrześniu tego roku?



Należy wspomnieć o dwóch głównych kwestiach. Pierwsza to na pewno brak nauczycieli. Mówienie, że samorządy mogły otworzyć więcej oddziałów, jest bzdurą. Przecież tam musi ktoś uczyć, a jeśli tych nauczycieli np. chemii, matematyki czy fizyki trudno znaleźć do już istniejących oddziałów, to co dopiero do nowych.

Tak samo istotny jest problem lokalowy. Pamiętajmy, że prowadzone są dwie osobne rekrutacje i uczniowie najczęściej spotkają się w tych samych budynkach. Szkoły wynajmują oddzielne pomieszczenia. To rodzi wiele problemów natury prawnej.

Słyszałem też o budynkach trochę bardziej oddalonych od szkół. Gdy uczniowie będą musieli się miedzy nimi przemieszczać, to pozostaje pytanie, kto w tym czasie będzie sprawował nad nimi kontrolę, kto weźmie za nich odpowiedzialność.

To są problemy logistyczne. Szkoły próbują też dostosować różne pomieszczenia do nauczania. Można tak zrobić. Ale czy to ma być ta nowoczesna szkoła, w której zajęcia prowadzone są na stołówce? Jak budować relacje, skoro będzie ciasno. Dwa roczniki dzieciaków będą krążyły w tej samej przestrzeni. Nie będzie czasu, żeby z nimi porozmawiać i zbliżyć się do ich problemów.

Przedstawiciele ministerstwa przekonywali, że problemu w ogóle nie ma, bo każdy uczeń dostanie się do jakiejś szkoły. Sęk w tym, że nie zawsze będzie to typ szkoły, o jakim marzyli.

Technika to tak samo dobre szkoły jak licea. Przecież po technikum też można zdawać maturę i rozpocząć studia. Problem w tym, że w naszym społeczeństwie technika straciły swoją pozycję. Kiedyś były one nawet bardziej prestiżowe niż licea.

Wiadomo, że nie trzeba iść do liceum, żeby dobrze zarabiać i mieć udane życie. Rząd wiedział, że robi reformę, ale nie zrobił dobrej kampanii społecznej, która pokazywałaby zalety techników i szkół branżowych.

Trudno się teraz dziwić, że dzieciaki są rozczarowane, że dostały się do techników. One nie rozumieją, że to mogą być dobre szkoły.

Ale czasami są to szkoły niezwiązane z ich zainteresowaniem. Kłopotem jest także, że np. humanista trafił do klasy matematyczno-fizycznej.

Tak, a proszę pamiętać, że ten dramat jest bardziej istotny. Do tej pory uczeń w szkole średniej był tak naprawdę 2,5 roku. Przedmioty rozszerzone zaczynały się w większości od klasy drugiej, więc jeszcze w pierwszej można było zmienić decyzję. I dokonywało się drobnych korekt.

Natomiast w tej chwili rozszerzenia zaczynają się od pierwszej klasy i w zasadzie to nie ma od tego odwrotu. A na bazie czego uczeń w wieku 14-15 lat ma dokonywać wyboru, podejmować decyzję? Jakie ma do tego podstawy? Bo rodzice, kolega doradzą, bo on sam coś tam czuje? Za chwile może mu się to zmienić.

Napisał pan, że rekrutacja to najmniejszy problem polskiej reformy edukacji.

Rekrutacja to bardzo gorący temat w tej chwili. Pamiętajmy jednak, że co roku są uczniowie, którzy nie dostawali się do szkół. Teraz jest ich więcej z powodu kumulacji roczników.

Tutaj upatruję dalekosiężne skutki strajku. W ten sposób udało się zwrócić uwagę na to, że coś z tą edukacją w Polsce jest nie tak. Rodzice też poczuli, że muszą o tym mówić. Rekrutacja nigdy nie była idealna, ale mało się mówiło o edukacji w ogóle. I myślę, że to ogromna wartość tego strajku, bez względu na to, czy on się skończył tak, czy inaczej.

Ważne jest, że zwrócił on uwagę wielu osób na edukację, na jej istotność, konieczność dbania o nią. Nie ma znaczenia, jaka opcja polityczna jest nam bliższa, nasze dzieci chodzą do tych samych szkół.

Dzieci rodziców, którzy mają różne poglądy polityczne, będą spotykać się w tych samych ciasnych korytarzach. To nie jest tak, że ci z PO i z PiS mają inne szkoły. A jak będziemy sobie pozwalać na nienawiść, agresję słowną, to jak te szkoły będą funkcjonować?

Wiele osób uważało, że strajk nauczycieli jest elementem kampanii. Panu też zarzuca się, że swoimi wypowiedziami w mediach społecznościowych działa na korzyść opozycji.

To jest absurdalność, w którą wszyscy daliśmy się zapętlić. To znaczy wydaje nam się, że wszystko jest polityczne. Istotne jest to, że nie da się mówić o szkole w oderwaniu od polityki, bo to politycy o tej szkole decydują.

Akurat władzę sprawuje ten rząd, to do jakiego mamy się odwoływać? PiS podjął działania, które doprowadziły do takich a nie innych skutków, podjął działania nieprzygotowane. Mnóstwo ekspertów mówiło o tym.

Ale i dziś politycy partii rządzącej problemu nie widzą. Próbują zaklinać rzeczywistość, wysyłają uczniów, by ci uczyli się za granicą. Jak pan odbiera takie zachowania?

Z jednej strony ich rozumiem, co mają mówić, skoro stworzyli ten system. Zastanawia mnie, jak to zaprocentuje. Przecież ci młodzi ludzie czegoś się uczą, nie tylko w szkole, ale i patrząc na polityków. I widzą, że ci nie mówią prawdy, ale i dostrzegają część społeczeństwa, która zgadza się na tę nieprawdę.

Jaką lekcję z tego wyciągają? Że można mówić cokolwiek, że nie ma żadnej odpowiedzialności za słowa, że fakty przestają mieć znaczenie. Najgorsze jest to, co teraz się wydarza. Potencjalne skutki zgody na manipulację, są bardzo groźne.

Myśli pan, że uczniowie na ewentualny wrześniowy protest nauczycieli patrzą w kategoriach politycznych i za rozdźwięk między tym, co widzą w szkołach podczas rekrutacji, a tym, co mówią politycy, "odpłacą", jak już sami będą mogli głosować?


Nie wiem. Młodzi ludzie w różny sposób podchodzą do rzeczywistości: jedni się angażują, inni nie. Jedni może faktycznie przeżyją to tak głęboko, że wywoła to dojrzałe wnioski na temat polityki, być może zauważą, jak bardzo polityka na nas wpływa.

Także ci, którzy do tej pory nigdy nie głosowali może wreszcie pomyślą, że trzeba jakieś decyzje podejmować i opowiedzieć się za jakąś stroną. Bo tak nam się trochę porobiło: ciągle musimy się za czymś opowiadać.

Ale pewnie i dla niektórych nie będzie to wielka zmiana i w tej swojej bierności pozostaną. Niezależnie od poglądów straciliśmy z oczu fakty i nie mam na myśli programu informacyjnego. Uciekają nam fakty.

Jak pan ocenia obecnego ministra edukacji? Widziałam, że często pan do Dariusza Piontkowskiego apeluje w mediach społecznościowych. Myśli pan, że dociera do niego pana głos?

Myślę, że jeden wpis na pewno do niego dotarł. Jeden z moich komentarzy z niezrozumiałych dla mnie powodów bardzo się rozniósł.

Ostatnio przeczytałem taką mądrą myśl, że cóż minister Piontkowski ma zrobić, przecież to, co się dzieje obecnie jest realną konsekwencją działań poprzedniej minister, która w tej chwili jest w Brukseli. To ona jest główną autorką i twarzą tej całej reformy, za co została nagrodzona.

Zagłosowało na nią ponad 168 tys. wyborców.


No właśnie. Została wybrana i jest europosłanką. Mnie natomiast trochę zastanawia minister Piontkowski. Sam był nauczycielem, ma dzieci, czyli na pewno jest wrażliwy, empatyczny.

Jego żona też jest nauczycielkę.


Właśnie. Niektóre jego wypowiedzi są wręcz kuriozalne, ale mnie bardziej zastanawia inna rzecz: czy rzeczywiście, kiedy on wychodzi z ministerstwa, siada w samotności, to czy myśli tak samo, jak publicznie się wypowiada? Czy on nie ma żadnej refleksji...

Przecież dokładnie wie, że wszystko wygląda inaczej, a swoją twarzą firmuje coś, co jest kompletnie bez sensu. Lubię wierzyć w ludzi i uważam, że on musi mieć takie przemyślenia. Nie może przyjmować zupełnie bezkrytycznie czegoś, co nie jest przecież dobre dla uczniów.

W trakcie kampanii nie mógłby sobie pozwolić na żadną szczerość.

No tak. Teraz nie może wyjść i powiedzieć, że system edukacji nie działa dobrze i że coś należy z tym zrobić. Ale myślę, że polityków z obojętnie której opcji w naszym kraju nie stać na takie gesty. To byłoby niebywałe zaskoczenie, wręcz szok dla społeczeństwa.

Będzie jakakolwiek korzyść z tego, co się teraz dzieje w systemie edukacji?

Jeśli coraz więcej ludzi mówi o edukacji, zastanawia się nad nią, to naprawdę może przynieść pozytywny skutek i otworzyć komuś oczy na to, że polska szkoła może wyglądać inaczej.

Problemem tej reformy jest to, że ona w ogóle była niepotrzebna, cofnęła szkołę. Wierzę, że wzrost świadomości Polaków o wadze edukacji w Polsce jest wartością samą w sobie, bo edukacja jest wartością.

Edukacja – moim zdaniem – z założenia jest elementem patriotycznym. Nie trzeba uczyć patriotyzmu, bo ucząc ludzi już jesteśmy patriotami.

Wspomniał pan, że jeszcze jakiś czas temu tak intensywnie pan się nie wypowiadał publicznie. Skąd taka potrzeba?

Myślę, że ta potrzeba zrodziła się podczas strajku nauczycieli. Trochę przypadkiem coś napisałem, okazało się, że to dla iluś ludzi stało się ważne.

Na facebookowych grupach skierowanych do nauczycieli i rodziców uczniów, pana komentarze, posty są bardzo popularne.

Pozostaje mi się tyko cieszyć i mieć nadzieję, że to przyniesie jakiś efekt. Daje mi też to nadzieję, że można w ogóle cokolwiek zmienić.

Jeszcze przez rok chce pan być nauczycielem, ma pan na później jakieś konkretne plany?

Planem na przyszłość jest pisanie, są zdjęcia. Myślę, że edukacja nie zniknie mi z pola widzenia, ale nie będzie to forma bycia nauczycielem. To się trochę dzieje samoistnie.

To, co pokazuję, to co robię, może być też pomocą dla innych nauczycieli. Wielu z nich na pewno myśli o tym, że warto coś w życiu zmienić. Nie zawsze trzeba to robić spontanicznie, czasami można wolniej – tak jak ja.

Mnie jest strasznie przykro, że w Polsce w ogólnym rozrachunku nie docenia się wartości szkoły. Szkoła jest światem w mikroskali. Patrząc na problemy szkoły można zacząć lepiej rozumieć problemy całej rzeczywistości.

Może dlatego często piszę też o innych kwestiach, bo edukacja jest problemem, od którego wszystko się zaczyna. Efekty tej edukacji mamy na każdym kroku, jeśli szkoła przygotowuje nas do dosyć odtwórczej pracy, to trudno się dziwić, że później w dorosłym życiu brakuje nam kreatywności, że nasza praca też jest mocno odtwórcza.

Widzi pan jakieś światełko w tunelu?

Muszę je widzieć, bo inaczej przestałbym pisać. Strasznie nie lubię tych sformułowań, że "życie jest, jakie jest - no i co?". No dobra, i co to oznacza? To oznacza, że nie próbujemy tego życia zmieniać. Wystarczy tylko trochę energii, zaangażowania i większej świadomości. I wtedy żylibyśmy w trochę lepszym świecie. Przez cały czas uważam, że to jest realne i osiągalne.

Ale musielibyśmy oddalić się od polityków i ich konfliktów. A o to chyba trudno.

Zasiedzieliśmy się w tej wojnie, którą toczymy między sobą. To jest strasznie smutne. Nie oznacza to, że nie powinniśmy myśleć pozytywnie. Są momenty zwątpienia, co jest chyba jasne.. Jak się obserwuje świat i czyta, co niektórzy są w stanie napisać, to nie jest tak, że to po mnie spływa.

Przeraża mnie, że w taki sposób można postrzegać rzeczywistość. I ci ludzie są gdzieś obok, możliwe, że kupuję bułki w tym samym sklepie, co oni. Wszyscy jesteśmy w tych samych sklepach, biurach, autobusach, a jednocześnie nie potrafimy komunikować się ze sobą.

Szkoła to też przestrzeń komunikacji. I jeśli w szkole nie uczą nas dobrej komunikacji, to później nie jesteśmy w stanie komunikować się sensownie jako społeczeństwo. Dlatego ta szkoła jest tak istotna.

Frustracja wśród nauczycieli wzrasta. I nie zapowiada się, że będą oni mieli więcej chęci i energii, by tworzyć "lepszą szkołę".

Frustracja wśród nauczycieli się kumuluje i będzie skutkowała ich odchodzeniem z zawodu. To jedyna rzecz, jaką nauczyciel może zrobić. Jest szansa, że może powstaną sensowne szkoły prywatne, może te które istnieją będą się lepiej rozwijały... Ale i tu jest ryzyko, że edukacja się podzieli.

I wtedy do dobrej edukacji, do dobrych nauczycieli dostęp będą mieli bardziej zamożni uczniowie. Pozostali będą trafiać do gorszych szkół.

No właśnie. Obojętnie, ile ci ludzie 500+ dostaną, to i tak nie będą sobie w stanie pozwolić na szkołę prywatną. I to jest strasznie przygnębiające. To kolejny podział, który może się stworzyć. Chociaż niedawno prezes PiS powiedział, że chcą nas łączyć.

Na potrzeby kampanii.

Tak, pewnie na chwilę nas połączą. Oni właśnie w taki sposób rozumieją rzeczywistość. I sądzę, że to jest podstawowy problem, jeśli myślimy siłowo i tylko pod względem kontroli. Ludzi nie da się kontrolować, ludzi nie da się siłowo zmuszać do pewnych rzeczy.

Jeśli szkoła ma być szkołą porządną, otwartą, to musi być szkołą, która jest przestrzenią wolności. Zresztą tak jak cała nasza rzeczywistość. Uwaga - wolność nie oznacza, że zgadzamy się na wszystko. Wolność to też są granice.

Podstawowa zasada: najpierw wolność, dopiero później możemy budować pewnego rodzaju ograniczenia, na które sami się decydujemy. Musimy wychodzić od wolności, bo jeśli wychodzi się od siły i kontroli, to skutki mamy takie, jakie mamy.

We wrześniu będzie pan jeszcze nauczycielem. Będzie pan strajkował?

Trudno cokolwiek sensownego powiedzieć. Ostatnie wypowiedzi pana Broniarza z ZNP są bardzo enigmatyczne, a strajk może się odbyć tylko wtedy, kiedy związki zawodowe go podejmą. Wszystko więc zależy od tego, czy związki zawodowe się dogadają, czy nie.

Ostatnio widzieliśmy, że wychodzili radośni po rozmowie z panem ministrem, więc nie wyrokowałbym w tej sprawie. Nie umiem przewidzieć, co się wydarzy. Mnie osobiście wydaje się, że nie będzie żadnego strajku.

A czy pana zdaniem powinien on się odbyć?


W normalnej rzeczywistości powiedziałbym, że powinniśmy w sposób zdeterminowany i konsekwentny prowadzić strajk, który rzeczywiście mógłby coś zmienić. Mnie tylko zastanawia jedna rzecz: czy w tej rzeczywistości, i po niedawnym strajku, gdzie widzieliśmy, jaka była reakcja rządu i społeczeństwa, nauczyciele będą w stanie kolejny raz protestować. Niektórzy bardzo mocno to przeżyli.

Może społeczeństwo odczuwając na własnej skórze skutki reformy Anny Zalewskiej i wiedząc, że większość nauczycieli przed nią ostrzegało, spojrzy na Was łagodniejszym okiem? Przecież mieliście poparcie – głównie w dużych miastach.

Wszystkie badania, które rząd prowadził wskazywały na to, że to poparcie dla nauczycieli było relatywnie niskie. Oczywiście, byli rodzice, którzy nas popierali... Chodziłem na wszystkie demonstracje związane ze strajkiem nauczycieli w Gdańsku, w pewnym momencie już się poznawaliśmy. Robiłem zdjęcia ciągle tym samym osobom. Tam nie było zbyt dużo ludzi.

Teraz też pamiętajmy, że tylko część rodziców ma dzieci w rekrutacji. I oni to najbardziej odczuwają.
Oni szykują zbiorowy pozew, choć niektórzy już piszą, że skoro ich dziecko dostało się do jakiejś szkoły, to odpuszczą.


No właśnie. Jako społeczeństwo mamy takie charakterystyczne cechy: pewne działanie nas wzburza, ale to bardzo szybko mija. Trudno więc na tym wzburzeniu zbudować jakąś sensowną i kreatywną siłę. Emocje są, ale tu i teraz. A później: jakoś to będzie.

Gdybyśmy potrafili przekuć te emocje w kreatywne i fajne działanie, to miałoby to sens. Nie mam monopolu na prawdę, może się mylę, ale sądzę, że te emocje opadną. Ci ludzie w tym ścisku w tych szkołach będą machać ręką i powtarzać, że jakoś to będzie. Bo jakoś musi być.

Ale pamiętajmy, że jeśli pozwolimy sobie na traktowanie szkoły z pobłażaniem, właśnie na zasadzie "jakoś to będzie", to w pewnym momencie złapiemy się na tym, że zaprzepaściliśmy szansę na to, żeby ten kraj dzięki edukacji stał się nowoczesny. Bo kraj nie może być nowoczesny, jeśli edukacja nie jest nowoczesna.

Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie

Oceń ten artykuł:

Trwa ładowanie komentarzy...