Nikt ich nie widział, ale tacy ludzie naprawdę istnieją. Zarobili na własnym weselu

Taka sesja ślubna może być kosztowna. Lepiej zrobić ją od razu w dniu wesela, jeśli się chce na nim zarobić.
Taka sesja ślubna może być kosztowna. Lepiej zrobić ją od razu w dniu wesela, jeśli się chce na nim zarobić. Fot. Agnieszka Sadowska / AG
To najgorętszy moment poweselnego dnia. Poprawiny skończyły się, goście już rozjechali się do domów. Para młoda siada i liczy. Najczęściej już po chwili młodzi wiedzą, że do imprezy dopłacili. Niby każdy wie, że tak będzie, a w praktyce większość... i tak łudzi się, że może zabawa zwróci się. Ale uwaga: wieść gminna niesie, że w Polsce naprawdę są tacy, którzy na swoim weselu zarobili.


– To nie jest tak, że robiliśmy wesele z myślą o tym, żeby na nim zarobić – mówi mi 30-letni Wojtek, który niedawno wziął ślub. Jemu i jego świeżo upieczonej żonie udało się na tym całym zamieszaniu wyjsć na swoje. Niedużo, ale jednak.


– Tak naprawdę wydaje mi się, że właściwie zawsze możesz wyjść na swoje. Przynajmniej teoretycznie, bo to głównie kwestia tego, jak bardzo jesteś w stanie ciąć koszty i potem pokazać się bez żenady przed całą rodziną – podkreśla.

Tym bardziej, że przecież nie wystarczy, żeby każdy zapłacił za swój mityczny "talerzyk". To za mało, bo przecież dochodzą kolejne koszty: samochód do ślubu, zaproszenia, kwiaty, sam ślub przecież też kosztuje. I tak dalej, i tak dalej.

– Tak naprawdę ludzie mniej więcej orientują się, ile kosztuje talerzyk, i najczęściej zapłacą za swoje jedzenie. Ale przecież nikt nie myśli o tym, że trzeba zapłacić księdzu czy kwiaciarce. I stąd najczęściej wychodzi ujemny bilans – zauważa Wojtek.


Zapłać, ale po znajomości
Tak naprawdę więc żeby zarobić na weselu trzeba nie tylko mieć szczodrych gości, a umiejętnie ściąć koszty w trakcie przygotowań. Sposobów na to jest wiele.

– My "zaprzągliśmy" do pracy znajomych. Ale nie tak po chamsku, że na przykład kazaliśmy komuś puszczać muzykę przez całe wesele tylko dlatego, że jest didżejem. Tylko bardziej ze smakiem – podkreśla Wojtek.

Co się kryje pod tym określeniem? – Samochód do ślubu. Fajny, sportowy, była szansa załatwić za darmo dzięki pracy świadka. Jego też to nic nie kosztowało, więc problem z głowy – mówi.
– Kolejna sprawa to same zaproszenia, choć tutaj było dużo przypadku. W każdym razie znajoma niedługo przed ślubem otworzyła firmę zajmującą się projektowaniem różnych graficznych rzeczy i zaoferowała nam projekt. Zapłaciliśmy tylko za druk, a ona miała coś do portfolio. Gdybyśmy chcieli mieć projekt od innej firmy, na pewno poszłaby na to czterocyfrowa kwota – dodaje.


Wojtek i jego żona nie robili sobie też oddzielnej sesji ślubnej. – To duży koszt, a na dodatek trzeba jeszcze raz robić fryzurę i makijaż w przypadku mojej żony. Mieliśmy wesele w hotelu nad jeziorem, więc po prostu w trakcie obiadu na pół godziny "wyskoczyliśmy" na zdjęcia z fotografem – wspomina.

I wreszcie film z wesela. – Mam znajomego operatora. Nie zapraszałbym go inaczej, bo to nie tak dobry znajomy, on o tym też wie, więc nie było problemu. Zapytałem go wprost, ile by za to chciał. Dostaliśmy dobrą wycenę, ale też nie taką, żeby on pędził na wesele po kosztach – podkreśla.

Z drugiej strony Wojtek nie ukrywa, że można było oszczędzić więcej. – Fotobudka była fajna, ale dzisiaj w sumie nikt już o niej nie pamięta, a pamiątkowa księga z gośćmi już się kurzy. Albo ręcznie robione czekoladki na początek imprezy w funkcji takiego "czekadełka". Ludzie zjedli i tyle. A na drogę powrotną i tak dostali ciasto – mówi.

Zaproś dużo rodziny
Ewa brała ślub w 2002 roku. – Konkretnych kwot już nie pamiętam, ale rzeczywiście było tak, że jak otwieraliśmy koperty, to się bardzo zdziwiliśmy. W ogóle na to nie liczyliśmy i nie myśleliśmy o tym, ale koniec końców zarobiliśmy na tym. To było zaskoczenie – wspomina.

Jej tajemnica ślubu "na plusie"? Duża rodzina. – Od strony męża jest mniej rodziny, ale moja jest naprawdę, naprawdę liczna – podkreśla Ewa.

Ktoś powie – co z tego wynika? Dużo osób na ślubie to dużo talerzyków i w pewnym sensie koło się zamyka. Jednak wtedy koszt pozostałych "składowych ślubu" (choćby sukni) rozkłada się na większą liczbę gości i jest szansa, że się zwrócą.

– Istotne jest też to, że ja mam naprawdę dużo bliskiej rodziny, a nie jakiejś siódmej wody po kisielu. Rodzeństwo mojej mamy chociaż – dodaje i podkreśla: – Takie osoby w kopertach dawały więcej. Żeby nie było gadania żadnego.

W ten sposób na weselu masz po prostu więcej gości, którzy przynoszą więcej pieniędzy. – Rodzina, co tu dużo mówić, daje więcej pieniędzy. Jak zaprosisz wielu kolegów z pracy to oni owszem, przyjadą, będą się świetnie bawić. Ale przecież w kopercie "zapłacą" tylko za siebie. Byłoby głupie, jakby dali więcej – potwierdza Wojtek.

Wreszcie twój "weselny wynik" to pochodna zachowań twoich rodziców. Można bowiem założyć, że kiedy bierzesz ślub, to w świat "dawania kopert na weselach" dopiero wchodzisz. Innymi słowy możesz liczyć na to, co w latach twojej młodości prezentowali twoi rodzice. Za siebie i... za ciebie.
– Jest taki rewanżyzm. Skoro oni dali nam tyle, to my musimy dać im tyle. Mogło rzeczywiście tak być, że moi rodzice zawsze dawali sporo w kopertach. I potem ja z mężem dostaliśmy ten "zwrot" – mówi Ewa.

Pieniądze oczywiście bardzo się jej przydały – kupiła z mężem meble do mieszkania. I dodaje: – Ale u mnie w rodzinie chyba tak po prostu jest. Już po latach, jak robiliśmy komunię, to też na tym zarobiliśmy. I to chyba dwa razy tyle, ile nas kosztowała ta uroczystość.

Zapomnij o zasadzie: zastaw się, a postaw się
Wreszcie na weselu można zarobić odpuszczając sobie zbędne fajerwerki. Oczywiście nie chodzi tu o porady rodem z zachodu, gdzie bardzo modne jest np. wymaganie od gości, żeby zapłacili za swoje jedzenie… przelewem, jeszcze przed imprezą. A i tak trzeba przynieść prezenty.

– Nie robiliśmy dużego wesela. Jakieś 80, 90 osób. I zrobiliśmy je w restauracji. Była normalna impreza do rana, ale policzyli nas jak za obiad, a nie za wesele – wspomina Grzesiek, który brał ślub w 2015 roku.

Dzięki temu udało im się oszczędzić dużo pieniędzy. – Cena za talerzyk spadła momentalnie. Po za tym poprosiliśmy tylko o jeden ciepły obiad, a potem o podgrzewany bufet. To też bardzo pomogło – podkreśla.

W sumie cena za wesele od osoby spadła – od tej wyjściowej – o połowę. A to nie był koniec oszczędności. – Auto było z rodziny, zdjęcia robiła nam siostra, bo lubi. Filmik też mieliśmy za darmo – dodaje Grzesiek i zapewnia, że wszystko wyszło świetnie, a goście bawili się bardzo dobrze.

Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie

Oceń ten artykuł:

Trwa ładowanie komentarzy...