Czy polscy "Lekarze" dorównają amerykańskim "Chirurgom"? Seriale medyczne – dlaczego tak chętnie je oglądamy?

Plakat "Grey's Anatomy"
Od września w ramówce TVN pojawi się nowy serial – "Lekarze". Ma być konkurencją dla dwójkowego "Na dobre i na złe" i wytrzymać porównanie z takim fenomenem gatunku jak "Chirurdzy". Dlaczego tak chętnie oglądamy seriale medyczne?

Seriale medyczne mają z medycyną tyle wspólnego, ile aromat identyczny z naturalnym z aromatem naturalnym. Pozostają jednak prawdziwą królewską dynastią wśród rozmaitych serialowych gatunków.

Medical drama to bowiem seriale do kwadratu. Wszystko jest tam bardziej, intensywniej, szybciej. Ludzkie losy stają się bardziej dramatyczne, wyraźniejsze, bardziej znaczące. Jeśli w pierwszym z brzegu melodramacie możemy mieć jeden wypadek, jeden romans, jedną rodzinną kłótnię, to tutaj w jednym tylko odcinku bywa ich kilka i kilkanaście, Jakby scenarzysta cierpiał na horror vacui – romans i tragedia, koszmar i happy end. Emocjonalny rollercoaster większy niż u Szekspira. Sala operacyjna nie przypadkiem nazywa się po angielsku "operating theatre".

Ken ze skalpelem

Gatunek narodził się na początku lat pięćdziesiątych ubiegłego stulecia. Pierwszym serialem medycznym był "Dr. Kildare". Główny bohater, James Kildare, zaczyna jako stażysta, a my śledzimy jego karierę medyczną i życie prywatne.

Kildare wygląda jak Ken, względnie przystojniak z reklamy pasty do zębów. Niewinne spojrzenie, rozbrajający uśmiech. Z lekkim zaczesem, dołkiem w brodzie, jest jak Luke Skywalker medycyny. Gra go młody Richard Chamberlain
Dzięki roli przystojnego doktora Chamberlain stał się idolem nastolatek. Nagrał także piosenkę "Three stars will shine tonight" pod temat muzyczny otwierający serial.
Okazało się, że rola przystojnego doktora to przepustka do sukcesu w Hollywood, gwarancja sporego fan klubu i wysokiego miejsca na liście najseksowniejszych. Lekarz przecież jest jednym z popularniejszych kobiecych fetyszy, na co dowodem jest chociażby popularna w latach 90. seria Harlequin Medical. Przekonał się o tym także George Clooney, kiedy wcielił się w rolę doktora Douga Rossa. Przed telewizorami siedziało wtedy 40 milionów ludzi. Dr. Doug Ross stał się wzorem dla kolejnych chirurgów-przystojniaków.
Bo też serial medyczny działa tylko wtedy, kiedy akcja dzieje sie w szpitalnych "pomieszczaniach pałacowych" – na chirurgii, na intensywnej terapii, zaś głównymi bohaterami jest lekarska arystokracja – doktorzy i pielęgniarki, którzy tam pracują. Inne odziały nie spełniłyby swojej roli w dramacie – bitwa ze śmiercią musi być zajadła i dramatyczna, na noże – czy raczej na skalpele.

Ciało w zbliżeniu

Przez sale operacyjne przewijają się przedstawiciele wszystkich klas społecznych, nagle demokratycznie zredukowani do roli pacjentów. Tak naprawde wszystkie podziały społeczne nie mają znaczenia – mówią nam seriale medyczne – ostatecznie wszyscy jesteśmy potencjalnymi pacjentami. Jedyne osoby, które mają nad nami przewagę to lekarze – sekretne bractwo, które rozporządza naszym życiem. Seriale środowiskowe od zawsze cieszyly się duzym powodzeniem, obiecują bowiem ekskluzywny rzut okiem do wnętrza hermetycznego środowiska, które zazdrośnie strzerze swych tajemnic. Seriale medyczne oferują jednak coś więcej – oglądając je część widzów z chęcią poszerza swoją amatorską wiedzę na temat leczenia oraz diagnostyki.


Śpią trzy godziny i tryskają entuzjazmem: poznajcie tajemnice ludzi cyborgów

Lekarze nie są jak bogowie, mylą się, mają wątpliwości. Dlaczego nie tracimy do nich przez to zaufania? Bo zawsze poświęcają się w 100 procentach swojej pracy, są jej oddani do tego stopnia, w jakim żaden nie-lekarz nigdy nie będzie oddany swojej profesji. Można im więc wybaczyć niektóre pomyłki, bo nie popełniają ich intencjonalnie, zawsze działają tak, "aby nie krzywdzić". Podziwiamy ich, ponieważ są jakby "bardziej ludźmi" niż my: bardziej kochają, bardziej przeżywają, są bliżej sensu życia i tajemnicy śmierci.

O fenomenie zainteresowania gatunkiem medical drama pisał medioznawca Marshall McLuhan. Telewizja według McLuhana jest medium "gorącym", czyli takim, które angażuje widza, "wciąga" go w siebie. Oglądając serial medyczny czujemy się niemalże jakbyśmy to my trzymali skalpel. Medical drama stał się wyjątkowo popularny także dlatego ponieważ wywołuje manię na punkcie samopoczucia i stanu zdrowia.

Współczesny człowiek ogromną wagę przywiązuje do spraw związanych z ciałem i cielesnością. Cielesność jest zaś elementem w serialach medycznych szczególnie eksponowanym i podstawowym – nie tylko jako cielesność widziana klinicznie, ale jako punkt wyjścia dla emocjonalnych, etycznych rozterek.

Kto wyleczy "Lekarzy"?

"Grey's Anatomy" czyli "Chirurdzy" – 18 milionów fanów na Facebooku nie może się mylić. Ten serial to "Ostry Dyżur" tej epoki. Alternatywna ścieżka dźwiękowa, nowocześniejsze problemy. Każda epoka potrzebuje komentarza w postaci "swojego" serialu medycznego, który pokaże, jakie są najważniejsze konflikty społeczne, klasowe i rasowe, jakie wartości się ceni, kim jest człowiek. Każdy kraj ( a swoje seriale medyczne ma już ponad 30 krajów) ma swoją medyczną bajkę i bohaterów, którzy oddają wzorce urody i moralności danego obszaru. W Polsce najdłużej komentującym krajową rzeczywistość serialem jest "Na dobre i na złe".

Serial opowiada o losach personelu i pacjentów szpitala w fikcyjnym podwarszawskim miasteczku Leśna Góra. Inaczej niż popularne seriale zachodnie, polscy lekarze nie pracują w sercu miasta, ale na jego przedmieściach, prowinicji. W porównianiu do seriali amerykańskich, akcja toczy sie powoli, wszystko wygląda jak teatr telewizji, a nie "operating theatre", jest mniejsze i mniej widowiskowe, a obyczajowe dramaty pozostają na poziomie wiarygodności innych polskich seriali – czy bardzo niskim. Serial jest wyidealizowanym obrazem polskich, przeludnionych szpitali. Ubóstwieni, niemal bez wad, czyści etycznie lekarze są wręcz nadopiekuńczy dla pacjentów. Amerykanie mają więc neurotyczną, straumatyzowaną Meredith Grey i Dr. Dereka Shepherda, księcia z bajki z problemami, a Polacy dobrą doktor Zofię Stankiewicz oraz szlachetnego Jukuba Burskiego. O wiele więcej tu małżeństw i o wiele mniej seksu niż w serialach zachodnich. Czy nowy serial zapowiadany przez TVN wszystko zmieni?

Po zapowiedziach wygląda na to, że będzie to polska odpowiedź na "Chirurgów", czy nie bawiąc się w eufemizmy – jego gorsza kopia. Początkowo serial mial się nazywać "Szpital Alicji" - jakaś przytomnie myśląca osoba na szczęście zainterweniowała i serial nazywa się po prostu "Lekarze" – tak jak popularna niegdyś powieść Erica Segala.

Grająca główną rolę Magdalena Różdżka wydaje wydaje się być stylizowana na Meredith Grey, a jej love interest, Max Keller czyli Paweł Małaszyński, na doktora Dereka. Oryginalny scenariusz polski? Naprawdę? Wystarczy zerknąć na zwiastun.Po sposobie kręcenia, po zaledwie kilku przykładowych scenach, po sposobie użycia i brzmieniu ścieżki dźwiękowej widać, że "Chirurdzy" byli tu jedynym punktrem referencyjnym. Cieszę się, że do polskiego serialu medycznego wejdzie trochę luzu, ale szkoda, że tak jak "Na dobre i na złe" był nieudolną kopią "Ostrego dyżuru", tak "Lekarze" będą próbować dorównać "Chirurgom". Niestety już po zwiastunie widać, że to marzenie ściętej głowy. Chociaż w scenariuszu więcej luzu i potoczności, gra aktorska została tak samo drewniana, jak była.

Szpital na odwyrtkę

Są seriale, które próbują nas do profesji lekarskiej zdystansować, potraktować gatunek subwersywnie. Taki był "Doktor House". To pozornie sztampowa produkcja: każdy odcinek wiąże się z nowym pacjentem, a więc nowym przypadkiem medycznym. Wszystko zmienia jedna kluczową postać – doktor Gregory House. Na tle reszty lekarzy, nota bene bardzo zdolnych, House jest wybitną jednostką – wręcz geniuszem. Dzięki niezawodnej intuicji jest w stanie rozpoznać każdą, nawet najrzadszą chorobę.

House’a nie interesują jednak pacjenci jako osoby potrzebujące pomocy. Nigdy nikogo nie pociesza, nie przeprowadza trudnych rozmów, a wręcz odwrotnie – zachowuje się arogancko i złośliwie, w niczym nie przypominając doktora z Leśnej Góry. To, że House zupełnie łamie ogólnie przyjęte konwenanse sprawia, iż jego postać staje się dla nas szczególnie pociągająca. W głębi duszy chcielibyśmy być równie anarchiczni, bezczelni i bezbłędni, co on.

Damulki z „Seksu w wielkim mieście” to obciach. Czas na „Girls”. Dziewczyny rządzą!

Główna bohaterka "Siostry Jackie" uchodzi z kolei za kobiecy odpowiednik kultowej postaci doktora House’a. Serial ten to inteligentna kpina z patetetycznych seriali o przystojnych chirurgach. Główny "przystojny" chirurg "Siostry Jackie" jest na zmianę zakompleksionym i zakochanym w sabie maminsynkiem, a władzę na oddziale trzymają pielęgniarki.
To one umieją tak manipulować zarówno pacjentami, jak i lekarzami, że cały szpital chodzi jak w zegarku. "Siostra Jackie" dyskuje również ze stereotypem "świętej pielęgniraki". Jackie jest co prawda nazywana świętą przez wdzięcznych pacjentów i nosi na szyi stosowny łańcuszek z matką boską, ale z drugiej strony jest także kłamliwą narkomanką bez uczuć i emocji, krzywdzącą swojego męża, kochanka i najlepszą przyjaciółkę.

Tak jak House podważa stereotyp przystojnego, wrażliwego lekarza-przystojniaka, Jackie podważa stereotyp dobrej, pięknej jak malowanie, cichej i posłusznej lekarzowi pielęgniareczki. Dlaczego polscy producenci nie zainteresowali się ściąganiem z tych popularnych także w Poslce seriali? Może przynajmniej byłoby zabawnie, a na pewno taniej niż w przypadku "Lekarzy". Nie wiem, jak z doktorami House'ami, ale w polskich szpitalach widziałam mnóstwo rozmaitych Jackie Peyton.
Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie
Trwa ładowanie komentarzy...