Człowiek-Motyl, który zakłócał procesję w święto Bożego Ciała w Łodzi
Człowiek-Motyl, który zakłócał procesję w święto Bożego Ciała w Łodzi Fot. Marcin Wojciechowski / Agencja Gazeta

Pussy Riot, albo Człowiek-Motyl są bronieni ponieważ rozpycha się niebezpiecznie granice wolności – twierdzi Piotr Skwieciński, publicysta "Rzeczpospolitej".

REKLAMA
W swoim felietonie w dzienniku, w kontekście performerek z Pussy Riot, Skwieciński potępia obrażających uczucia religijne. Zwraca też uwagę na to, jaką atmosferę chcą wprowadzić liberalne środowiska, by sankcjonować, czy nawet pochwalać takie praktyki:

Od lat w postawie wielu instytucji kształtujących naszą kulturową rzeczywistość widoczna jest tendencja do stałego rozpychania granic tego, co intelektualni liderzy lewicowo-liberalnej opinii uważają (szczerze czy nieszczerze) za podstawę wolności współczesnego człowieka. I jakoś tak jest, że to coś zawsze uderza we wrażliwość, w uczucia innego człowieka. I jakoś tak jest, że nie jakiegoś tam abstrakcyjnego, tylko konkretnego: w uczucia człowieka wierzącego i kulturowo tradycjonalnego.


Publicysta podkreśla, że taki nurt myślenia rozprzestrzenia się po świecie. Widzi także cynizm w takich poglądach. Według Skwiecińskiego liberalne media nie tylko pochwalają obrażanie uczuć religijnych, ale także wyśmiewają broniących je.

Najpierw na Zachodzie, potem w Polsce, a teraz i w Rosji coraz częstsze są różne działania polegające na obrażaniu ludzi przywiązanych do tradycyjnej moralności. I obrażaniu ludzi wierzących w Boga. Nie trzeba samemu podzielać tej wiary (niżej podpisany nie podziela), żeby to dostrzegać. Ta metoda (profanowanie świątyń, zachwalany przez „Wyborczą" „Człowiek-Motyl" - „niezależny artysta" „latający" wokół kościelnych procesji, wszelkie ekscesy różnych nergali, dod, nieznalskich et consortes) jest skuteczna. Bo w zasadzie nie wiadomo, jak się bronić. Przecież potężna medialna machina tylko czeka na protest, żeby protestujących ośmieszyć jeszcze bardziej.

Jednym z argumentów Piotra Skwiecińskiego przeciwko osobom obrażającym uczucia religijne jest to, że druga strona nie może się odpłacić tym samym, ponieważ tamci nie mają "świętości".

Wyobraźmy sobie na moment, że strona wierząco-konserwatywna chce odpłacić pięknym za nadobne i obrazić coś, co dla jej przeciwników jest świętością. Powstaje wtedy pytanie - co konkretnie? Co jest dla lewicowego liberała odpowiednikiem (psychologicznym, ale i materialnym) tego, czym dla tradycjonalisty i katolika są Bóg, Matka Boska, ich wyobrażenia, świątynia? Przecież czegoś takiego po prostu nie ma. Wokół jakich lewicowo-liberalnych procesji miałby zawirować hipotetyczny katolicki (czy prawosławny) Człowiek-Motyl? Równości szans w obrażaniu nie ma już na starcie.


Źródło: "Rzeczpospolita"