
"Zamach na demokrację rozkręca się powoli. Początkowo dla wielu obywateli może być niedostrzegalny. W końcu wybory wciąż się odbywają" – opisują autorzy amerykańskiego bestsellera. Pokazują mechanizmy, jak krok po kroku, odbywało się to w niejednym kraju świata. Straszna wizja, która daje do myślenia. A skojarzenia z Polską same przychodzą do głowy.
Książka nie jest nowa i wielu o niej na pewno słyszało. "Tak umierają demokracje" to polskie tłumaczenie bestsellera z listy "The New York Times", które łódzka fundacja Liberte! wydała w ubiegłym roku.
To fundacja Leszka Jażdżewskiego, która w maju organizowała wykład Donalda Tuska na UW, a on sam poprzedził ten wykład przemową, ostro podsumowując polski Kościół.
"Tak umierają demokracje" dwóch profesorów, politologów z Uniwersytetu Harvarda: Stevena Levitsky’ego i Daniela Ziblatta wydano w 3 tys. egzemplarzy. "Ta książka musiała ukazać się w Polsce w erze PiS. Jest alarmem i nauką dla nas wszystkich" – reklamują ją internetowe księgarnie, w tym m.in. Empik.
Wydawca podsumowuje: "Książka stanowi wręcz podręcznikową analizę pokazującą jakie ruchy wykonują polityczni gracze na początku swojej drogi do dyktatury oraz jakie błędy popełniają siły prodemokratyczne".
Tak wyglądają mechanizmy Na pewno nie jest łatwa. To przede wszystkim analiza Ameryki i Donalda Trumpa, ale nafaszerowana faktami i przykładami również z Ameryki Łacińskiej, Europy. O tym, jak bez zamachów stanu, rewolucji i rozlewu krwi, można na oczach obywateli rozmontowywać demokrację, a oni tego nie widzą. Jak ten proces rozciągany jest tak, by zachować pozory legalności.
Poznajemy mechanizmy niszczenia sądów, przejmowania demokratycznych instytucji, wybiórcze stosowanie prawa, prób uciszania ludzi kultury, którzy mogą stanowić zagrożenie, czy wykorzystania organów podatkowych, by wzięły na celownik przeciwników politycznych, biznesmenów, ludzi kierujących mediami.
"Zamach na demokrację rozkręca się powoli. Początkowo dla wielu obywateli może być niedostrzegalny. W końcu wybory wciąż się odbywają. Politycy opozycji wciąż zasiadają w parlamencie. Niezależna prasa wciąż jest wydawana. Erozja demokracji dokonuje się stopniowo, często małymi kroczkami" – czytamy.
Autorzy dowodzą, że proces ten zaczyna się od słów. "Demagodzy dopuszczają się ataku na swoich krytyków w ostrych i prowokacyjnych słowach – określając ich mianem wrogów, wywrotowców, a czasem nawet terrorystów" – czytamy.
Na przykład Alberto Fujimori w Peru od początku nie mógł znieść myśli wyjścia na lunch z opozycyjnymi liderami Senatu, wyzywał ich od "bezproduktywnych szarlatanów", atakował sędziów nieskłonnych do współpracy, nazywał ich "szakalami" i "łajdakami".
A Donald Trump, jeden z głównych bohaterów książki, negował, że Barack Obama jest Amerykaninem i grzmiał, że Hillary Clinton "pójdzie siedzieć".
"Chcą ostatecznie zlikwidować demokrację" Ta analiza bardzo zmusza do refleksji. Zwłaszcza gdy przed wyborami część Polaków nie jest już wyzywana od gorszego sortu, ale słyszy groźby, że wrogowie "dobrej zmiany" będą "piętnowani".
Jarosław Kaczyński
9.X.2019, Sosnowiec
I na ostatniej prostej wmawia się opozycji wszystko, co najgorsze. – Oni chcą w Polsce zlikwidować ostatecznie demokrację, bo zobaczyli, że w ramach demokracji oni nie mogą rządzić, nie mogą dominować, nie mogą panować i w strefie politycznej, i w strefie ekonomicznej i w strefie kulturowej – usłyszeliśmy właśnie.
Tu mały wtrącenie, cytat z książki:
Media publiczne nie mają żadnych hamulców i nawet zgon polityka przypisuje się opozycyjnym mediom. I niemal każdego dnia słyszymy słowa, które podżegają do nienawiści i szczują na osoby nie pasujące do jedynie słusznej ideologii.
A społeczeństwo jest podzielone jak nigdy w ciągu ostatnich 30 lat. Ta polaryzacja też, jak czytamy, ma ogromne znaczenie. Na przykładzie Ameryki – "bycie demokratą lub republikaninem przestało być tylko afiliacją partyjną, a zaczęło być częścią tożsamości"
"Obalili instytucje demokratyczne" W tej książce Polska wspomniana jest w minimalnym stopniu. Poświęcono jej fragment o sądach. "Rządy, które nie są w stanie usunąć niezależnych sędziów, mogą próbować obsadzić sądy swoimi ludźmi” – czytamy. Opisano, jak poradził sobie Orban i Chavez w Wenezueli.
Pierwszy zwiększył skład TK z 8 do 15 członków, drugi to samo zrobił z Najwyższym Trybunałem Sprawiedliwości, zwiększając jego skład z 20 do 32 członków.
"Demokratycznie wybrani przywódcy obalili instytucje demokratyczne w Gruzji, na Węgrzech, w Nikaragui, w Peru, na Filipinach, w Polsce, w Rosji, na Sri Lance, w Turcji i na Ukrainie" – piszą jeszcze autorzy.
Ale tak naprawdę nie chodzi o przykłady. Chodzi o mechanizmy, które się powtarzają i są groźne.
By zrozumieć, jak to działa, autorzy proponują, by wyobrazić sobie mecz piłki nożnej.
To przechwycenie arbitrów – piszą – jest zaś potężną bronią, która pozwala rządom na wybiórcze egzekwowanie prawa – "karanie przeciwników, przy jednoczesnym objęciu sojuszników parasolem ochronnym".
Test na autorytarne zachowania Bardzo dokładnie ukazano też działania polityków, które powinny budzić niepokój. W formie testu z pytaniami, podzielonego na cztery kategorie, który pokazuje przejawy zachowań o charakterze autorytarnym:
1. Odrzucenie (lub słabe przywiązanie do) demokratycznych reguł gry. 2. Odmowa uznania oponentów za pełnoprawnych przeciwników. 3. Tolerowanie lub popieranie przemocy. 4. Gotowość do ograniczenia swobód obywatelskich oponentów, w tym mediów.
"Opisują swoich rywali mianem wywrotowców lub przeciwników obowiązującego porządku konstytucyjnego? A może twierdzą, że ich rywale stanowią śmiertelne zagrożenie dla bezpieczeństwa narodowego lub dominującego stylu życia?" – to pytania do punktu nr 2.
Test, jak czytamy, Donald Trump zdał jeszcze przed inauguracją na urząd prezydenta USA. Dokonał tego tak. A to były dopiero jego początki:
Jak wypadliby w nim polscy politycy? Niech każdy oceni sam.
