
Wybory już za nami, wygrało je Prawo i Sprawiedliwość, choć chyba nie tak, jak politycy tej partii wyobrażali to sobie. Ale w pewnym sensie trudno im się dziwić: część przedwyborczych sondaży zdecydowanie rozjechała się z wynikami finalnego głosowania. Z powyborczej perspektywy niektóre wyniki wyglądają naprawdę dziwnie.
Na początek przypomnijmy: zgodnie z oficjalnymi wynikami wyborów do Sejmu głosowanie wygrało Prawo i Sprawiedliwość, które poparło 43,59 proc. wyborców. Koalicja Obywatelska zyskała poparcie 27,4 proc. wyborców, a Lewica 12,56 proc. W Sejmie znalazły się jeszcze PSL-KP (8,55 proc.) i Konfederacja (6,81 proc.).
Jak to się ma do sondaży? Jak to w życiu, zależy których. Warto pewnie przypomnieć na początek, że bardzo bliski realnych wyników był exit poll wykonany przez Ipsos, a przecież oto było wiele obaw. W tym badaniu PiS miało poparcie 43,6 proc. wyborców, więc pracowania pomyliła się o jedną dziesiątą (!) punktu procentowego.
Z kolei poparcie dla KO zbadano dokładnie – nie było żadnego błędu. Lewicy odjęto nieco ponad pół punktu procentowego, a "dodano" je PSL-KP. Konfederacja też była bardzo blisko realnych wyników. Takie sumowanie "błędów" nie ma większego sensu, bo błąd z natury sondażu występuje przy wyniku każdego komitetu, ale "łączny błąd" w tym badaniu wyniósł zaledwie 1,97 punktu procentowego!

Dało się zrobić blisko prawdy Ale przejdźmy już do meritum, czyli do sondaży przedwyborczych. Bazujemy na sondażach opublikowanych w ostatnich dniach przed ciszą wyborczą.
Od razu trzeba powiedzieć, że blisko faktów był sondaż Kantar dla "Faktów" TVN i TVN24. W tym badaniu PiS ma poparcie 43,48 proc., czyli niemal takie, jak w rzeczywistości. Z kolei KO jest przeszacowana o nieco ponad punkt procentowy i jest w tym badaniu popierana przez 28,26 proc. respondentów. Wyniki innych komitetów też są zbliżone także do tych rzeczywistych.
Ostatni przed wyborami sondaż Kantar:
PiS – 43,48 proc.
KO – 28,26 proc.
Lewica – 13,04 proc.
PSL-KP – 7,61 proc.
Konfederacja – 7,61 proc.
Całkiem dobrze wypadają też sondaże IBRIS dla "Dziennika Gazety Prawnej" i RMF FM czy Pollstera dla "Super Expressu". Błędy wobec wszystkich komitetów mieszczą się tutaj w 2-3 punktach procentowych, a taki jest przecież typowy próg błędu dla sondażu.
Jednak im dalej w las, tym gorzej. Po wyborach widać, jak dziwne były niektóre z wyników prezentowane przez prawicowe media czy wręcz nawet bezpośrednio powiązane z PiS – jak CBOS czy sondaże pokazywane w "Wiadomościach". Nawet jeśli z czysto technicznego punktu widzenia trudno im coś zarzucić.
Generalnie można wyróżnić trzy trendy:
Dodawanie poparcia PiS Okazuje się, że partia Jarosława Kaczyńskiego była przeszacowana w większości sondaży, które można kojarzyć z PiS.
I tak w badaniu rządowego CBOS-u wyszło dla Prawa i Sprawiedliwości 46 proc. (w rzeczywistości 43,59 proc.). Pracownia Indicator dla "Wiadomości" uzyskała od respondentów poparcie dla PiS rzędu 47,02 proc., a Social Changes dla wPolityce.pl 47,3 proc. Estymator dla DoRzeczy.pl przelicytował wszystkich i stworzył sondaż z poparciem dla partii rządzącej w wysokości aż 48,2 proc.
Odejmowanie poparcia KO Od razu powiedzmy – to nie są wyniki bardzo odbiegające od stanu faktycznego, ale trend jest dość zastanawiający. Tym bardziej, że każda z powyższych pracowni, która przeszacowała Prawo i Sprawiedliwość, jednocześnie nie doszacowała Koalicji Obywatelskiej.
Indicator dla "Wiadomości" pomylił się niewiele, bo KO ma w tym badaniu 26,91 proc. Nieźle było też Estymatorze dla DoRzeczy.pl, – 25,3 proc. Social Changes dla wPolityce.pl pomyliło się już o równe trzy punkty procentowe – tutaj poparcie dla KO wynosi 24,4 proc.
Natomiast rządowy CBOS pojechał po bandzie. Poparcie dla Koalicji Obywatelskiej w tym badaniu to 19 (!) proc. O 8,4 punktu procentowego mniejsze niż w rzeczywistości!
"Chowanie" Konfederacji Gdzie się ją ukrywa? Pod progiem wyborczym, rzecz jasna. O tym, że Konfederacja jako prawicowa siła podbiera głosy PiS, powiedziano już wiele. Jeszcze więcej napisano o tym, jak "Wiadomości" TVP dosłownie próbowały wmówić swoim widzom, że taka koalicja po prostu nie istnieje. I pomijała ją w publikowanych sondażach.
Rządowa telewizja przegrała zresztą w tej sprawie proces w trybie wyborczym. I nie wywiązała się z wyroku, przez co Konfederacja we wtorek ogłosiła, że chce… powtarzać wybory.

W każdym razie Konfederacja, która ostatecznie dość swobodnie przekroczyła próg wyborczy (6,81 proc.), w ostatnim badaniu Indicatora dla "Wiadomości" nie przekroczyła go.
4,9 proc. to raptem mniej więcej dwa punkty procentowe różnicy, co mieści się w granicach błędu sondażu. Trudno mówić tu więc o jakimś przekłamaniu czy błędzie badawczym – tak zapewne po prostu wyszło. Niemniej jednak w TVP zapewne nikt się nie obraził na takie wyniki. Skoro Konfederacja jest pod progiem wyborczym, to nie trzeba jej przedstawiać razem z komitetami, które do Sejmu swoich kandydatów wprowadzają.
Konfederacja spadła pod próg jeszcze w badaniu Estymatora dla prawicowego DoRzeczy.pl. (4,9 proc.). Pozostałe pracownie były blisko realnego wyniku skrajnie prawicowej koalicji. W każdym razie ponad progiem wyborczym.
Przewidywanie przyszłości Skąd takie rozbieżności? Według Marcina Dumy, prezesa IBRiS, taka jest po prostu natura przedwyborczych badań.
– Jest taka pokusa, żeby sądzić, że rozbieżności sondażowe to wina respondentów, którzy oszukują – przekonuje w rozmowie z naTemat.
Wymienia też szereg trudności związanych z przygotowaniem sondażu. – W rzeczywistości jednak problem polega bardziej na emocjonalnym aspekcie wyborów. Decyzją zapada często w ostatniej chwili przed wyborami, czasem dopiero nad kartą wyborczą – uważa Duma.
Równie ważny jest także czas przygotowania badania, co stanowi duży kontrast w porównaniu do badań exit poll. A te przecież w wyborach parlamentarnych były bardzo dobre.
– W przypadku exit poll pytamy o coś, co właśnie się stało. Co już zaszło. Natomiast w sondażu przedwyborczym niejako wybiegamy w przyszłość. Pytamy o coś, co się jeszcze nie stało, a w międzyczasie może się jeszcze dużo zmienić – przypomina Duma.
To kłopotliwe zwłaszcza ze względu na wahania wyborców. – Problemem są ci niezdecydowani. Ciężko uchwycić w badaniu, to, co oni zrobią ze swoim głosem. I to nawet nie chodzi o to, czy oni zagłosują na PiS czy na KO – to nie jest właściwie żaden problem. Chodzi o to, czy do wyborów w ogóle pójdą, czy ktoś nie rozmyśli się w ostatniej chwili – podkreśla prezes IBRiS.
Ta frekwencja może bardzo wpłynąć na przekłamania sondażowe. – Jeśli urośnie np. o trzy punkty procentowe względem tego, czego oczekujemy, to już może mocno wpłynąć na ostateczne wyniki – tłumaczy.
CBOS robi, co może Pozostaje kwestia dziwnych błędów w tegorocznych sondażach. Tu od razu rzuca się w oczy CBOS i jego przekłamanie o 8,4 punktu procentowego w przypadku KO.
– CBOS rzeczywiście od lat ma pewien odchył w kierunku aktualnie rządzącej opcji, ale mam zbyt wysokie mniemanie o osobach tam pracujących, żeby myśleć, że ktoś robi to tam specjalnie. Tak naprawdę to jedno z nielicznych badań wykonywanych face to face. I tutaj w grę wchodzi kwestia dostępności respondentów. Często dotarcie do wybranych wyborców z dużych miast, z zamkniętych osiedli, jest kłopotliwe, a to tylko przykład. Wtedy trzeba korzystać z próby zapasowej i to może wpływać na wyniki – podkreśla Duma.
I nie dopatruje się także żadnej "logiki" w pompowaniu PiS i ujmowaniu KO przez media bliskie rządowi. O Estymatorze mówi wprost: – Trudno mi źle ocenić tę pracownię, ich sondaż jednak dobrze pokazał trend wyborczy. Warto też sobie przypomnieć ich bardzo dokładne badanie tuż przed wyborami do Parlamentu Europejskiego.

A co z sondażem? W kwestii przedwyborczych sondaży wreszcie rzuca się w oczy jeszcze jedna kwestia: zabrakło badań dla Senatu. Te jednak są znacznie bardziej skomplikowane niż w przypadku Sejmu.
– Badacze się nim nie zajmowali z prostej przyczyny. To sto relatywnie małych okręgów, do których nie da się podejść zerojedynkowo. Owszem, w większości było dość jasne, czy wygra ktoś z PiS czy ktoś związany z paktem senackim, ale było około 30 okręgów, gdzie sytuacja nie była jasna, a różnice w głosach niewielkie – przypomina Duma.
– Tak naprawdę trzeba byłoby zamówić 30 oddzielnych sondaży, po jednym dla każdego z tych okręgów. My jako IBRiS wykonaliśmy takie badania w dwóch ośrodkach. Sprawdziliśmy, czy wyborcy KO przyjmą w Warszawie w okręgu nr 44 Kazimierza Ujazdowskiego i wyszło nam, że tak. Podobne badanie wykonaliśmy w okręgu nr 24 na wschodzie Łodzi, tam gdzie startował Krzysztof Kwiatkowski, ale miał silną konkurencję z PiS i Lewicy. Ostatecznie wygrał o włos i rzeczywiście udało nam się to przewidzieć – podsumowuje.
Stąd jednak daleka droga do badań ogólnopolskich.
