
– PiS nie ma dobrej tradycji w protestach wyborczych. Na przykład w 2014 roku po wyborach samorządowych partia też zasypała sądy okręgowe protestami, wytoczyła najcięższe działa, a potem się okazywało, że nie ma żadnych dowodów na sfałszowanie wyborów – tak Anna Godzwon, ekspertka ds. prawa wyborczego, komentuje oddalenie protestu wyborczego PiS przez Sąd Najwyższy.
REKLAMA
Anna Dryjańska: Zaskoczyła panią dzisiejsza decyzja Sądu Najwyższego, który zdecydował, że nie rozpatrzy protestu wyborczego PiS ws. głosowania do Senatu w okręgu nr 75?
Anna Godzwon: Nie wyobrażałam sobie innej decyzji. Sąd stwierdził to, co powtarzałam od momentu, w sieci zaczął krążyć skan wniosku Prawa i Sprawiedliwości. W tym proteście wyborczym nie było żadnych dowodów na to, że mogło dojść do nieprawidłowości związanych z głosowaniem.
Dlaczego ten brak dowodów jest taki ważny?
Dlatego, że bez nich Sąd Najwyższy nie mógł zająć protestem wyborczym. Tak stanowi prawo. Nie wystarczy wpisać do wniosku co jedna pani powiedziała drugiej pani, albo co ktoś słyszał. Liczą się dowody. Skoro ich zabrakło, SN nie mógł zgodnie z prawem podjąć innej decyzji. To, co złożył PiS, nie spełniało bowiem kryteriów protestu wyborczego.
To chyba niemożliwe, by PiS nie znał prawa w tej kwestii. Dlaczego w takim razie złożył wadliwy wniosek?
Nie chcę się domyślać. Warto jednak wiedzieć, że PiS nie ma dobrej tradycji w protestach wyborczych. Na przykład w 2014 roku po wyborach samorządowych partia też zasypała sądy okręgowe protestami, wytoczyła najcięższe działa, a potem się okazywało, że nie ma żadnych dowodów na sfałszowanie wyborów, a dodatkowo część wniosków ma braki formalne. I też nic z tego nie wyszło.
Ile protestów wyborczych zostało złożonych po ostatnich wyborach i jak to się ma do sytuacji z 2015 roku?
Do wczoraj włącznie do SN wpłynęło 235 protestów wyborczych. To 3 razy więcej niż po poprzednim głosowaniu do parlamentu, gdy złożono 77 takich wniosków.
Skąd ta różnica?
Wzrasta świadomość, że każdy może złożyć protest wyborczy, gdy zauważy nieprawidłowości podczas wyborów, niestety nie idzie za tym wiedza jak to zrobić, a przede wszystkim o tym, że trzeba pokazać dowody.
Znajoma która oddawała głos w jednej z komisji zauważyła, że mężczyzna, chyba mąż, stoi nad kobietą i wskazuje jej palcem, na kogo ma zagłosować. Co można zrobić w takiej sytuacji? Wkrótce wybory prezydenckie.
Wtedy należy się zgłosić do przewodniczącego komisji wyborczej. Jeśli nie reaguje, można zadzwonić na policję. To może zrobić każdy obywatel, ale istnieje sposób na to, by zrobić więcej.
Jaki?
Na przykład zgłosić się do urzędu gminy przed wyborami prezydenckimi i zadeklarować, że chce się zostać członkiem obwodowej komisji wyborczej. Wtedy można znacznie dokładniej patrzeć wszystkim na ręce.
To kilkadziesiąt godzin pracy, część osób może to zniechęcić.
Są też inne metody. Można zostać mężem zaufania – nie jest członkiem komisji wyborczej, ale może kontrolować, czy wszystko przebiega zgodnie z prawem. Aby zostać mężem zaufania trzeba się zgłosić do komitetu wyborczego. Jeśli nie chcemy ujawniać swoich sympatii politycznych, możemy postarać się o status obserwatora społecznego. Wtedy trzeba się zgłosić do organizacji pozarządowej, która ma w swoim statucie takie wartości jak demokracja i społeczeństwo obywatelskie.
Czy mąż zaufania lub obserwator społeczny dostają pieniądze za swoją pracę?
Nie, ale też nie mają obowiązku siedzieć w lokalu wyborczym od początku do końca. Można sobie na przykład wyobrazić sytuację, gdy wiele osób występuje o status męża zaufania lub obserwatora społecznego, a potem na zmianę dyżuruje w danej komisji wyborczej.
Mówiła pani, że mężowie zaufania i obserwatorzy społeczni mają specjalne uprawnienia. Jakie?
Na przykład mogą filmować proces liczenia głosów. Zwykły wyborca nie ma do tego prawa.
