Wiele kobiet skarży się na nieposzanowanie intymności w szpitalach.
Wiele kobiet skarży się na nieposzanowanie intymności w szpitalach. Fot. Małgorzata Kujawka / Agencja Gazeta

"Trzeba było się ogolić przed porodem, a nie zarośnięta, jak małpa przyjść", "Nie czułam parcia, ordynator krzyczał, że jak mam jakiś problem, to zaraz weźmie kleszcze i sam to zrobi" – to tylko dwa z wielu doświadczeń, którymi z fundacją "Rodzić po ludzku" podzieliły się kobiety rodzące w szpitalu powiatowym we Wrześni. Wszystko opisały w anonimowych ankietach.

REKLAMA
– Ten szpital nie jest jakiś niezwykły, inny niż pozostałe szpitale w Polsce, wobec których podjęłyśmy interwencję. Dla mnie ciągle zaskakujące jest pozwalanie sobie na pewien rodzaj chamstwa wobec kobiety. To jest niewiarygodne, że ktoś pozwala sobie na komentarze, które możemy określić patologią – mówi w rozmowie z naTemat Joanna Pietrusiewicz, prezeska fundacji "Rodzić po ludzku".
Część kobiet, które rodziły we Wrześni, zwraca uwagę na to, że były traktowane z góry. "Położna z oddziału noworodkowego była bardzo opryskliwa. Dziecko płakało, gdy nie było przy piersi, nie wiedziałam co się dzieje. To moje pierwsze dziecko. Prosiłam o pomoc, zapytałam, co się może dziać... Musiałam pani przeszkodzić w czymś bardzo ważnym, ponieważ 'zjechała' mnie od góry do dołu, nie udzieliła odpowiedzi" – napisała jedna z matek.
Niektóre kobiety – zwłaszcza te, które rodziły po raz pierwszy – nie mogły liczyć na wsparcie podczas karmienia, a nie wszystkie wiedziały, jak się do tego odpowiednio zabrać. Wśród negatywnych opinii znalazły się też uwagi dotyczące nieposzanowania ich intymności, np. niepukanie do sali podczas obchodów, czy wykonywanie badania przy zbyt dużej liczbie osób.
Joanna Pietrusiewicz
prezes fundacji "Rodzić po ludzku"

17 proc. kobiet doświadcza przemocy. Najczęściej są to: wyśmiewanie, poniżające ocenianie ich wyglądu i tego, że nie wiedzą, jak się zachować. Myślę, że najbardziej bolesne są takie komentarze, w których ktoś mówi: "Jesteś złą matką", "Nie nadajesz się na matkę, skoro sama nie potrafisz czegoś zrobić". Jeśli ktoś wyśmiewa wygląd kobiety, jej tuszę, piersi, owłosienie, to trudno podnieść się po takich słowach. Tym bardziej, że wypowiadają je osoby, od których kobieta miała zaufanie, a w danej chwili jest zależna.

Bez zgody
– Okazało się, że kobiety nie są także informowane o tym, co się dzieje i nie są pytane o zgodę w wielu kwestiach. Tak dzieje się w całej Polsce. Kobiety mają bez pytania nacinane krocza. Często pojawiają się też komentarze, które dyskryminują je ze względu na tuszę. Pacjentki skarżą się także na zwracanie się do nich w bardzo poufały sposób – wylicza Alicja Nowaczyk, która jest "strażniczką" współpracującą z fundacją "Rodzić po ludzku".
Nowaczyk mówi także, że odpowiedź na pytanie "Czy w szpitalu zdarzyło się, żeby ktoś z personelu: szantażował zdrowiem dziecka lub pani?", brzmiała "tak". Chodzi o wypowiedzi typu "zagłodzi pani dziecko".
– Znamienne jest to, że kobiety nie wiedzą, że ich prawa zostały złamane, bo nie są świadome, jakie prawa im przysługują. Na każdy zabieg, na każdą interwencję medyczną musi być wyrażona świadoma zgoda, a personel medyczny ma obowiązek informowania ich o stanie zdrowia – dodaje.
Z kolei Joanna Pietrusiewicz przyznaje, że to, co dla niej było dużym zaskoczeniem, to to, że największym problemem okazało się "zadawanie pytań". Pytanie nie jest mile widziane. Dobry jest ten pacjent, który niczego nie oczekuje, niczego nie chce i wykonuje polecenia.
– Kobiety korzystały z należnych im praw, czyli zadawały pytania, a obowiązkiem lekarza i położnej jest udzielenie zrozumiałej informacji. Te, które się dopominają i chcą wiedzieć, co dzieje się w trakcie porodu lub jaki jest stan zdrowia dziecka, czują się dyskryminowane. Informacje zwrotne, zarówno werbalne, jak i niewerbalne, jednoznacznie świadczą o tym, że sposób ich postępowania jest niewłaściwy: "Jest pani czepialska" – wyjaśnia Pietrusiewicz.
Wypowiedzi, które znalazły się w ankiecie fundacji "Rodzić po ludzku"

Pani położna mówiła do mnie w sposób, jakbym niektóre rzeczy miała już wiedzieć (mimo że rodziłam pierwszy raz) i jak miała powtórzyć te informacje, to dla upewnienia czy dobrze zrozumiałam, to robiła to z łaską i z nieprzyjemnym tonem wyższości.

Nie umiesz dziecka karmić, to trzeba było książkę przeczytać, a nie mnie cały czas wołać, co ja matka od nauki jestem.

Miałam bardzo silne skurcze i prosiłam o wózek. Na izbie go dostałam, ale przejazd na salę porodową nie był już możliwy. Usłyszałam, że dam radę iść sama. Po badaniu okazało się, że mam już 9 cm rozwarcia. Położna skwitowało to: "nie picuje nas pani z tym bólem". Nie mam porównania, nie wiem, czy to wszędzie tak wyglądało, czy może ja "dramatyzowałam", ale poczułam się jak młoda, głupia, co wyolbrzymia.

To nie jest wyjątek
Ktoś z personelu podnosił głos, ktoś inny krzyczał lub wypowiadał niestosowne komentarze, obrażał... To też miało dziać się w szpitalu we Wrześni. "Lekarz krzyczał na mnie podczas parcia oraz obrażał mnie podczas szycia krocza", "Jedna położna podnosiła głos. Uważała, że nie umiem przeć" – pisały kobiety.
Moje rozmówczynie podkreślają jednak, że nie oznacza to, że szpital we Wrześni jest najgorszym szpitalem w Polsce. Tym bardziej, że podobne historie dzieją się na wielu innych oddziałach położniczo-ginekologicznych w Polsce.
Świadczyć o tym mogą także pozytywne odpowiedzi w ankiecie. Wiele kobiet podkreślało, że w szpitalu we Wrześni były "zaopiekowane". Mogły np. spokojnie się wykąpać, podczas gdy personel w tym czasie zajmował się dzieckiem. Wszystko zależało od tego, kto był na zmianie.
– Tylko część osób, nie cały personel, odzywa się w taki sposób. To, o co my apelujemy, to właśnie to, żeby personel też zwracał uwagę na niewłaściwe zachowania, reagował, bo kobieta jest często w sytuacji bez wyjścia – podkreśla prezeska fundacji "Rodzić po ludzku".
– W wielu polskich szpitalach jest tak, że część porodów ocenianych jest pozytywnie, ale są obszary, które wymagają poprawy. To, co zwróciło naszą uwagę to bardzo krótki kontakt skóra do skóry. Kiedy rodzi się dziecko, powinno być położone na brzuchu lub klatce piersiowej mamy na dwie godziny. Dzieje się tak może w 15 proc. przypadków, a generalnie po kilku minutach jest zabierane. Poza tym w ponad 50 proc. przypadków dziecko po porodzie dostaje mleko modyfikowane. Te liczby bardzo nas zmartwiły – dodaje Alicja Nowaczyk.
Większość negatywnych komentarzy dotyczących szpitala we Wrześni łączy jedno – osoba ordynatora. Te kobiety, które "z czystym sumieniem" polecały szpital, miały jedno "ale", tym ale był właśnie ordynator – "wyjątkowo nieprzyjemny i arogancki".

WYPOWIEDZI, KTÓRE ZNALAZŁY SIĘ W ANKIECIE FUNDACJI "RODZIĆ PO LUDZKU"

Ordynator podczas szycia śmiał się, że jestem sztywna i twarda jak podeszwa, bo nie mógł wbić igły w skórę.

Ordynator podczas obchodu krzyczał, że mam się spieszyć z pokazaniem krocza, bo on nie ma całego dnia. Dodam tylko, że na kroczu miałam 9 szwów.

Ordynator robił ciągle przytyki do mojej postury i wagi.

– To nie znaczy, że w tym szpitalu wszyscy się tak zachowują. Mówimy o pewnym zjawisku. Są elementy funkcjonowania tej placówki, które wymagają poprawy. W tym szpitalu kobiety rzeczywiście zwracają uwagę na zachowanie ordynatora i ta sytuacja się powtarza – zaznacza Pietrusiewicz.
– Smutne jest to, że duża część zastrzeżeń dotyczy sposobu komunikacji, użytego tonu głosu, użytych słów, tzw. umiejętności miękkich. A zmiana tego nie wymaga przecież nakładów finansowych czy specjalistycznych kursów – mówi rozmówczyni naTemat z Poznania.
O komentarz w sprawie wyników ankiety poprosiliśmy placówkę.
Zbyszko Hupało
Prezes Zarządu "Szpitala Powiatowego we Wrześni"

W odpowiedzi na Pani zapytania trudno jednoznacznie w tej chwili ocenić prawdziwość faktów o których mowa w ankietach. Niemniej jednak podjęliśmy działania zapobiegające podobnym zdarzeniom. Mowa tutaj min. o zaplanowaniu systematycznych wewnętrznych szkoleń dotyczących min. prawidłowej komunikacji z pacjentami, radzenie sobie ze stresem, przeciwdziałaniu wypaleniu zawodowym, itp.

Nikt się nie skarży
Co ciekawe procent kobiet, które zdecydowały się na napisanie skargi po upokarzającej dla nich sytuacji, wynosi... zero. To norma. Szpitale wypadają dość dobrze również w ankietach dotyczących satysfakcji z opieki, które same przeprowadzają. Przede wszystkim może to wynikać z tego, że kobiety nie mają świadomości, ile praw zostało złamanych, bo zwyczajnie swoich praw nie znają.
– Jedna rzecz to po prostu kwestia niskich oczekiwań kobiet, druga rzecz to świadomość zależności od personelu. Poród jest sytuacją można powiedzieć bez wyjścia. Ostatnio któraś z kobiet użyła takiego sformułowania: "Po prostu ktoś nade mną trzyma skalpel, dlatego się nie odezwę". Nie chcą się stawiać, bo boją się poważnych konsekwencji – tłumaczy Joanna Pietrusiewicz.
Poza tym kobieta, która wychodzi ze szpitala i ma zdrowe dziecko, chce o wszystkim zapomnieć. Nie chce walczyć, bo być może kiedyś będzie musiała wrócić do tego szpitala.
– Czasami fakt, że jest się z dużego miasta, jest się dobrze wykształconą i ukończyło się edukację okołoporodową powoduje, że otrzymuje się lepszą opiekę. Do porodu warto też iść z osobą towarzyszącą. To nie musi być nasz partner, to może być nawet przyjaciółka. Są to czynniki ochronne – podkreśla nasza rozmówczyni.
Nie o piętnowanie szpitali chodzi
Raport, który opracowała fundacja "Rodzić po ludzku", mówi, czego doświadczają i z czym się spotykają kobiety. Fundacja chce wskazywać te miejsca, gdzie rodzące kobiety mogą liczyć na dobrą opiekę okołoporodową. Jej celem jest też zobrazowanie, jak szpitale radzą sobie z pewnymi kryteriami. (portal GdzieRodzić.info)
To główny cel, ale gdy wśród odpowiedzi udzielonych w ankietach pojawia się wiele negatywnych opinii podejmowane są działania. Takich interwencji było już kilkanaście. – Naszym celem nie jest napiętnowanie szpitali, chcemy tylko pokazać pewne obszary, w których muszą zajść zmiany. Mamy takie poczucie, że dyrekcje szpitali czasami są zdziwione. Być może zadziwia ich skala problemu, ponieważ bywa i tak, że dostają od nas 30 albo 50 stron komentarzy kobiet. Pewne sformułowania pojawiają się po kilka razy – mówi prezeska fundacji.
"Wniosek o wprowadzenie zmian i podjęcie działań" otrzymał także szpital we Wrześni. Nikt z fundacji nie przesądza, czy to, o czym pisały kobiety, jest prawdą. Chodzi o weryfikację anonimowych sygnałów.
Joanna Pietrusiewicz, która działa w fundacji już od ponad 20 lat, dodaje, że pewna epoka jest za nami, choć "jej cienie ciągle widać w niektórych obszarach". Problemem nie jest już system, problemem jest człowiek, który przekracza granice prawa.
– Za każdym razem, kiedy czytam komentarze od kobiet, a każdy komentarz jest historią jednej kobiety, to skala problemu robi wrażenie - przytyka. Czasami nie sposób przeczytać całość za jednym razem. Wiemy, że w wielu przypadkach zostaje trauma. Przekłada się to czasem na pojawienie się depresji poporodowej, na dalsze decyzje lub zespół stresu pourazowego – podsumowuje nasza rozmówczyni.
"Lekarz podczas szycia krocza mówił mi, że nie powinnam mieć dzieci skoro nie potrafię wytrzymać bólu porodowego i żebym lepiej więcej dzieci nie miała, bo zrobię im tylko krzywdę" – napisała jedna z pacjentek szpitala we Wrześni.