
Pierwszy raz wyszli na ulice w listopadzie ubiegłego roku. Na Piazza Maggiore w Bolonii przyszło tyle ludzi, że stali ściśnięci jak sardynki w puszce. To był spontaniczny zryw. Od tamtej pory wycinają z kartonu kolorowe ryby i prostują przeciwko prawicowym populistom. W niedzielę znów manifestowało 40 tys. ludzi – wszystko to przed wyborami lokalnymi w tym regionie, które mogą wstrząsnąć włoską sceną polityczną.
Ruch narodził się bardzo spontanicznie, ma dopiero dwa miesiące. Nie jest związany z żadną partią, odcinają się od deklaracji. Protesty są spokojne, bez politycznych haseł. Niektórzy komentujący w Polsce mają skojarzenia z KOD-em. Z kpiną pytają, czy ten włoski ruch skończy tak samo.
Skąd w ogóle wziął się ten ruch? Protesty zaczęły się od Bolonii. Wywołała je zapowiedź wicepremiera Salviniego o tym, że zamierza przejąć region Emilia Romagna, zwany "czerwonym regionem", którego stolicą jest Bolonia, a który od 75 lat znajduje się w rękach lewicy.
"Emilia Romagna, często nazywana „czerwonym regionem”, była bastionem lewicy, ale ostatnio wzrosły tam notowania ultraprawicowej Ligi. Z przejęcia w niej władzy Salvini chciał uczynić triumf symboliczny, kamień węgielny pod przyszłe sukcesy i jego marsz na Rzym". Czytaj więcej
Za Sardynkami stoi czterech trzydziestolatków: Mattia Santori, Giulia Trappoloni, Andrea Garreffa i Roberto Morotti. To oni w listopadzie rzucili hasło do protestu, chcieli, by Piazza Maggiore wypełnił się ludźmi jak najszczelniej. Liczyli na 6 tys. ludzi, na wielki flash-mob, w sieci rozeszło się wtedy hasło "6000 sardynek".
Od tamtej pory Sardynki widać wszędzie. Protestujący wykorzystują rybę pod różną postacią. Pokazując, że tylko razem – płynąc jak ławica w jednym kierunku - mogą coś zdziałać.
Ruch zaczął też być widoczny za granicą. "Corriere della Sera" pisze nawet o Waszyngtonie i San Francisco.
