
Teraz to już naprawdę się poczułem jak w państwie policyjnym. Bo co to kogo obchodzi, gdzie i kiedy było moje dziecko? Nie przyjmuję wyjaśnień, że chodzi o koronawirusa, którego przecież nie ma. I którego nie mam ani ja, ani moja rodzina.
Tak, byliśmy w czasie ferii we Włoszech. Nie, nie była to północ kraju, gdzie przypadków zachorowań wywołanych koronawirusem jest najwięcej. Nie, żadne z nas nie ma jakichkolwiek niepokojących objawów. I nie, nie rozumiem dlaczego teraz, ponad tydzień po zakończeniu ferii, szkoła rozesłała do rodziców taki apel z wnioskiem o ujawnienie wszelkich danych:
Szanowni Państwo!
W związku z rozprzestrzenianiem się w Europie koronawirusa SARS-CoV-2 jesteśmy zmuszeni prosić Państwa o podanie informacji o uczniach, którzy w ciągu ostatnich 14 dni przebywali na terenie Włoch, Chin, Japonii, Tajlandii, Iranu, Wietnamu, Singapuru, Korei Południowej i Tajwanu.
(...) Zaleca się zgłoszenie (do Sekretariatu Szkoły) w celu dokonania spisu wszystkich osób, które w ciagu ostatnich 14 dni powróciły z regionów/państw dotkniętych epidemią (imię i nazwisko, numer telefonu i adres zamieszkania). O co chodzi? Pewnie o zwykłe nakręcanie paniki. To zupełnie jak z tą znikającą ze sklepów mąką, kaszą, makaronami i papierem toaletowym. Ludzi ogarnęło jakieś kompletne szaleństwo! Niech będzie, zwykli ludzie mają prawo ulegać panice. Ale dlaczego, na Boga, w podsycaniu tych nastrojów bierze udział państwo?
Szkoła wyjaśnia, że polecenie zbierania informacji o dzieciach, gdzie spędzały ferie zimowe, otrzymała z góry. Tylko po co tej "górze" takie dane? Z Włoch wróciliśmy już ponad 2 tygodnie temu. Nikt z rodziny nie wykazuje objawów, o jakich mówią lekarze.
Na rządowych stronach przeczytałem "Rekomendacje Ministra Edukacji Narodowej dla dyrektorów przedszkoli, szkół i placówek oświatowych" związane z koronawirusem i nie ma tam nic o tym, aby dyrektorzy szkół mogli zbierać informacje o tym, gdzie kto spędzał ferie.
Owszem, pada tam takie zdanie skierowane do dyrektorów: "Poinformuj rodzica, którego dziecko wróciło z terenów występowania koronawirusa i ma objawy grypopodobne, aby bezzwłocznie powiadomił najbliższą stację sanitarno-epidemiologiczną, zgłosił się do oddziału zakaźnego lub oddziału obserwacyjno-zakaźnego". Ale nie ma ani słowa o tym, że dyrektor ma się bawić w śledczego i zbierać dane o miejscu zimowego wypoczynku. Co z prawem do prywatności? Co z ustawą o danych osobowych?

To moje oburzenie nie bierze się znikąd. Czytałem wiele doniesień z różnych części kraju. Rozmawiałem ze znajomymi, których dzieci też na feriach były we Włoszech czy gdzieś w Azji. Wystarczyło, że ktoś powiedział, iż był w Rzymie, cała klasa natychmiast się odsuwała. Dziecko było odpędzane przez rówieśników, traktowane jak trędowate. Pani usadzała wszystkich w klasie tak, żeby to jedno, które było we Włoszech, siedziało sobie gdzieś w kącie z tyłu klasy, a reszta uczniów skupiona była w okolicach tablicy.
W jednej z warszawskich podstawówek (na szczęście prywatnych) szaleństwo poszło na tyle daleko, że zabroniono przychodzić na lekcję wszystkim tym, którzy ostatnio byli we Włoszech. W jednym z przedszkoli wystarczyło, że któreś z dzieci na oko przedszkolanki było za bardzo opalone i już zrobiła się afera.
Czytając wszystkie te relacje wraz z żoną poleciliśmy córce, żeby nic nie mówiła w szkole, że była we Włoszech. Po co fundować dziecku traumę? Po co narażać na niczym nieuzasadniony ostracyzm ze strony rówieśników i nauczycieli? Córka nie stanowi żadnego zagrożenia dla otoczenia – nie kaszle, nie gorączkuje, nie ma duszności, nie ma bólów mięśniowych. Więc dlaczego ktoś oczekuje od nas informacji o tym, że ponad dwa tygodnie temu córka przez parę dni była we Włoszech? Jakim prawem?! I co zamierza dalej z tą informacją zrobić?
Przyznam, że nie wiem, co mam szkole odpowiedzieć. Skłamać i oszczędzić córce nieprzyjemności? Odpowiednie służby pewnie byłyby w stanie ustalić po biletach lotniczych, po transakcjach kartą debetową, gdzie i kiedy byliśmy. Właśnie dlatego poczułem się jak w państwie policyjnym.
WYJAŚNIAMY:
W sprawie tego listu skontaktowaliśmy się z Kuratorium Oświaty w Warszawie oraz z Wojewódzką Stacją Sanitarno-Epidemiologiczną w Warszawie.
Andrzej Kulmatycki
rzecznik prasowy Kuratorium Oświaty w Warszawie
Joanna Narożniak, rzeczniczka Mazowieckiego Państwowego Wojewódzkiego Inspektora Sanitarnego, wyjaśnia, że do dyrektorów placówek oświatowych została skierowana ze strony Biura Bezpieczeństwa i Zarządzania Kryzysowego m.st. Warszawy prośba (po konsultacji z Państwowym Powiatowym Inspektorem Sanitarnym w m.st. Warszawie), która wynika z zaleceń Głównego Inspektora Sanitarnego. Zapewnia przy tym, że absolutnie nie chodzi o jakąkolwiek stygmatyzację uczniów, którzy wrócili z rejonów, gdzie odnotowano przypadki zachorowań wywołanych koronawirusem.
Joanna Narożniak
rzecznik prasowy Mazowieckiego Państwowego Wojewódzkiego Inspektora Sanitarnego