
Sytuacja była już tak zła, że mer miasta zaapelował do rządu o dodatkowe posiłki. We wtorek na ulicach pojawiło się wojsko i dopiero wtedy udało się ją opanować. W Dijon na wschodzie Francji od kilku dni trwały zamieszki, a właściwie regularna wojna gangów. Płonęły samochody, śmietniki, młodzi ludzie rozbijali przystanki. Taką reakcję wywołał napad na 16-letniego imigranta z Czeczenii.
REKLAMA
Media społecznościowe zalały nagrania z Dijon. Niektóre szokujące. "Jak do tego doprowadziliśmy? Jak ludzie mają czuć się bezpiecznie?" – pytają niektórzy. Przeciwnicy imigrantów już wytykają w komentarzach, że to upadek Europy.
Na nagraniach widać, jak młodzi ludzie biegają po ulicach uzbrojeni w kije bejsbolowe, siekiery, maczety i broń palną, nawet – jak podają media – w kałasznikowy. Podpalają samochody i śmietniki. Na niektórych nagraniach są kłęby dymu. Widać dachujący samochód. "To wygląda jak strefa wojny" – komentują internauci.
– To, co się działo jest bez precedensu i nie do zaakceptowania – powiedział mer miasta Francois Rebsamen. W poniedziałek poprosił rząd o wsparcie. Wtedy uzbrojeni mężczyźni zniszczyli miejski monitoring. Zaatakowali dziennikarzy z burgundzkiego oddziału stacji Francji 3 i zniszczyli ich samochód.
"Chcieliśmy pokazać, co dzieje się w dzielnicy Gresilles. Zostaliśmy napadnięci przez 15 zamaskowanych osób – kijami bejsbolowymi, kamieniami i butelkami" – napisała na Twitterze dziennikarka Dalila Iberrakene Peltier. Pokazała zdjęcie samochodu.
Sytuacja uspokoiła się dopiero w poniedziałek późnym wieczorem. "Około godziny 20:30 do akcji przystąpiło 60 żandarmów, 40 funkcjonariuszy policyjnych oddziałów prewencji CRS oraz brygady ds. walki z przestępczością zorganizowaną (BAC). Około 100 zamaskowanych mężczyzn stanęło naprzeciw około 150 funkcjonariuszy służb" – relacjonowała korespondentka PAP w Paryżu Katarzyna Stańko.
Dopiero późnym wieczorem policja przejęła kontrolę nad dzielnicą Les Gresille.
Kto walczył w Dijon
Zamieszki trwały od 10 czerwca, przez cztery noce z rzędu. Rannych zostało sześć osób. Iskrą miał być napad na 16-letniego Czeczena przez członków ganku narkotykowego. Czeczeńscy imigranci postanowili go pomścić. Przyznał to w rozmowie z lokalną gazetą "Le Bien Public" mężczyzna, który przedstawił się jako Czeczen.Twierdził, że była ich około setka – z całej Francji, ale też z Belgii i Niemiec. – Nigdy nie mieliśmy zamiaru plądrować miasta i atakować ludzi – powiedział. Już po zakończonej interwencji prefekt departamentu Cote d'Or Bernard Schmeltz powiedział jednak: "Nie zidentyfikowaliśmy nikogo z zewnątrz, to ludzie z Dijon".
Co się działo na ulicach Dijon
Zaczęło się na Placu Republiki w centrum Dijon. Potem, jak twierdzą policyjne źródła, w dzielnicy Gresilles pojawiło się w sobotę ok. 50 Czeczenów. Zachowywali się agresywnie, próbując znaleźć osoby odpowiedzialne za napad. Ranny został właściciel pizzerii. Według France24, w niedzielę było ich około 200. Potem sytuacja zaczęła wymykać się spod kontroli.Media pisały o porachunkach między członkami wspólnoty czeczeńskiej a lokalnymi gangami, ale przyczyny nie do końca są jasne.
"Według policji wszystko rozpoczęło się od krwawych porachunków na tle handlu narkotykami między imigrantami z Czeczenii i gangami młodzieży pochodzenia arabskiego. W niejasnych okolicznościach ranny został w Dijon czeczeński szesnastolatek" – pisze paryski korespondent RMF FM Marek Gładysz.
Katarzyna Stańko: "Źródła policyjne twierdzą, że poniedziałkowa akcja była zainicjowana przez ludzi, którzy chcieli bronić swojego 'terytorium' przed powtarzającymi się napadami Czeczenów".
Francuskie MSW potępiło wydarzenia w Dijon.
