
Plotki o politycznej śmierci Andrzeja Dudy były przesadzone. Prezydent wciąż trzyma się mocno, ale nie może spać spokojnie. I doskonale zdaje sobie z tego sprawę. Gdy podczas wieczoru wyborczego mówił, że osiągnął wynik lepszy niż pięć lat temu i podkreślał „potężną przewagę, zarówno w procentach, jak i w liczbach bezwzględnych” między sobą a Rafałem Trzaskowskim, to brzmiało to jak zaklinanie rzeczywistości. To naprawdę nie jest sukces, że prezydent walczący o reelekcję ma lepszy rezultat w I turze niż wtedy, kiedy był zaledwie pretendentem do Pałacu.
A różnica między Dudą a Trzaskowskim wcale nie jest aż tak imponująca, zważywszy na to, że wyborcy pozostałych kandydatów będą zasilać raczej obóz Koalicji Obywatelskiej. Tymczasem Andrzej Duda zbytnio nie ma gdzie łowić. Liczył przecież na elektoraty Kosiniaka-Kamysza i Bosaka. Tyle że ten pierwszy w zasadzie nie istnieje, a Bosak, który nazwał się właśnie „prawdziwą, ideową prawicą”, na pewno nie będzie wpychał swoich wyborców w ramiona kandydata PiS-u. Bo to mu się politycznie w ogóle nie opłaca.
Rafał Trzaskowski przekroczył magiczną granicę 30 proc., ale dystans do Andrzeja Dudy jest nadal dwucyfrowy. To osłabia efekt psychologiczny – gdyby odległość była mniejsza, wyborcy niechętni urzędującemu prezydentowi uwierzyliby, że jest on do pokonania i byliby bardziej zmobilizowani do udziału w wyborach – także ci, których kandydaci już odpadli z wyścigu. Z takim wynikiem można się iść bić o Polskę – przekonywał Trzaskowski, ale przed nim prawdziwe wyzwanie: sprawić, by przede wszystkim wyborcy Hołowni poszli do urn za dwa tygodnie. Bo jeśli pójdą, to – jak pokazywały badania – oddadzą głos właśnie na Trzaskowskiego.
Wynik Szymona Hołowni to sukces, choć nie oszałamiający. Sukces, bo swoją pozycję zbudował na surowym korzeniu – bez wcześniejszego politycznego doświadczenia, bez struktur partyjnych i bez budżetowych pieniędzy. Jednak 13% to nie jest aż tak wielki kapitał polityczny, by móc teraz optymistycznie myśleć o stworzeniu jakiegoś ruchu społecznego, a później partii politycznej, co Hołownia już zapowiedział. Do wyborów parlamentarnych zostały trzy lata, a to w polityce cała epoka. Symptomatyczne, że najpierw Hołownia zapewnia, że „idziemy dalej”, a kilkanaście minut później prosi dziennikarza, by go nie pytał, co będzie za trzy lata, skoro on nie wie, co będzie za miesiąc. Jedno jest pewne – utrzymać przy sobie przez kilka lat sympatyków, wolontariuszy i darczyńców będzie mu szalenie trudno.
Klęska, katastrofa, kompromitacja – to u Roberta Biedronia i Władysława Kosiniaka-Kamysza. Obaj kończą tak samo źle, ale z różnych powodów. Biedroń był kandydatem z łapanki, bo nikogo lepszego Lewica nie miała, on sam do startu się nie palił, co w tej kampanii było widać i czuć. Poza tym – po porażce Wiosny i nadwyrężeniu własnej wiarygodności (miał się zrzec mandatu posła do PE, ale tego nie zrobił) – powinien pauzować co najmniej dwa sezony, jeśli nie dłużej. Tymczasem taki poobijany został popchnięty do kolejnej walki. Zabrakło świeżości, było zmęczenie. Tych kilka tygodni brutalnie obnażyło też to, co bardziej spostrzegawczy dostrzegli już półtora roku temu – że Biedroń to polityczna wydmuszka. Miły, sympatyczny gość i tyle. A dodatkowo dziś jako polityk został swym wynikiem wyborczym zdruzgotany. Nie wiem, czy zdoła się jeszcze wymyślić na nowo, czy będzie już tylko odcinał brukselskie kupony przez najbliższe cztery lata.
Pytanie też co dalej z lewicową koalicją? Interesujące było to, że kiedy na ostatniej prostej Biedroń jeszcze deklarował, że będzie „czarnym koniem tych wyborów”, to Włodzimierz Czarzasty już dawał sygnał do odwrotu. Robert Biedroń tych wyborów nie wygra – ogłosił szef SLD na kilkanaście godzin przed ciszą wyborczą. A potem była standardowa opowieść przegranych, że te wybory to jeden z etapów długiego marszu do władzy i tak dalej. Te niespełna 3% Biedronia to na pewno definitywny koniec Wiosny. Szyld może jeszcze chwilę powisi, ale to bez znaczenia. Czarzasty będzie chciał podporządkować Sojuszowi i Wiosnę, i Razem. Sama Lewica znów jest w punkcie wyjścia. Słaba, nieudolna i dość szybko – po sukcesie powrotu do Sejmu - rozmieniająca się na drobne.
Kosiniak-Kamysz to nieco inna historia. Był niczym aktor drugiej kategorii, który przez kilka wieczorów zastępował nieobecnego kolegę w głównej roli. Ale kiedy gwiazda wróciła na deski, to Kosiniak znów zaczął grać ogony. Prezes PSL-u był w kampanii tym bardziej widoczny, im bardziej gasła kandydatka najsilniejszej partii opozycyjnej. Ale to była nienaturalna sytuacja. Gdy do gry wkroczył Rafał Trzaskowski, proporcje poparcia zostały przywrócone.
Wybory prezydenckie to nigdy nie była sztandarowa konkurencja ludowców, ale ten krótki czas, kiedy w sondażach Kosiniak wchodził do drugiej tury, a nawet wygrywał z Dudą, mocno rozbudził oczekiwania ludowców. Dlatego twarde lądowanie może zachwiać pozycją Kosiniaka, wcale nie tak mocną w PSL-u. On sam po ogłoszeniu wyników nie miał swoim wyborcom w zasadzie nic do powiedzenia, prócz tego, że się nie podda. Warto też zauważyć, że na wsi zagłosowało na niego 3% wyborców. Czyli PSL został ze wsi wypchnięty, a wciąż nie zdobył na stałe innych przyczółków.
I jeszcze jedno – wyniki obu panów, Biedronia i Kosiniaka, udowadniają, że ich wyborcy nie nabrali się o opowieść o tzw. trzeciej sile, alternatywie dla walczących ze sobą od lat PO i PiS. Biedroń i Kosiniak zdawali się nie zauważać, że prawdziwym przeciwnikiem jest Andrzej Duda i z zapałem atakowali przede wszystkim Rafała Trzaskowskiego. Ich elektorat okazał się mądrzejszy, zrozumiał, o jak wielką stawkę toczy się gra i postanowił się nie rozdrabniać. Polaryzacja jest silniejsza niż nam się wydawało – skwitował Kosiniak i jeśli naprawdę jest tym zaskoczony, to źle to świadczy o jego kompetencjach politycznych.
Krzysztof Bosak niewątpliwie odniósł indywidualny sukces, ale to wcale nie oznacza, że – co ogłosił podczas wieczoru wyborczego – Konfederacja jest trzecią siłą w Polsce. Nie jest. Natomiast ten wynik oznacza ból głowy dla Jarosława Kaczyńskiego, którego celem było od zawsze niedopuszczenie do powstania innej siły na prawo od PiS-u. Tymczasem wyrosło i w dodatku się umacnia. Ale zostawmy przegranych, bo właśnie ruszyła walka o drugą turę – Andrzej Duda jeszcze w niedzielę wieczór spotkał się z wyborcami w Strzelcach, zaś Rafał Trzaskowski był w Wołominie.
Przed nami dwanaście kluczowych dni. Nic nie jest przesądzone, za to wszystko się może zdarzyć. Kluczowa będzie mobilizacja, na pewno będzie się liczył każdy głos. Wynik wyborów prezydenckich wciąż jest sprawą otwartą. I dlatego te dwa tygodnie będą tak emocjonujące.