
Cztery lata temu świat obiegła wieść o upadku Lehmann Brothers – jednego z największych amerykańskich banków. Wybuchł kryzys finansowy. W rocznicę pytamy przedsiębiorców o ich zmagania z dekoniunkturą. Remigiusz Rogowski, prezes i właściciel Rogowski Develpoment, mówi nam, że wbrew pozorom jego branża nie jest w tak opłakanej sytuacji. Nowa sytuacja wymaga od niego jednak więcej wysiłku, by jak najlepiej dopasować się do oczekiwań klientów.
REKLAMA
Dokładnie cztery lata temu gruchnęła wieść o upadku Lehmann Brothers.
Doskonale pamiętam. Pamiętam to oczekiwanie i niepewność, która paraliżowała jakiekolwiek działania. Co prawda później okazało się, że nie taki diabeł straszny, ale wtedy rzeczywiście wszyscy się bali. Teraz znowu słyszymy, że idzie kryzys. Po co to straszenie? Uważam, że i wtedy, i teraz, media działają na szkodę przedsiębiorców. Bo jeśli mówi się, że jakaś firma upadnie, to kto będzie chciał z nią współpracować?
Tak samo jest z Polską – gdy przewidujemy kryzys, to ludzie wstrzymują się z zakupami. Jeśli mówi się, że mieszkania stanieją, to ludzie czekają z zakupami i jest zastój. A naprawdę nie jest źle. Na przełomie 2011 i 2012 roku oddałem w Białymstoku 500 mieszkań i bez właścicieli zostało tylko 30. Więc poza cenami – które spadły – jest dobrze. Niech tak zostanie.
Ja tego nie określam tego, co się dzieje jako kryzys, ale jako stabilizacja. Gdy ceny nie rosną tak szybko jak w boomie, mogę przynajmniej przewidzieć za ile kupię, za ile wybuduję i za ile sprzedam. Poza tym muszę cały czas kombinować, jak wybudować lepiej, ładniej, tanie, jak dostosować się do oczekiwań klientów. Przed kryzysem budowało się byle by zbudować, bo i tak się sprzeda. Kiedyś standardowe mieszkanie miało 65 metrów kwadratowych, pokoje były niekształtne i za duże. Teraz ma 45 metrów kwadratowych i wygląda bardzo przyzwoicie.
Politycy poradzili sobie z kryzysem?
Ważne, żeby nie przeszkadzali. Ja co prawda z tą "dużą" polityką nie mam zbyt wiele wspólnego, ale z samorządami mam do czynienia na co dzień. Wydawanie decyzji o warunkach zabudowy to jest dramat. Dochodzi do tego, że łamiąc prawo, przekraczają terminy jakie mają na wydanie pozwolenia na budowę, bo po prostu im się nie podoba.
Przy Alei Wilanowskiej powinienem już kończyć drugi etap inwestycji, a dopiero go zaczynam, bo 3 lata czekałem na decyzję urzędników. Jak ktoś chce kupić moje mieszkanie, to się cieszę. Staram się być elastyczny, pójść na rękę. A urzędnicy traktują mnie jak petenta, który tylko niepotrzebnie zawraca im głowę.
Boi się pan tego, co będzie?
Wiele firm kupiło ziemię pod inwestycję w boomie i teraz cieszy się, gdy nie trzeba dopłacać. Ale z drugiej strony ta względna stabilność pozwala tak dostosować inwestycję, żeby nie stracić. I myślę, że to się udaje dzięki niższym cenom za towary, niewielkim obniżeniu stawek przez podwykonawców i oczywiście naszej marży.
Jak wyglądało finansowanie inwestycji? Przecież banki ogarnęła panika, gdy obserwowały upadek giganta zza Oceanu.
Do tej pory nie miałem problemów ze sfinansowaniem żadnej inwestycji. Oczywiście zmieniły się warunki, potrzeba większego wkładu własnego. Jednak problem jest z kredytami hipotecznymi dla klientów. Rozmawiam często z potencjalnymi klientami i żalą mi się, że nie dostali kredytu mimo, że mieli zdolność kredytową. Dlatego tutaj potrzeba poprawy, bo banki znowu zaczną udzielać kredytów, jak mieszkania będą półtora raza droższe niż teraz.
