
Zadebiutowała w roku 1980, stając się jedną z największych gwiazd PRL-u. Dziś, po siedmioletniej przerwie, wydaje nowy album, na który trafiły piosenki z (niezbyt wesołymi, zaznaczmy) tekstami autorstwa m. in. Wisławy Szymborskiej, Witolda Gombrowicza, Tadeusza Różewicza i Wojciecha Młynarskiego. To doskonała okazja do przeprowadzenia wywiadu z artystką, która zazwyczaj unika obecności w mediach – porozmawiajmy o tym, co smuci Hannę Banaszak w dzisiejszej Polsce, skłóconych rodakach, politykach współczesnych oraz działaczach Solidarności w czasach stanu wojennego. Dowiemy się także, w jaki sposób młoda piosenkarka może wydostać się z szufladki z napisem "symbol seksu", do której włożyli ją mężczyźni władający szołbiznesem.
Jednak na pewnym etapie świadomości, należy już wyciągać dojrzałe wnioski i w związku z tym próbować coś zmieniać. I to przede wszystkim w sobie.
Od kondycji polskiej polityki przejdźmy gładko do kondycji rodzimej muzyki. Jak ocenia ją osoba, której kariera związana była z nazwiskami tak wielkimi, jak Przybora, Wasowski, Kofta, Matuszkiewicz albo Młynarski? Uwiera panią wszechobecny pośpiech i bylejakość oraz to, że większość dzisiejszych gwiazd sprawia wrażenie, jakby powstała w fabryce klonów?
Z tych też powodów, omawiając niedawno teledysk promujący album "Stoję na tobie Ziemio", z góry poprosiłam, aby mojego wizerunku w nim nie było. Będę też unikać zbyt częstych promocyjnych obecności w telewizji etc.
