
Stało się. Przed nami kolejnych pięć lat Andrzeja Dudy w Pałacu Prezydenckim, czyli jego druga kadencja. Zatem niemal od razu pojawiło się pytanie, czy jest szansa, by była ona inna niż pierwsza. Odtąd - zapowiedział buńczucznie sam Duda jeszcze w końcówce kampanii - będę odpowiadał wyłącznie przed Bogiem, historią i narodem.
REKLAMA
Jak Państwo zauważyli, wśród wymienionych nie ma Jarosława Kaczyńskiego, który to do tej pory sprawnie pociągał za sznurki w prezydenckim spektaklu, rozgrywanym przy Krakowskim Przedmieściu. Ale to naprawdę niewiele znaczy. Szanse na to, aby Andrzej Duda wybił się na polityczną niepodległość są znikome, aż z kilku powodów.
Po pierwsze, osobowość człowieka to rzecz względnie trwała. I nie ulegająca zmianie z niedzieli na poniedziałek. A Andrzej Duda to natura podporządkowana. Potrzebuje patrona, by móc z nim ściśle związać swój polityczny los, na którego będzie się mógł orientować w swych działaniach. Kogoś, kto wyznaczy kierunek, którym on podąży.
Najpierw był to Arkadiusz Mularczyk, który wprowadził Dudę do polityki. Potem sam Zbigniew Ziobro, pod okiem którego terminował w resorcie sprawiedliwości. W końcu bracia Kaczyńscy, najpierw Lech, a potem Jarosław, wobec których prezentował niezmiennie stosunek wiernopoddańczy. Doskonałym tego przykładem były słowa, które skierował do prezesa PiS-u podczas uroczystości desygnowania Beaty Szydło na szefową rządu. Panie premierze - zachwycał się urzędujący prezydent - jest pan wielkim politykiem, strategiem, ale i wielkim człowiekiem. Zabrzmiało jako hołd lenny.
Po drugie, prezydent, będąc z natury wasalem, nigdy nawet nie aspirował do bycia patronem. Przez pięć lat urzędowania nie był w stanie zbudować własnego zaplecza politycznego. Kancelarię umeblował mu z marszu Jarosław Kaczyński. W partii nie ma żadnego swojego stronnictwa. Wokół prezydenta jest pustka, nikt się na niego nie orientuje. Dlaczego?
Czytaj także: Bojkot Podkarpacia rozpalił internet po zwycięstwie Dudy. "Niech upadają i bankrutują"
Bo wszyscy wiedzą, że nic nie może, że nie ma znaczenia. Niby to figura króla, ale na szachownicy żadnego ruchu zrobić nią nie można. Nic nie wskazuje na to, by teraz prezydent miał większą siłę przyciągania ludzi i kreowania rzeczywistości. Bo właściwie każdy dzień nowej kadencji, będzie go przybliżał do politycznego niebytu, w jakim znajdzie się po 2025 roku. Wszak nikt nie bierze go pod uwagę w walce o schedę po prezesie.Niby z kim u boku miałaby się o to bić? Z kolegami ze szkoły i harcerstwa, których zainstalował w Pałacu, a którzy pewnie i są lojalni, ale nic więcej? W perspektywie Duda ma wyłącznie polityczną emeryturę. A od półmetka drugiej kadencji będzie na dodatek - jak mawiają Amerykanie - kulawą kaczką. Czyli politykiem, który zaraz skończy swą misję, więc już nawet jego najbliżsi współpracownicy zaczynają szukać sobie miękkiego lądowania. Gdyby zaś zaryzykował skromną choćby wojenkę z własnym zapleczem, ostałby się sam już teraz. Partyjne struktury nie organizowałyby mu wizyt w terenie, a TVP uderzyłaby w niego, jak po wecie ustaw sądowych.
Po trzecie, ta kampania to osobista klęska Andrzeja Dudy. O ile to on wygrał w 2015 roku, o tyle teraz wygrał - dopiero w II turze i to o włos - już nie dzięki temu jaki był w kampanii, ale wyłącznie dzięki machinie partyjnej, całemu aparatowi państwa, propagandzie TVP i górze pieniędzy, wydanych na kiełbasę wyborczą oraz działania wyborcze. Wie to on sam i wie to Jarosław Kaczyński. Oraz cała reszta Zjednoczonej Prawicy. Przepchnięty na drugą kadencję kolanem, przy gigantycznym nakładzie sił i środków, nie jest politykiem, który dysponuje jakimkolwiek politycznym kapitałem.
Po czwarte, Duda nigdy nie był pełnokrwistym politykiem. Ilekroć chciał zrobić coś samodzielnie, tylekroć był nie tylko ogrywany, ale przy okazji głęboko upokarzany. A to ośmieszyli go blokadą referendum konstytucyjnego, a to dali prztyczka w nos, gdy postanowił pozbyć się Jacka Kurskiego z gmachu przy Woronicza. Duda nie potrafi robić polityki. Bo gdyby umiał, to prowadziłby swoją prezydenturę bez zawieszania się wyłącznie na PiS-ie, choć także bez wchodzenia z PiS-em na kurs kolizyjny. A on krzyczał na wiecach to, co aktualnie krzyczeli najwięksi radykałowie obozu władzy.
Czytaj także: "Duda został wybrany niezgodnie z Konstytucją". Dawny ulubieniec Rydzyka kwestionuje ważność wyborów
Po piąte, niby dlaczego Andrzej Duda nie ma żyrować działań rządzących, skoro jest przekonany, że właśnie tak należy robić? To nie jest tak, że prezydent w duszy jest szczerym demokratą, tylko na rozkaz Kaczyńskiego dławi sądy, przyjmuje nocne ślubowania sędziów-dublerów, czy ułaskawia Mariusza Kamińskiego. Nie, prezydent jest wiernym synem tego obozu. Andrzej Duda to po prostu Prawo i Sprawiedliwość.
Stąd ta druga kadencja będzie albo taka sama, jak pierwsza - czyli niesamodzielna, partyjna i szkodliwa - albo wręcz gorsza. To znaczy, że Andrzej Duda będzie jeszcze bardziej arogancki i jeszcze mocniej nienawistny. Jeśli ktoś uwierzył w pojednawcze tony, szybko się rozczaruje. Polityka miłości to nie jest emploi prezesa Kaczyńskiego, a Andrzej Duda jest tylko i wyłącznie bladym cieniem prezesa.