
"Nie wiem, jak to pani powiedzieć..." – zaczęła zakłopotana pracownica banku. "Nowiny Gliwickie" opisują historię 65-letniej pani Wandy Mizerskiej. Kobieta cieszy się zupełnie dobrym zdrowiem. Następnego dnia miała jechać do Niemiec. Przed wyjazdem chciała w banku załatwić konieczne opłaty. Tam jednak dowiedziała się, że... nie żyje. Za martwą uznał ją Zakład Ubezpieczeń Społecznych.
Straszny błąd ZUS-u
"Jak to umarłam?! Przecież jestem tu, stoję, a jutro jadę do Niemiec!" – pani Wanda Mizerska nie mogła uwierzyć w to, co usłyszała. Te wydarzenia rozgrywały się 17 sierpnia. Od pracownicy banku 65-latka usłyszała, że zgodnie z tym, co się wyświetla na ekranie komputera po wpisaniu danych z dowodu osobistego, kobieta zmarła 27 lipca.Przy okienku w ZUS-ie
Najpierw spotkany przy drzwiach pracownik Zakładu polecił wziąć numerek i czekać na swoją kolej. A kolejka była niemała. "Nie będę czekała na numerek i stała w kolejce, bo ja, proszę pana, od 27 lipca nie żyję!" – oświadczyła roztrzęsiona klientka. Ale poczekać musiała. A potem w okienku, gdy próbowano ją zbyć, nie dała za wygraną.Od pracownicy biura usłyszałam, że muszę sprawę załatwić w oddziale w Zabrzu. Powiedziałam: "o, nie, to wy zawaliliście, nie ja, nigdzie się stąd nie ruszę". No bo niby czemu mam tracić czas i pieniądze na paliwo? I wie pani, okazało się, że jednak można wszystko załatwić na miejscu. Wróciłam do świata żywych, ale straciłam nerwy, kilka godzin i musiałam na nowo wyrabiać kartę płatniczą oraz zlecać przelewy w banku.
