
Dla pana Andrzeja dobre czasy skończyły się w 1989. Koniec PRL-u to dla niego data, po której przestał się czuć rozumiany, potrzebny, zauważany. Data, po której popadł w wieloletnią depresję, z której tak na dobre nie wygrzebał się do dziś, bo do jego miasteczka na północy Polski do dziś nie dotarła kapitalistycznej mody na przepracowywanie swoich życiowych zakrętów z psychologiem.
REKLAMA
Pan Andrzej nie był ubekiem, ZOMO-wcem ani prominentem minionego systemu. Był nauczycielem, którego - ze względu na szacunek, jakim się cieszył – raz po raz proszono, by został szefem komitetu kolejkowego w którejś z kolejek, jakie się w jego miasteczku ustawiały.
- Wiedzieli, że nie będę swoich dopisywał, że nie będę przekrętów żadnych robił - wspomina dziś pan Andrzej. - I wiedzieli, że do mnie nikt nie będzie fikał. W innych miastach ludzie potrafili przewodniczącego pobić, przekupić albo listę mu ukraść dzień przed przyjazdem towaru. I dwa tygodnie stania mogło pójść na marne. A u nas prawie każdy, kto przychodził, to albo były uczeń, albo rodzic, więc nawet, jak coś chcieli przycwaniakować, to im się głupio robiło przede mną. Ciężko było, ale człowiek czuł się potrzebny. W takiej kolejce całe życie żeśmy sobie opowiadali; cały czas razem. Kolega żonę poznał. Człowiek z sąsiadami pogadał, czegoś się o świecie dowiedział. A potem przyszedł kapitalizm i każdy zaczął gonić za własnym ogonem. Czy, jak to się mówi, budować sobie dobrobyt.
Takich, jak pan Andrzej, historia nie zauważa. Ich małe stresy, uciążliwości, ale i ich małe powody do dumy, umykają w rozmowie o PRL-u, w której albo tropi się agentów, albo licytuje na patriotyzmy, albo – w najlepszym razie – wspomina wyłącznie absurdy a’la Bareja. Nie, PRL wcale nie był krajem absurdów! Był szarym, smętnym, głupio rządzonym kraikiem, w którym ludziom wcale nie było do śmiechu.
Ale nie był też krajem, w którym cały ciemiężony naród walczył z oprawcą w ciemnych okularach. Był krajem trzydziestu kilku milionów panów Andrzejów, którzy wiedli w nim swoje lepsze albo gorsze życia, wychowywali tam dzieci, żenili się i rozwodzili, kochali i porzucali.
Ale nie był też krajem, w którym cały ciemiężony naród walczył z oprawcą w ciemnych okularach. Był krajem trzydziestu kilku milionów panów Andrzejów, którzy wiedli w nim swoje lepsze albo gorsze życia, wychowywali tam dzieci, żenili się i rozwodzili, kochali i porzucali.
To dla takich, jak pan Andrzej, napisaliśmy książkę "Nasz mały PRL".
By ją napisać, przez pół roku odtwarzaliśmy rok 1981 tak dokładnie, jak tylko było to możliwe. Zaczynając od noszenia bielizny z podłódzkiej spółdzielni inwalidów, przez używanie oryginalnej szczoteczki do zębów, NRD-owskie pluszaki dla naszego dziecka i radziecki telewizor, na PRL-owskiej kuchni kończąc. Zamieniliśmy mieszkanie na takie z meblościanką i linoleum; opla zamieniliśmy na malucha; mieliśmy wąsa, trwałą i obciachową zaczeskę. Wszystko po to, by lepiej zrozumieć takich, jak pan Andrzej. By lepiej zrozumieć naszych rodziców, którzy w PRL-u mieli tyle lat, co my dziś.
By ją napisać, przez pół roku odtwarzaliśmy rok 1981 tak dokładnie, jak tylko było to możliwe. Zaczynając od noszenia bielizny z podłódzkiej spółdzielni inwalidów, przez używanie oryginalnej szczoteczki do zębów, NRD-owskie pluszaki dla naszego dziecka i radziecki telewizor, na PRL-owskiej kuchni kończąc. Zamieniliśmy mieszkanie na takie z meblościanką i linoleum; opla zamieniliśmy na malucha; mieliśmy wąsa, trwałą i obciachową zaczeskę. Wszystko po to, by lepiej zrozumieć takich, jak pan Andrzej. By lepiej zrozumieć naszych rodziców, którzy w PRL-u mieli tyle lat, co my dziś.
Ale przede wszystkim odtwarzaliśmy PRL, by lepiej zrozumieć samych siebie dziś. Bo "Nasz mały PRL" paradoksalnie wcale nie jest książką o PRL-u. Jest książką o kapitalizmie i o tym, dokąd nas prowadzi. I czy na pewno w tą stronę, w jaką chcemy pójść.