
Pani Halina Rojek jest dla mieszkańców warszawskiej Woli jak dobra sąsiadka: w jej warzywniaku można klucz zostawić, przechować paczkę. Zawsze porozmawia, uśmiechnie się, pomoże. Nikt tu nie wyobraża sobie, by zielony blaszak w połowie października – po 20 latach – tak po prostu zniknął. A tak wynika z zapis planu zagospodarowania. Trwają negocjacje – póki co pani Halina może zostać przy Siedzikówny 7 do końca roku.
Po gumowej podłodze blaszanego kontenera pani Halina Rojek depcze już 20 rok. Tyle czasu na warszawskiej Woli prowadzi mały warzywniak. – Można w sumie uznać, że to już zabytek – żartuje mąż pani Haliny. Czasami zastępuje ją za ladą, codziennie przywozi świeży towar.
Wszystko zaczęło się w 2000 roku. Oboje nie mieli pracy. – Ten lokal znalazłam w gazecie, zobaczyłam, że wcześniej był tam warzywniak. I tak zostało – zdecydowaliśmy, że i my się tym zajmiemy – uśmiecha się pani Halina.
I tak zielony blaszak od 56 lat stoi wciśnięty między niewielki blok a ciąg innych sklepów przy ulicy Danuty Siedzikówny "Inki" 7. I już na dobre, jak stare drzewo wrósł w krajobraz Woli. A miejscowi przychodzą tu nie tylko po warzywa czy owoce. O pani Halinie z czułością mówią "babcia Halinka".

Ktoś zagląda, żeby zapytać, co słychać. Starsza pani przynosi "Wyborczą", w której pisali o warzywniaku. – I pani Halinka tak ładnie wyszła – komplementuje.
– Jesteśmy jak rodzina. Ludzie są bardzo życzliwi i sympatyczni – rzuca pani Halina. W mroźne zimy nieraz klienci przynosili jej gorące zupy, ciepłe posiłki, bo nie wiedzieli, że na zapleczu ma kuchenkę.
– Za serce chwytało. Kiedyś taki pan Franek przyszedł, żebym wybrała mu największe śliwki, bo żona będzie robiła knedle. Lał deszcz. Patrzę, a za jakiś czas ten człowiek niesie mi pod parasolem te knedle. "Bo pani Halinka wybrała mu takie ładne śliwki" – wzrusza się.
Pani Halina jest dla mieszkańców Woli jak dobra sąsiadka: klucz można u niej zostawić, przechować paczkę. Zawsze porozmawia, uśmiechnie się, pomoże.
– Nie wyobrażam sobie, żeby tego sklepu i pani Halinki tu nie było – słyszę.
– Bez pani Halinki nie dalibyśmy sobie tutaj rady – krzyczy kobieta, która przyszła po warzywa. W pobliżu mieszka jej 90-letnia mama.
Murem za panią Halinką
Niedawno Halina Rojek dowiedziała się, że jej warzywniak 15 października musi zniknąć. A to za sprawą uchwalonego 11 lat temu – jeszcze za prezydentury Hanny Gronkiewicz-Waltz – planu zagospodarowania dla Ulrychowa.
Halina Rojek
– Nie chcemy usuwać stoiska "Pani Haliny", nie przeszkadza nam też jej działalność. Problemem jest dla nas to, że Zarząd Gospodarowania Nieruchomościami, z uwagi na zapisy planu miejscowego, nie może przedłużyć z nią umowy dzierżawy terenu. Taka umowa byłaby naruszeniem uchwały Rady Warszawy, czyli prawa nadrzędnego, którego wykonywanie jest obowiązkiem dzielnicy – wyjaśnia nam rzecznik prasowy dzielnicy Woli Mateusz Witczyński.
Tę wiadomość ze smutkiem i oburzeniem przyjęli mieszkańcy Woli. I wzięli sprawy w swoje ręce. Ruszyli do dzielnicowego ratusza. – Ludzie bardzo nam pomogli – wtrąca mąż pani Haliny.
Ona sama wylicza: – Jest odzew z Australii, Norwegii, Anglii. Wszyscy interweniują w naszej sprawie. Bardzo, bardzo dziękuję. Nie przypuszczałam, że będzie tak duże poruszenie.
A zaczęło się od facebookowego posta. W sobotę informację o zamknięciu warzywniaka wrzucił do sieci znajomy pani Haliny. Już w poniedziałek akcję protestu zorganizował aktywista i radny dzielnicy Warszawa-Śródmieście Jan Śpiewak.
Opublikował też zdjęcie pani Haliny i zaapelował na Twitterze: "Niedługo w stolicy będą same Biedronki i Żabki. Proszę Rafała Trzaskowskiego o cofnięcie decyzji i uszanowanie woli lokalnej społeczności, która chce, żeby warzywniak został".
Z pomocą przyszli też inni radni i dziennikarze – jako pierwsi z Radia Kolor. Wieść o zamknięciu warzywniaka poszła w świat. I trochę skruszyła urzędnicze serca.
Na Woli do końca roku
– Gdyby nie zaangażowanie ludzi, to musiałabym już tę budkę rozbierać. Musiałabym się powoli pakować – wzdycha pani Halina.
W czwartek spotkała się z urzędnikami w Zarządzie Gospodarowania Nieruchomościami. – Mogę zostać w tym miejscu do końca roku. Natomiast później urzędnicy będą szukali jakiegoś rozwiązania – mówi kobieta.

– Burmistrz zwrócił się do Rady o zmianę zapisów w planie zagospodarowania. Spotkaliśmy się też z panią Haliną, by porozmawiać o dalszych możliwościach funkcjonowania jej obiektu, przekazaliśmy jej też ofertę naszych lokali do wynajęcia i obiecaliśmy wesprzeć, gdyby zdecydowała się o nie wystąpić – informuje nas Mateusz Witczyński.
Sęk w tym, że pani Halina nie chce innego lokalu. – Widzi pani, jaki jest odzew w mojej sprawie. Ci ludzie o mnie walczą i teraz mam ich zostawić i uciec? Nie mogę tego zrobić – odpowiada.
A gdyby to był lokal w pobliżu? – Szczerze, nawet do tamtego budynku – wskazuje na pobliski blok – niektórym ludziom ciężko byłoby przyjść, bo poruszają się o kulach, a nawet o balkonikach. Tu jeszcze sobie przydrepczą – mówi z troską pani Halina.
Na koniec dodaje, że los jej sklepiku leży teraz w rękach Rafała Trzaskowskiego. – Niech przyjedzie i zobaczy, w jakim stanie jest ten mój obiekt. I niech zobaczy, że my tu żyjemy jak w rodzinie – dodaje.
