
Firmy transportowe zablokowały ulice w największych polskich miastach. Protest jest efektem obostrzeń wprowadzonych w związku z pandemią koronawirusa. Przewoźnicy uważają, że wpłynęły na spadek popytu na ich usługi. Narzekają też na brak wsparcia ze strony rządu.
REKLAMA
Pokojowy protest przewoźników rozpoczął się po południu w m.in. Warszawie, Krakowie, Wrocławiu, Białymstoku, Kielcach czy Katowicach. Kierowcy prowadzą swoje autokary bardzo wolnym tempem - nie blokują więc dosłownie ulic, ale zdecydowanie utrudniają ruch.
W stolicy około godz. 15:00 sznur kilkudziesięciu pojazdów pojawił się na prawym pasie al. Ujazdowskich, tuż obok Kancelarii Premiera. Protest trwał mniej więcej dwie godziny.
"Prowadzone przez nas przedsiębiorstwa praktycznie w jeden dzień zostały pozbawione przychodów. Rodzinne firmy przewozowe, budowane niejednokrotnie przez wiele pokoleń, oparte wyłącznie o polski kapitał, dzisiaj bankrutują" – mówią cytowani przez TVN24 przewoźnicy.
Przewoźnicy przyznają, że przez obostrzenia sanitarne w Polsce i Europie, a także obawy społeczne, popyt na ich usługi zanikł. Wyliczyli, że spadek przychodów w branży transportowej waha się od 75 do nawet 100 procent.
Dodają, że firmy leasingowe rozpoczęły windykację przewoźników. "Parkingi są pełne odebranych autokarów. Zaczął się prawdziwy dramat wielu polskich rodzin. Dotyczy to ok. 100 000 osób związanych z branżą: pracowników, rodzin i samych przewoźników" – mówią przewoźnicy. Narzekają też na brak wsparcia ze strony rządu, pomimo prób nawiązania dialogu.
Czytaj też: Niedługo po mieście pojedziemy tylko własnym autem. Koronawirus wykańcza usługi transportowe
źródło: tvn24.pl
