
W swojej pracy uciekali się do różnych metod. Dla byłych SS-manów nie mają litości. Jeden z najbardziej znanych łowców przyznaje w wywiadach, że modli się o zdrowie dla nazistowskich zbrodniarzy. Po to, by można było ich złapać, a potem osądzić. Nawet jeśli dawni oprawcy mają po 90 lat.
Potocznie przyjęło się mówić o nich "Łowcy Nazistów". Brzmi atrakcyjnie? Być może, ale ich praca przypomina, w gruncie rzeczy, zwykłą pracę detektywistyczną. Z jedną, zasadniczą różnicą: tropią szczególny gatunek zbrodniarzy.
– Kto popełnił ludobójstwo, kto pomagał wysłać na śmierć niewinnych ludzi, nie ma prawa umrzeć w pokoju – twierdził najsłynniejszy "łowca" Szymon Wiesenthal w archiwalnych nagraniach dla Rozgłośni Polskiej RWE. Kilka dni
Szymon Wiesenthal
Łowca nazistów
temu najprawdopodobniej umarł na wolności kolejny nazista, którego powinna była dosięgnąć sprawiedliwość: Aribert Heim, znany również jako "Dr Śmierć".
Polowanie w Argentynie Heim, wedle plotek, miał mieszkać przez wiele lat w Egipcie. O jego śmierci donoszono już kilka razy, ale nie były to informacje potwierdzone. Cztery dni temu o śmierci "doktora" poinformowała "Operacja Ostatnia Szansa", należąca do innego znanego łowcy nazistów: Efraima Zuroffa.
Po zakończeniu II wojny światowej wielu hitlerowskich oprawców uciekło do Ameryki Południowej. Byli to szefowie obozów koncentracyjnych, ich nadzorcy i inne osoby, które pełniły wysokie funkcje w hierarchii III Rzeszy. Według rozmaitych źródeł tylko do Argentyny mogło uciec około 5 tysięcy nazistów bezpośrednio lub pośrednio odpowiedzialnych za wojenne zbrodnie.
Narkotykowe porwanie Jednym z najsłynniejszych SS-manów, którzy wyjechali do Argentyny, był Adolf Eichmann. Wśród Żydów budził on wyjątkową odrazę: był bowiem koordynatorem i wykonawcą planu "Ostatecznego Rozwiązania Kwestii Żydowskiej". Czyli, w skrócie, odpowiadał za masowe mordowanie Żydów. Eichmann swoją rodzinę po wojnie
Szymon Wiesenthal
Łowca nazistów
ulokował w Austrii, a sam uciekł do Argentyny z pomocą biskupa Alois Hudala.
By go złapać, Wiesenthal i Mossad – wówczas nowo utworzona służba specjalna w Izraelu – musieli przeprowadzić żmudne śledztwo. Wiesenthal tropił ślad żony Eichmanna, o której pojawiały się notki prasowe w austriackich gazetach. Mossad zaś, zupełnie przypadkiem, trafił na ślad w Argentynie. Nieostrożny syn Eichmanna "puścił farbę" w domu swojej narzeczonej, a jej ojciec po prostu wysłał o tym informację do Niemiec.
Po wieloletnim śledztwie, trwającym – w przypadku Wiesenthala – od 1950 roku, łowcy i Mossadowi udało się zebrać odpowiednio dużo informacji, by złapać Eichmanna. Wysłana do Argentyny ekipa ustaliła miejsce zamieszkania zbrodniarza, jego plan dnia i codziennie nawyki. Kluczowym momentem był powrót nazisty z pracy do domu. Pokonywał on wówczas spory kawałek drogi opustoszałą ulicą. Tam zaczaili się na niego agenci Mossadu. Po przepychance obezwładnili go, związali i wsadzili do samochodu. Następnie przewieziono go do ukrytego lokalu, odurzono narkotykami i wywieziono do Izraela. Tam, po głośnym procesie, został skazany na karę śmierci, wykonaną w 1962 roku.
Nazista, narkoboss Innym słynnym zbrodniarzem, odkrytym przez łowców nazistów, był Klaus Barbie, SS-man i gestapowiec znany jako "Rzeźnik z Lyonu". W tym właśnie mieście przebywał w 1942 roku jako szef gestapo i, jak mu później udowodniono, był odpowiedzialny za śmierć około 14 tysięcy ludzi.
Złapanie Barbie'ego było jednak o wiele prostsze, niż Eichmanna. Gestapowiec po wojnie pracował bowiem dla wywiadów USA i Wielkiej Brytanii, a gdy nie był im już potrzebny, w 1955 roku wyjechał do Ameryki Południowej. Tam ostatecznie wylądował w Boliwii, gdzie udało mu się wspiąć wysoko w hierarchii społecznej. Przyjął nazwisko Altmann i żył jak bogaty biznesmen, a zajmował się transportem. Według niektórych źródeł pomagał też tajnej boliwijskiej policji oraz był bossem mafii narkotykowej.
Zobacz też: "Kaci Hitlera" to nie tylko Niemcy. Christopher Hale o "brudnym sekrecie Europy" [wywiad]
Przez to, że pracował dla wywiadów i żył niezbyt skromnie, Barbie był łatwy do wykrycia. Znalazła go Beate Klarsfeld, francuska łowczyni nazistów (współpracowała z mężem, Serge Klarsfeldem) w 1971 roku. I nie musiała w tym celu nawet nigdzie jechać, bo wszystkie niezbędne informacje o losach Klausa Barbie znalazła w niemieckich aktach wymiaru sprawiedliwości. Następnie pojechała do Boliwii i przykuła się do ogrodzenia domu nazisty, aby nagłośnić sprawę. Nie dało to oczekiwanych rezultatów. Sam Altmann vel Barbie zaprzeczał oskarżeniom pani Klarsfeld. Barbie został aresztowany dopiero w 1983 roku, gdy zmieniła się władza w Boliwii – nowa już nie chciała kryć zbrodniarza i wydała go Francuzom. Nie spotkał go jednak taki los, jak Eichmanna – we Francji, po wielu latach czekania, został skazany na więzienie i zmarł na raka dopiero w 1991 roku, w więziennym szpitalu w Lyonie.
Tysiące złapanych Takich historii, jak Barbie'ego i Eichmanna, są tysiące. Efraim Zuroff, łowca nazistów i autor książki o takim tytule, sam złapał ich co najmniej 2884 – jak przyznał w wywiadzie dla "Newsweeka" w 2010 roku. Również Wiesenthal, który po złapaniu Eichmanna założył Żydowskie Centrum Dokumentacji, przyczynił się do postawienia przed sądem około tysiąca zbrodniarzy.
Efraim Zuroff
Łowca nazistów
Łowcy nazistów w wywiadach twierdzili, że nie chodzi im o zemstę, a o sprawiedliwość. Większość wytropionych nazistów było, w momencie złapania, starymi ludźmi. Skazany został nikły procent, wielu z nich umarło przed wyrokiem. Mimo to Zuroff nie uważa tego za zmarnowany wysiłek.
Eraim Zuroff
Łowca nazistów
Najsłynniejsi To właśnie Zuroff, Wiesenthal i Karlsfeld są najbardziej znanymi "łowcami nazistów". Zanim jednak dochodziło do spektakularnych zatrzymań, Wiesenthal i
Szymon Wiesenthal
Łowca nazistów
mu podobni wykonywali bardzo żmudną i trudną pracę.
Łowy bowiem polegały głównie na przekopywaniu się przez akta w różnych państwach. Często dotarcie do nich było trudne, bo chroniły je służby specjalne danych krajów. Zuroff, już w 1986 roku, wynalazł prostszą metodę: sprawdzał podania emigracyjne osób ubiegających się o wyjazd z Europy. Z pozoru "najefektowniejszą" pracę, czyli bezpośrednie złapanie, wykonywał zazwyczaj Mossad lub po prostu państwowe władze – tak jak w Boliwii. De facto więc "łowienie" polegało głównie na tropieniu, i to nawet nie bezpośrednim.
Co więcej, polowania na nazistów nierzadko kończyły się fiaskiem. Sam Zuroff we wstępie do swojej książki pisze: "To nie jest przyjemna książka. Opowiada głównie o niepowodzeniach: zbrodniarzach, których nie chciano aresztować, których nie udało się odnaleźć, którzy zmarli, zanim dosięgła ich ręka sprawiedliwości".
Czytaj też: Pisała, że Polacy wymordowali miliony Żydów. Teraz prześladują ją "antysemiccy hejterzy"
Co teraz z łowcami? Nie zmienia to jednak faktu, że Zuroff jako łowca nazistów się nie poddaje i zachęca do informowania o potencjalnych zbrodniarzach. Choć trudno mu ścigać się z czasem, który nieubłaganie zabiera kolejnych SS-manów i gestapowców. Ostatnio właśnie Zuroff zarzucił poszukiwania wspomnianego wcześniej Ariberta Heima, o którego śmierci doniosła kilka dni temu organizacja "Operacja Ostatnia Szansa", prowadzona przez Zuroffa.
Za kilka lat, prawdopodobnie, łowcy nazistów zostaną bez pracy. Hilterowscy zbrodniarze po prostu wymrą z przyczyn naturalnych. Wiesenthal zadbał jednak o to, by o mordercach nie zapomniano. Już w 1977 powołano Centrum im. Wiesenthala, która przechowuje pamięć o Holokauście.
