Ostatni tydzień zdominowały opary smoleńskiej mgły, kolejne wypowiedzi, wywiady, ekshumacje, które spowodują nie tylko nowe pogrzeby, lecz także odszkodowania, jakie będzie musiało znów zapłacić państwo. A państwo, proszę szanownych państwa - moich czytelników, to my! Państwo Kowalscy, Nowakowie, różni panowie i różne panie, my wszyscy będziemy musieli wybulić kasę. Czy stąd wzięło się nagłe i bolesne przebudzenie niektórych bliskich i dalszych krewnych ofiar, którzy wcześniej nie zgłaszali zastrzeżeń?

REKLAMA

Państwo jako instytucja nie ma nic swojego, ma tyle ile my jej zapłacimy w podatkach, watach tudzież różnych innych opłatach. Z tego jedynie może zapłacić za „krzywdy moralne” jakie wyrządził nam wszystkim los, ten niepotrzebny lot i lądowanie, które nie powinno mieć miejsca przy tych warunkach i na takim lotnisku. To się nigdy nie skończy, zaraz miesięcznica, potem Wszystkich świętych, Zaduszki i tak jak już pisałam, pogrzeby, pogrzeby, nieustający kondukt.

W tym zapachu prochu, ciągłym rozważaniu ile kilogramów ważyła skrzynia z kawałkami ciał, kto był cały a kto nie, ledwo przebiła się sto siedemdziesiąta ósma sensacja i siódma przemiana osobowości, jaką zgotował nam prezes Jarosław Kaczyński. W ciągu dwóch dni był: raz spokojnym uczestnikiem debaty gospodarczej, i prawie natychmiast mówcą wiecowym. Sensacją miało być przedstawienie kandydata na premiera, jakiegoś wyimaginowanego rządu technicznego, zwanego dalej pozaparlamentarnym.

Prof. Piotr Gliński i Jarosław Kaczyński

Karkołomnym tym tworem miałby dowodzić prof. Piotr Gliński. Nie będę mówiła, że przeszkadza mi to, że nikt go nie zna, bo to może i lepiej. Zdziwienie moje wzbudziło zachowanie prezesa i jego świty. Po przedstawieniu profesora z nazwiska prezes Kaczyński oraz jego dwaj przyboczni, Hofman i Błaszczak po prostu wyszli z sali otoczeni rosłymi ochroniarzami. Za nimi ruszyła chmara reporterów, bo przecież prawdziwą gwiazdą jest Kaczyński, a nie nikomu nieznany profesor. Kindersztuba kazałaby siedzieć PiSowcom na tyłkach podczas przedstawiania programu. Dobre wychowanie tak by nakazywało, jednak gra, w którą grają politycy kieruje się swoimi, całkiem niezrozumiałymi prawami. Co mógł zrobić biedny profesor – nie – premier? Mógł pokazać im gest Kozakiewicza i wyjść za prezesem. Chociaż jak ktoś idzie na współpracę z gwiazdą, musi być gotowy znosić jej kaprysy, a gwiazda prezesa wciąż świeci jasno.

Najśmieszniejszy jednak był były premier Marcinkiewicz, kiedyś gwiazda, dziś już chłodny meteoryt, bohater Pudelka, który ubolewał nad nikomu nieznanym, wyciągniętym z kapelusza profesorem Glińskim. Nie pamiętał wół, jak cielęciem był – mógłby powiedzieć kolejny zaproponowany – tym razem przez Ziobrzystów - premier, miłośnik przysłów Tadeusz Cymański. My pamiętamy, że nikomu wcześniej nieznany, pan Marcinkiewicz też został wyjęty jak królik z cylindra magika Jarosława.