
Crazy plant lady, roślinkowa mama, rośliniara... Określeń jest sporo, ale wszystko sprowadza się do jednego: miłości do roślin doniczkowych. Ta nie polega na posiadaniu kilku przypadkowych okazów, które czasem się podleje, ale na hodowaniu w swoim domu roślinnej dżungli. Rośliniary i rośliniarze (bo i mężczyźni kochają te cuda natury) gromadzą w swoich mieszkaniach kilkadziesiąt roślin, którym poświęcają większość wolnego czasu. To styl życia, który nie każdy rozumie.
Skrzydłowiat, aglaonema, zielistka, łosie rogi, kalatea, lampion chiński, pieniążek, sansewieria, chamedora... Niektórym te słowa nic nie mówią, ale dla rośliniar i rośliniarzy są jak miód na języku. Nazwy roślin doniczkowych mają w małym paluszku.
Asia i jej chłopak Marcin zgromadzili na przestrzeni 57 metrów kwadratowych blisko 70 roślinnych okazów, Aneta obsesyjnie zazielenia mieszkanie, a Natalia nadaje roślinom imiona i wierzy, że lepiej rosną, gdy z nimi rozmawia. Oto crazy plant ladies i crazy plant guys, roślinkowe mamy i tatusiowie, rośliniary i rośliniarze. Niektórzy zbierają znaczki, oni zbierają rośliny.
Miejska dżungla
– Mam bzika na punkcie roślin, odkąd na osiemnaste urodziny dostałam od rodziców monsterę deliciosę – zaczyna swoją opowieść Asia.
– Powolutku zaczęłam gromadzić coraz więcej roślin w domu. Gdy zaczęłam randkować z moim obecnym chłopakiem Marcinem, okazało się, że on też uwielbia rośliny. Pamiętam, że w jego mieszkaniu roiło się od papirusów i często w prezencie dawał mi roślinki do wyhodowania z pestek – na przykład cytrynę, która do dzisiaj rośnie nam na parapecie – wspomina.

Kiedy Asia postanowiła zamieszkać z Marcinem, każde z nich przeniosło do nowego lokum swoje rośliny. Wyszło ich ze 40, teraz jest ich 70.
Jakie rośliny mają? Wszelkiej maści. – Od palmy kokosowej, sansevierii mettaliki, zroślichy aż po kroton, niedośpian, figowca i kalate... Jest tego dużo, dużo więcej – kończy wymieniać i podkreśla, że nie nadaje im imion. – Tylko moją monsterę dziurawą określam mianem "królowej wśród roślin" – mówi z dumą o swoim pierwszym "roślinnym dziecku".
Rośliny są w domu Asi i Marcina... wszędzie. – Stoją na kwietnikach, na podłodze, na parapecie, na półkach z książkami, na biurku. Wszędzie tam, gdzie może być słońce. Te, które wolą półcień lub miejsca mniej oświetlone stawiam z kolei gdzieś na tyłach pokoju – opowiada.
To już miejska dżungla? Bez wątpienia. – Tak, czuję się jak w dżungli, ale chyba się do tego już przyzwyczaiłam, bo czasem tych roślin nawet nie zauważam. Stały się już stałym elementem domu – uśmiecha się.
Ucieczka w rośliny na kwarantannie
Moda na rośliny wśród młodych ludzi trwa w najlepsze, chociaż niektórzy burzą się na samo słowa "moda". – Moda może być na spodnie dzwony albo kolor żółty, natura zawsze jest w modzie – twierdzi na przykład Natalia. I trudno się z nią nie zgodzić.
Nie da się jednak ukryć, że w ciągu ostatnich lat "roślinomania" urosła na sile, co widać po wciąż rosnącej ilości książek, blogów i kanałów na YouTube, sklepów z roślinami online (tak, rośliny można w wielu miejscach spokojnie kupować przez internet!), roślinnych profilów na Instagramie czy grup na Facebooku o roślinach.
– Wydaje mi się, że obecnie rośliny są po prostu łatwiej dostępne niż kiedyś – próbuje rozwiązać zagadkę "mody" na rośliny Asia. I faktycznie są: w sklepach ogrodniczych, dyskontach, centrach handlowych, targowiskach, w internecie...
Jednak rok temu, podczas pierwszego lockdownu, roślinomania poszybowała w górę jak szalona. Ludzie siedzieli w domach, więc zaczęli zazieleniać swoje mieszkania i grzebać w ziemi. Tak właśnie rozpoczęła swoją przygodę z roślinami Natalia, która po przeprowadzce "na swoje" nie myślała początkowo o domowej dżungli.
– W moim domu rodzinnym były zawsze rośliny, ale ja sama nie przywiązywałam do nich większej wagi. Mama stawiła mi jakieś roślinki w pokoju, a ja notorycznie zapominałam o ich podlewaniu – śmieje się.
Kiedy Natalia zamknęła się w mieszkaniu z powodu koronawirusa, nagle zaczęło jej brakować natury, a mieszkanie wydawało się puste. – Miałam dwie doniczki z przypadkowymi okazami, a za oknem bloki i beton. Podczas lockdownu zaczęłam się dusić, zwłaszcza że pochodzę z dość zielonej okolicy. Zdałam sobie sprawę, że widoku za oknem nie zmienię, ale mogę zmienić moje M4. Odkryłam, że rośliny mogę kupować na Allegro i... tak to się zaczęło – mówi. Teraz ma 35 "doniczek".
Natalia nie jest odosobniona w chęci odcięcia się zielenią od wielkiego miasta za oknem. Zdaniem Alice Vincent, brytyjskiej dziennikarki, która pisze o miejskiej dżungli w dzienniku "The Telegraph" i prowadzi roślinne konto na Instagramie @noughticulture, młodzi ludzi, szczególnie mieszkający w dużych miastach, uciekają w rośliny, bo mają dość betonu i smogu. Wracają do korzeni.
Vincent pisze w swojej książce "Mowa roślin" (w 2020 roku wydanej w Polsce):
Pokolenie millenialsów – do którego sama należę – garnęło się do tego bezmiaru szarości, szkła i stali, by mieszkać w fatalnych warunkach i konkurować o prace w branżach okaleczonych przez kryzys. (...) Wybudowaliśmy wysoki mur pomiędzy nami a innymi istotami żywymi, z którymi dzielimy przestrzeń. Przestaliśmy dostrzegać roślinność wokół nas, obojętni na moc i przeznaczenie różnych gatunków zieleni, których nie umieliśmy już nazwać. Nie my pierwsi: od wielu pokoleń ludzie uciekają z idyllicznej wsi swojego dzieciństwa ku ekstrawaganckiemu splendorowi miast. Prędzej czy później, Natura sama się o nas upomina i z czasem zmierzamy ku kojącej zieleni.
Z diagnozą Vincent zgadza się Asia, która uwielbia być blisko natury i "babrać w ziemi". – Pielenie grządek na działce na Mazurach niesamowicie mnie odpręża i chyba tęsknię za tym w mieście – stąd mam tyle roślin. Dla mnie zielone mieszkanie jest po prostu uspokajające – zdradza.
Miłość do roślin w genach
Roślinności – w przeciwieństwie do wielu millenialsów z miast, o których pisze Alice Vincent w "Mowie roślin" – nie przestała dostrzegać wokół siebie Aneta. Śmieje się, że miłość do roślin ma we krwi i w genach, bo wychowała się wśród roślin.
– Przyzwyczaiłam się do tego, że rośliny zawsze były w moim życiu. Gdy byłam dzieckiem, mieszkałam z rodziną w małym, ale bardzo gorącym mieszkaniu. Wszystkie rośliny rosły tam jak szalone. Mieliśmy prawdziwą dżunglę! Już jako dziecko mama uczyła mnie dbać o rośliny, wpajała mi ich nazwy. Myślę, że to zostało mi zaszczepione, bo nie wyobrażam sobie domu bez roślin – opowiada.
"Gen roślinny" był u Anety tak silny, że jako dziecko miała naturę botanika. Brała do ręki kwiat, rozbierała go, sprawdzała, z czego się składa: gdzie jest słupek, gdzie pręciki.

– Miałam duszę naukowca, po czym moje zainteresowania przeszły w kierunek humanistyczny. Miłość do roślin, do ich uprawy nadal mi jednak pozostała – uśmiecha się. Jednak nie obyło się bez przeszkód na roślinnej drodze. U Anety ta przeszkoda nosiła nazwę... kot.
– Kiedyś miałam tyle roślin, że nie mogłam upchać nawet odnóżki. Potem przez mojego kota, który gryzł rośliny, musiałam oddać wszystkie rośliny w dobre ręce i przez długi czas nie miałam nic. Potem za namową przyjaciółki zaczęłam od nowa hodować moją dżunglę, bo zdałam sobie sprawę, że nie wszystkie rośliny są trujące dla zwierząt i jest wiele gatunków, które są dla nich absolutnie bezpieczne – tłumaczy.
Teraz hoduje swoją dżunglę od początku. – Mam duże mieszkanie i dużo miejsca, więc jestem w trakcie budowania roślinnego imperium. To jest rzecz, która naprawdę niesamowicie mnie relaksuje. Fantastycznie jest się móc czymś zaopiekować. Dla mnie rośliny nadają w domu klimat i dają spokój. Nie wyobrażam sobie, żeby znowu ich zabrakło w moich czterech kątach – wyznaje.
Hejterzy i mądrale
Świa roślinomaniaków nie jest usłany różami. I wcale nie chodzi tutaj o przeprawy z roślinami, którym a to za wilgotno, a to za sucho, a to ciemno, a to za jasno. Chodzi o... ludzi.
Asia nie ukrywa, że w świecie rośliniar i rośliniarzy jest dużo fanatyków. Nie trudno ich znaleźć – wystarczy wejść na dowolną grupę na Facebooku, o czym zresztą pisaliśmy w artykule pod wiele mówiącym tytułem: "Ten nawóz może pani sobie wsadzić w d...". Grupy fanów roślin na Facebooku to ostatni krąg piekła".
– Roślinkowe mamy to trochę faszystki. Na roślinnych grupach oceniają, krytykują, krzyczą. Ja wychodzę z założenia: "niech pierwszy rzuci kamieniem ten, kto nigdy nie zabił swojej rośliny" – mówi.
Czytaj także: "Niektóre rośliny podsłuchują inne". Ta para ma w domu prawdziwą dżunglę i zna większość sekretów roślin
Podobnego zdania jest Natalia. – Na początku traktowałam grupy na Facebooku jako źródło wiedzy. W końcu zrzeszają ludzi, którzy uprawiają rośliny od lat i wiedzą o nich wszystko. Spotkałam się jednak z taką falą hejtu, że szybko stamtąd uciekłam – opowiada.
Zresztą nie tylko grupy na Facebooku są problematyczne. – Miłość do roślin u młodych ludzi nie jest już niby niczym dziwnym, jednak wciąż zdarzają się ludzie, którzy zupełnie tego nie rozumieją. Kiedyś w rozmowie z koleżanką nazwałam się dla żartów roślinną mamą, a ona... naskoczyła na mnie, że jak chcę być mamą, to żebym "zrobiła sobie" dziecko, bo to ona jest mamą, nie ja. Zatkało mnie, bo przecież to tylko powiedzenie – dziwi się Natalia.
I dodaje: – Z drugiej strony opieka to opieka, a nie da się ukryć, że poświęcam na opiekę nad roślinami dużo czasu. Martwię się, gdy zachorują albo za wolno rosno, odżywiam je... Lubię rozmawiać z moimi roślinami, bo – zabrzmię tutaj jak dziwaczka – mam wrażenie, że szybciej wtedy rosną. Niektóre moje rośliny mają nawet imiona – opowiada i dodaje ze śmiechem: – Mama to mama, obojętnie kogo albo czego.
Jak opiekować się roślinami?
Crazy plant lady wcale nie jest szalona! Po prostu... szaleńczo dba o rośliny. A przynajmniej się stara – jak Natalia.
– Nie jest łatwo, bo mam mieszkanie od północnego-wschodu, a większość słońca – którego i tak jest jak na lekarstwo – zabierają mi sąsiednie bloki. Na szczęście są rośliny, które uwielbiają półcień i cień, ale i one czasem mają swoje humory – żali się.
Podkreśla, że nauka czyni mistrza – w pielęgnacji roślin jest coraz lepsza. – Wcześniej działałam "na czuja". Byłam w tym – sic! – zielona. Teraz maniakalnie uczę się opieki nad roślinami: z książek czy wideo na YouTube – przyznaje.– Wiem już, jak mieszać odpowiednie podłoże dla każdego gatunku, co ile dni nawozić rośliny i że nie powinnam trzymać palm w szerokich donicach. A przede wszystkim wiem już, że nie mogę przesadzać z miłością – przestałam lać roślinom aż tyle wody – śmieje się. I dodaje: – Najważniejsze to prostu wiedzieć, czego potrzebuje dany gatunek.
Asia, która wraz z chłopakiem ma gromadkę liczącą 70 doniczek, nie ukrywa, że opieka nad roślinami jest w jej przypadku czasochłonna. – A najgorsze w tym wszystkim jest to, że czasem zapominasz o tym, kiedy dana roślina była podlewana. Zresztą każda z nich wymaga innej ilości wody i innej pielęgnacji. Nawożeniem zajmuje się mój chłopak i dla niego to jak pstryknięcie palcem – mówi.
Nie obyło się bez tragicznych roślinnych zgonów. – Zabiłam raz moją kawę arabską. Wierzchnie liście strasznie się przesuszyły i zaczęły odbierać światło słoneczne żywym liściom. Mój chłopak zabił ostatnio dopiero zakupionego filodendrona, którego liście... wciągnął odkurzaczem – dzieli się.
Z kolei Aneta, który roślinomanię ma w genach, podchodzi do roślinnej opieki bardziej na luzie. Roślinnych porażek na razie nie odnotowała.
– Opieka nie zajmuje mi dużo czasu, zazwyczaj staram się podlewać rośliny, gdy mam jakieś wolne pięć minut. Nie robię tego regularnie, nie mam zapisanej daty w kalendarzu. Czasem pamiętam, czasem zapomnę, ale mam takie egzemplarze, o których mogę na chwilę zapomnieć – wyjaśnia.
– Działam raczej intuicyjnie – mówi. I zastanawia się: – Trudno jednak powiedzieć, czy to intuicja, bo dziecka uczono mnie dbać o rośliny: kiedy się je podlewa, przesadza, podcina. Może to bardziej wiedza? Jednak gdy roślinie zaczyna coś się dziać, od razu próbuję szukać przyczyn w internecie.
Roślinny zakupoholizm
Rośliniary na brak roślin nie narzekają, ale to wcale nie oznacza, że przestały poszerzać swoje kolekcje. Niektóre kupują rośliny, inne błagają o szczepki znajomych, jeszcze inne wymieniają się okazami na Facebooku.
Zakupoholizm? Natalia nie ma wątpliwości. – Nie mam skrupułów. Kupuję nowe okazy, a gdy ich nie kupuję... robię listę gatunków, o których marzę. Śni mi się figowiec sprężysty, ale niestety to trujący i spory okaz, a mam kota – mówi ze smutkiem.
Do zakupoholizmu przyznaje się również Aneta. – Należę do kilku grup na Facebooku, w których inni miłośnicy roślin informują o promocjach albo dostawach nowych okazów w dyskontach. To niesamowicie nakręca. Zaglądasz na FB, widzisz, że ktoś kupił roślinę, o której marzysz w atrakcyjnej cenie i masz ochotę rzucić wszystko i po nią biec – śmieje się.
– W Biedronce mozna znaleźć roślinne perełki w bardzo okazyjnych cenach, więc żal nie skorzystać – wtrąca Asia i dodaje, że w marketach budowlanych na dziale ogrodniczym zawsze stoją metalowe półki z umierającymi roślinami. – Uratowaliśmy tak z chłopakiem jedną jukę i paprotkę – mówi z dumą.
Jednak Asia chwilowo mówi "dość". – Na razie przestałam kupować rośliny. Skończyłam na palmie kokosowej. Trochę się ich już zgromadziło – zapewnia. I zastanawia się: – Ciekawe ile wytrzymam?
