Kibice świetni się bawili podczas meczu Brazylia - Japonia
Kibice świetni się bawili podczas meczu Brazylia - Japonia fot. Mieczysław Michalak / Agencja Gazeta

Z jednej strony piłkarska reprezentacja Brazylii. Potęga. Z drugiej - silna Japonia. Po raz pierwszy w historii mecz takich zespołów odbył się w Polsce. We Wrocławiu, we wtorek. Brazylia wygrała 4:0, ale nie sam mecz, nie sam wynik są najważniejsze. Ważniejsze pytanie brzmi: czy tego typu imprezy mogą być częściej organizowane w Polsce? I w jakim stopniu ważne jest zarobienie na nim, a w jakim sam wizerunek?

REKLAMA
Mecz piłkarskiobfitował w emocje. Ale już przed nim w mediach pojawiały się kontrowersje. Powtarzano stwierdzenie, że miasto straciło na tym nawet 2 miliony złotych. Czy jednak nie należy patrzeć bardziej perspektywicznie?
Miasto straciło miliony
Sprawę rzekomych strat poruszył Michał Janicki, niedawno odwołany wiceprezydent Wrocławia. W rozmowie z "Gazetą Wyborczą" stwierdził: "Zdecydowanie sugerowałem Dutkiewiczowi (prezydentowi Wrocławia - red.)- i są na to dokumenty - aby odwołać ten mecz, co uchroniłoby miasto przed kolejnymi poważnymi stratami finansowymi. Prezydent podjął inną decyzję, ryzykując według mnie nawet dwa miliony złotych straty".
Czy jednak tak właśnie powinno się podchodzić do tego typu inwestycji? Dzwonię do Michała Sieczko, prezesa SYSKO SportMarketing i pytam, jak ocenia wypowiedź Janickiego. - Nie jestem w stanie ocenić samego bilansu imprezy. To powinno być poruszone na samym początku. Ale już jakiś czas po wszystkim opinia publiczna powinna się o wszystkim dowiedzieć. Jeżeli miasto zarobi, inne ośrodki zobaczą, że warto podążać tą drogę. Jeżeli wyjdzie na zero, trzeba będzie usiąść i nad wszystkim się zastanowić - tłumaczy Sieczko w rozmowie z naTemat. Na razie wiemy tyle, że na trybunach zasiadło ok. 30 tysięcy widzów. Nie jest to komplet.
Skrót meczu Brazylia - Japonia:

Bartosz Skwiercz jest dyrektorem komunikacji i marketingu w Lechu Poznań. - To jest precedens, bo o meczach towarzyskich zwykło się mówić, że nie są istotne, nie cieszą się dużym zainteresowaniem i trudno zapewnić na nich frekwencję. Podam przykład. Ostatnio w Poznaniu zorganizowaliśmy mecz Lecha z niemieckim HSV. Przyszło kilkanaście tysięcy osób. Kilka dni później na mecz kilka dni później z Piastem Gliwice wybrało się jednak więcej osób, bo to był mecz o stawkę, o punkty, a za tym były sportowe emocje - opowiada.
Oni grają w siatkę?
Czy aby na pewno Polska żyła meczem Brazylii? - Brazylia z Japonią? W co oni grają? W siatkówkę? A, to mecz piłkarski. Nawet nie wiedziałam, że takie coś ma miejsce. W mediach jest tylko Polska i Anglia, Polska i Anglia - usłyszałem we wtorek koło południa od koleżanki, która dosyć interesuje się sportem.
- Rzeczywiście, rozegranie tego meczu akurat tego dnia, gdy Polska gra z Anglią, to błąd. Ale z drugiej strony Brazylia już od tygodnia była we Wrocławiu na zgrupowaniu, gdzie przyciągała uwagę mediów. I polskich, i rodzimych, i tych japońskich, które do Polski przyleciały za swoją kadrą. Jest takie coś jak wizerunek naszego kraju, miasta Wrocław, kształtowany przez przekazy medialne na całym świecie. A to jest coś, co ciężko przeliczyć na konkretny zarobek - tłumaczy Skwiercz.
Zgadza się z nim Sieczko, mówiąc: - Powinno się też patrzeć na czynnik popularyzacyjny. A pod tym względem to jest świetny projekt. W Polsce zagrają najlepsi piłkarze świata, młodzi ludzie będą mogli zobaczyć, jak wygląda prawdziwa piłka nożna - mówi Sieczko. Zresztą już kilka dni temu, gdy Brazylijczycy pojawili się we Wrocławiu, zamieszanie przed hotelem było ogromne. Tłum młodych ludzi, z kartką i długopisem, czekających na autograf swojego idola.
Piotr Kasprzyk jest redaktorem naczelnym serwisu sportmarketing.pl. Jego zdaniem największą korzyść z meczu odniesie miasto. A cały kraj już niekoniecznie. - Wrocław wizerunkowo powinien na tym zyskać. Brazylijskie media dużo pisały o mieście, poza tym sama transmisja będzie tam w dobrym czasie antenowym. Sama Polska zyska raczej niewiele. Choć nasz kraj wysyła w świat sygnał. Coś w stylu: "Patrzcie, jesteśmy tutaj gotowi na duże rzeczy".
Dajmy mu trzy, cztery lata
Z Kasprzykiem zgadza się Robert Pietryszyn, prezes zarządzającej obiektem spółki Wrocław 2012. W rozmowie dla "Gazety Wyborczej" stwierdził: "Ale stadion nie jest maszynką do robienia pieniędzy! To jest instytucja, za pomocą której należy promować miasto, przyciągać do niego wielkie wydarzenia, wielki biznes. Stadion ma spełniać potrzeby społeczne, to obiekt miastotwórczy". Dodał, że aby taki stadion mógł na siebie zarabiać, muszą minąć trzy, cztery lata.
Robert Pietryszyn,
z wywiadu dla "Wyborczej":

Po pierwsze, z tą rozrywką i pewnymi zyskami z niej to nie jest do końca prawda. Na stadionach odbywają się różne przedsięwzięcia i różne są ich wyniki finansowe. W USA do organizacji finału niezwykle popularnej ligi uniwersyteckiej miasta potrafią dołożyć kilkanaście milionów dolarów. Po drugie, mówiłem już kiedyś, że aby nasz stadion zarabiał na siebie, potrzeba trzech, czterech lat, i to podtrzymuję. Po trzecie, zarówno impreza na stadionie, jak i wydarzenie w teatrze są dla ludzi dostępne. Nie ja decyduję o tym, że widzowie chętnie przychodzą do nas. Ja mogę zrobić wszystko, by robili to w jak największej liczbie.


Mecz został pokazany w 125 krajach. Sieczko: - To naprawdę dużo. Niełatwo dzisiaj znaleźć imprezy, które są relacjonowane w większości państw świata. Mam tylko nadzieję, że odpowiednio zostanie pokazany sam Wrocław, jako ciekawe miasto, z wieloma atrakcjami. Opłaca się to zrobić zwłaszcza na początku, zanim drużyny wybiegną na boisko.
Mówił mi to jeszcze przed meczem. Kolega transmisję oglądał od samego początku. Wrocławskich zabytków nie widział. Jakiejś panoramy miasta, pokazanej chociażby z lotu ptaka, też sobie nie przypomina.
Nie mówi się na razie o tym, by w Polsce miały pojawić się podobne inicjatywy. Poznań już wcześniej starał się zorganizować u siebie mecz towarzyski Polska - Irlandia. Póki co nie wyszło. Obie drużyny, owszem, zmierzą się, ale w Dublinie. - Szkoda, że nie udało się tego przeforsować. Wszyscy pamiętamy w Poznaniu niesamowitych irlandzkich kibiców. Myślę, że oni też pamiętają Polskę i jakieś 5-6 tysięcy z nich z chęcią wróciłoby do Poznania nawet na mecz towarzyski. Będziemy jeszcze o to walczyli w kolejnych latach - kończy Skwiercz.