Wojtek Mazolewski, muzyk, basista Pink Freud
Wojtek Mazolewski, muzyk, basista Pink Freud fot. Weronika Bang

„Moda zawsze związana była z muzyką. To układ scalony. Muzyka w modzie, tak samo jak w naszym życiu, pobudza wyobraźnię” – mówi Wojciech Mazolewski, osobowość polskiej sceny muzycznej, basista zespołu Pink Freud. Artysta łączony najczęściej z jazzem w tym roku prowadzi warsztaty Fashion Sounds podczas Art&Fashion Festival w Poznaniu. Nam opowiada, czemu kocha Davida Bowie.

REKLAMA
Czym różni się praca nad własnym albumem od komponowania ścieżki dźwiękowej do filmu mody lub na potrzeby pokazu?
Kiedy tworzę coś użytkowego, skupiam się na komunikacji z drugim twórcą. To ona jest tutaj kluczowa. I nie ma dla mnie wówczas znaczenia, czy pracuję nad muzyką do filmu mody, czy ścieżką do komedii romantycznej. To właśnie umiejętność komunikacji będzie decydowała o sile przekazu. Ważne jest określenie pewnych ram wspólnego działania – wspólny cel, motywacje i idee, jakie wiążą się z danym projektem.
Czy taka współpraca, tworzenie według ściśle ustalonych zasad, nie odbiera wolności twórczej?
Niekoniecznie. Współpraca z innym twórcą może otwierać nowe horyzonty i wzbogacać nas wewnętrznie. Praca w wyznaczonej płaszczyźnie tematycznej zmusza do kreatywności. Chłonę wizje innych i nadaję im nowy kontekst, co w rezultacie kształtuje ciekawe efekty. Kompozytor jest jak medium.

Czy autor ma swobodę doboru dźwięków, możliwość dowolnej interpretacji kolekcji lub osadzenia produktu w swojej muzycznej rzeczywistości?
Oczywiście, jednak cały czas należy pamiętać o wspólnej wizji i charakterze projektu.
Jak wygląda proces tworzenia muzycznej koncepcji do projektu związanego z modą?
Zapoznaję się z estetyką projektanta. Sporo z nim rozmawiam i skupiam się na rzeczach, które są dla niego, ale i dla mnie ważne. Zgłębiam jego wizje, staram się zrozumieć jego sposób odbioru rzeczywistości, a później wzbogacam to o własne przemyślenia.
Idąc tym tropem, jakie cechy powinna posiadać muzyka, żeby łączyła się z modą?
Powinna korespondować bezpośrednio z kolekcją. Ma na celu uwypuklić jej twarz. Ja w każdej muzyce cenię odwagę, niestandardowe podejście do interpretacji, tworzenia kompozycji. Muzyka w modzie, tak samo jak w naszym życiu, pobudza wyobraźnię. Wprowadza głębię odbioru rzeczywistości, dzięki której zwracamy uwagę na wcześniej niewidoczne sprawy.

Christopher Bailey, dyrektor kreatywny marki Burberry, od dawna promuje niezależnych i mało rozpoznawalnych muzyków, dzięki akcji Burberry Acoustic. Młodzi wykonawcy na stronie internetowej marki zamieszczają swoje klipy muzyczne, w których noszą ubrania z kolekcji marki. Czy dzięki pracy nad muzyką do pokazu mody lub filmu mody można zdobyć nowych słuchaczy, a w konsekwencji zaistnieć na niełatwym rynku muzycznym?
Jestem zdania, że jeśli robisz coś ponadprzeciętnego, to prędzej czy później w jakiś sposób wypłyniesz. Nie ma znaczenia, czy jesteś młody, czy grasz muzykę, która nie wpisuje się do mainstreamu. Rynek muzyki niezależnej ma wiele do zaoferowania. Cechuje go otwartość artystyczna, umiejętność łączenia różnych stylów, genialne łączenie klasyki z czymś totalnie odjechanym, co trudno zdefiniować. Oczywiście, przez modę można zabłysnąć, trafić do większego grona odbiorców. Podobnie zresztą dzieje się w muzyce reklamowej. Nieznani muzycy po użyczeniu swojego utworu reklamie nagle zostali zauważeni. To dzieje sie na naszych oczach i należy sie cieszyć z takich możliwości.
Na ostatnim pokazie kolekcji letniej domu mody Saint Laurent Paris usłyszeliśmy muzykę wykonaną przez elektroniczny duet Daft Punk. Był to przerobiony kawałek Junior Kimbrough. Bardzo często muzyka modowa – ta grana na pokazie, jak również umieszczana w wideo modowym – jest remiksem istniejących już utworów. Co powie pan o tej tendencji?
To bardzo pozytywne zjawisko. Producenci potrafią połączyć materiał klasyczny z jazzem czy muzyką klubową. Słyszymy saksofon, który nagle zostaje zagłuszony przez ciężkie, elektroniczne dźwięki. Takie zabiegi wpływają pozytywnie na charakter naszych emocji. Wzbogacają nasz odbiór.
Jak widzi pan przyszłość muzyki dedykowanej modzie? Czy będziemy zwracać na nią coraz większą uwagę? Czy jej twórcy będą coraz bardziej widoczni, doceniani przez przeciętego odbiorcę?
Moda zawsze związana była z muzyką. To układ scalony. Myślę, że muzyka w modzie ma szansę zabłysnąć. Podobnie, jak to ma miejsce w reklamie. Ostatnio z zespołem Pink Freud, w ramach promocji nowej płyty w Japonii, zostaliśmy zaproszeni do współpracy z marką Diet Butcher Slim Skin.
Czy zapadła panu w pamięci muzyka z konkretnego pokazu mody? Co to był za pokaz?
Każdy pokaz jest inny. Różny odbiór, inne emocje. Wyróżniłbym te, na których muzyka wykonywana jest na żywo , bo to jest odważne. Pozwala odbiorcom uczestniczyć w akcie tworzenia i obserwować to napięcie. Wszystko zależy tak naprawdę od artystów i chwili. Kiedyś z zespołem mieliśmy taką sytuację, że – gdy graliśmy do pokazu – modelka potknęła sie i złamała obcas. Natychmiast zareagowaliśmy kilkoma improwizowanymi dźwiękami. Uratowaliśmy tym samym sytuację i scenariusz pokazu. Wyszło cudownie. Pełna spontaniczność sie opłaciła, bo widzowie odebrali to jako bardzo spójne.

Do którego filmu mody skomponowano najlepszą muzykę?

Takich filmów jest sporo. Lubię te, w których muzyka jest niestandardowa. Lubię odwagę interpretacji. Cenię filmy z Davidem Bowie – „Człowiek, który upadł na ziemię” czy jego kreacje jako Ziggy Stardust. Odpowiada mi energia z lat 70., np. film „Przedstawienie”. Motywy rock’n’rolla to coś dla mnie!