
W czwartek warszawski sąd orzekł, że znana dziennikarka nie jest kłamcą lustracyjnym i nie można jej uznać za współpracowniczkę tajnych służb PRL.
Sąd uznał, że spośród pięciu przesłanek, potrzebnych do stwierdzenia czyjejś współpracy, w tej sprawie występuje tylko jedna - że doszło do kontaktów ze służbą specjalną. Brak jest zaś "bezspornych dowodów" na podjęcie tajnej współpracy, przekazywanie informacji operacyjnych, świadomości oraz tajności współpracy. CZYTAJ WIĘCEJ
Dziennikarka wniosła o tzw. autolustrację po tym, jak w 2006 roku media podniosły zarzuty wobec niej. Od początku twierdziła, że jest niewinna.
Dziedzic mówiła wiele razy o "nachodzeniu" jej przez SB, która "utrudniała jej pracę zawodową" i fabrykowała akta. Uznała się za wieloletnią ofiarę tajnych służb, bo sprawa jej rzekomej współpracy miała być zemstą wysokiego oficera służb za to, że w latach 50. nie chciała z nim zatańczyć, a potem poskarżyła się do KC PZPR, że za odmowę przetrzymano ją przez całą noc. CZYTAJ WIĘCEJ
Dzisiejsza decyzja jest finałem drogi sądowej, która rozpoczęła się w 2010 roku, kiedy Sąd Okręgowy uznał Dziedzic za lustracyjnego kłamcę. Decyzję tę uchylił Sąd Apelacyjny rok później i sprawa wróciła do SO.

