
Przeczytałem wczoraj bardzo udany artykuł autorstwa Olgi Święcickiej – „Kiedy ostatni raz byłeś na koncercie? Zamiera kultura słuchania muzyki „na żywo”. Poruszyła w nim przebiegły problem, bo z jednej strony wie o nim każdy, kto ma kontakt z jakimkolwiek zespołem, a z drugiej – sytuacja leży odłogiem i mało kto się nią zajmuje.
REKLAMA
Ale to nie do końca tak. Zajmują się nią wszyscy. Tylko że robią to źle.
Szczególnie dało mi do myślenia zdanie z samego początku tekstu. „Niestety zaangażowanie muzyków nie przekłada się na frekwencję.” No, tak. W rzeczy samej. Ciężko się odkrywa północ, jeśli ster trzymamy uporczywie na południe.
Kiedyś zadziałało, więc róbmy to aż do śmierci
Parę lat temu przyjęło się, że promocja organizowanego koncertu zamyka się na stworzeniu wydarzenia na Facebooku (krok 1), zaproszeniu wszystkich wirtualnych znajomych członków zespołu i organizatorów (krok 2) oraz spamowaniu na 2-3 fanpage’ach aż do dnia imprezy (krok 3). Strona wydarzenia to najczęściej marketingowy bełkot na temat zespołu; parę zdań, że to będzie wieczór stulecia i info o lokacji oraz cenach biletów. Zaproszeni ludzie nie są sprawdzani pod żadnym kątem, lecą hurtem.
Okej, nie przeczę, gdy Facebook był świeżutki, modny i (podobno) ludzie jeszcze zaglądali w wykaz wydarzeń to to faktycznie mogło działać. Dzisiaj zaproszeń na imprezy, koncerty i inne premiery dostaję tygodniowo kilkadziesiąt. Przeciętna osoba dostaje kilkanaście. Czy tak zatłoczony kanał przekazu ma jakąkolwiek wartość? Raczej nie. Ale i tak większość managerów ogranicza się tylko do niego.
A przecież żyjemy w czasach, w których przy inwestycji maksymalnie 100 złotych można dotrzeć do precyzyjnie dopasowanego grona najwierniejszych fanów danego piosenkarza lub skrzypaczki.
A przecież żyjemy w czasach, w których przy inwestycji maksymalnie 100 złotych można dotrzeć do precyzyjnie dopasowanego grona najwierniejszych fanów danego piosenkarza lub skrzypaczki.
To proste, ale trzeba pomyśleć
Jak wiele zespołów zainwestowało kiedykolwiek kilkadziesiąt złotych w miesięczny monitoring social media, by wyłapać najwierniejszych fanów i odezwać się do nich z propozycją grupowej zniżki, jeśli przytargają swoich znajomych na koncert? To nie jest żadna czarna magia ani niesprawdzone brednie - http://social24.pl/internetowy-przystanek-woodstock/ - podobna akcja na dużą skalę udałą się w lipcu. Nie widzę przeciwskazań, dla których jej przeskalowana siostrzyczka nie miałaby zadziałać w listopadzie.
Jak ktoś nie ma nawet tych paru dyszek to zawsze może też otworzyć stronę swojego zespołu w Last.fm i wykonać identyczną pracę ręcznie. Wykaz najbardziej zaangażowanych fanów jest jawny.
To prosta psychologia, a przy tym bardzo skuteczna. Młode zespoły mają do siebie to, że mało kto je zna. Ale ci, którzy je znają czują się czymś na kształt anioła ewangelizatora. „To jest MÓJ zespół”. Każdy z nas ma swoje hipsterskie odkrycia :) Wyłapywanie takich trendsetterów danego brzmienia i nadawanie im formalnego znaczenia w hierarchii fanów jest nie tylko skuteczne. Jest też czymś absolutnie pięknym z punktu widzenia słuchacza. Ale to nie jedyna metoda.
Zespół – fan. I nikogo pomiędzy
Zawsze mnie ciekawiło, czemu na stronach zespołów nie ma możliwości zapisania się do inteligentnego newslettera. Takiego, w którym podam mail, nazwisko i miasto i będę potem dostawał przesyłki o faktycznej wartości.
Byłem kiedyś na mailingu pewnego polskiego zespołu, w którym podałem, iż mieszkam w Warszawie. Przez parę miesięcy dostawałem info o nadchodzących koncertach w Krakowie, Poznaniu i we Wrocławiu. No, okej, spoko. Dostania maila, że koncert będzie w Warszawie już nie doczekałem.
Swoją drogą, tę koncepcję też można przeskalować. Na Startup Sprint Poznań dowiedziałem się o powstawaniu projektu pozwalającego otrzymywać notyfikacje o koncertach tylko i wyłącznie wybranych przeze mnie zespołów w tylko i wyłącznie wybranych przeze mnie miastach. Czemu właściciele największych klubów nie wygooglowali tego przede mną i nie zrzucili się jako zbiorowy inwestor w firemkę o pewnym zwrocie? Ot, zagadka.
Analog
A wreszcie można też wyjść z impasu tak, jak większość muzyków lubi najbardziej. Offline’owo. Do tego akapitu natchnął mnie jeden z wczorajszych komentatorów, Marcin Wójcik.
Są klubokawiarnie, w których bywam raz na jakiś czas i znam się już z niektórymi barmanami „z widzenia”. Kiwamy sobie głowami. Wiem, że są w tych lokalach organizowane koncerty. Niestety, ani razu nikt do mnie nie podszedł z notesem i nie poprosił mnie o podanie ulubionych gatunków muzycznych oraz adresu e-mail.
Nie pamiętam też kiedy ostatnio naprawdę zachwycił mnie jakiś plakat. Grafików mamy w kraju wielu. Naprawdę wielu. I naprawdę spory odsetek jest całkiem zdolnych a stawki – niestety, z niekorzyścią dla grafików - wcale nie odstraszają.
Szkoda, że nikt nie idzie w tę stronę.
Nie pamiętam też kiedy ostatnio naprawdę zachwycił mnie jakiś plakat. Grafików mamy w kraju wielu. Naprawdę wielu. I naprawdę spory odsetek jest całkiem zdolnych a stawki – niestety, z niekorzyścią dla grafików - wcale nie odstraszają.
Szkoda, że nikt nie idzie w tę stronę.
Podsumowując
Żal mi muzyków. Oni są od tworzenia kultury, nie od jej promowania. Przynajmniej ja to zawsze widziałem w ten sposób (chociaż inna sprawa, że podstawowe kursy z rozpoczynania swojej sieciowej przygody mogliby u kogoś wziąć, ale to nie jest temat na dzisiaj).
Właściciele klubów, kawiarni i klubokawiarni oraz managerowie muzyków to główni sprawcy kryzysu muzyki na żywo. Znam kilka chwalebnych wyjątków (Kari Amirian, warszawski Cud nad Wisłą), lecz działania większości obserwowanych przeze mnie zespołów lub lokali zasługują co najwyżej na pełne dezaprobaty westchnięcie.
Tak więc nie, to nie jest tak, że „Polacy nie chodzą”. Faktycznie, nie chodzą. Ale od biernego patrzenia na nazwany problem mało co udaje się rozwiązać :)
Tak więc nie, to nie jest tak, że „Polacy nie chodzą”. Faktycznie, nie chodzą. Ale od biernego patrzenia na nazwany problem mało co udaje się rozwiązać :)