
Nie ma dla mnie znaczenia, czy ktoś ma tylko maturę, czy dyplomy uczelni wyższych. I piszę te słowa po dokładnym przemyśleniu. Serio, na studiach spotkałam się z takim bezmiarem głupoty, że jak ktoś na wejściu mówi, że "ma magistra z...", to nie wzbudza mojego szacunku, a raczej podejrzliwość – bo po co chwalić się tytułami w trzecim zdaniu?
REKLAMA
Edu-shaming
"Dyplom nie ma znaczenia, przecież można być dobrym człowiekiem bez matury" – słychać na każdym kroku i teoretycznie większość z nas zgodzi się z tymi słowami. Problem pojawia się, gdy okazuje się, że ktoś, najlepiej znany, odnoszący sukcesy, ktoś publiczny, papierkiem pochwalić się nie może.Rozpoczyna się kampania wstydu. Nagle dyplom jest wyznacznikiem statusu, złotym biletem, niezbędnym, by móc się wypowiedzieć, mieć opinię, być sławnym, pięknym i bogatym. Podejrzewam, że to właśnie ten wstyd jest głównym powodem zjawiska, które przecież nie jest niczym nowym, ale w ostatnich dniach powróciło za sprawą bardzo popularnych piłkarzy.
Kilka dni temu Onet napisał o Zbigniewie D., który miał handlować fałszywymi dokumentami. Sprawą zajęła się gdańska prokuratura. Zapewne temat nie stałby się tak głośny, gdyby nie pojawiłyby się przy tej okazji znane nazwiska, a jakże, Roberta Lewandowskiego, Arkadiusza Milika i Jacka Góralskiego. Sportowcy mieli korespondować ze Zbigniewem D. Nie potwierdzono informacji, żeby któryś z nich skorzystał z możliwości zakupu "mgr" przed nazwiskiem.
I właściwie nie jest dla mnie istotne czy sportowcy wykształcenie mają, czy nie. Moją uwagę bardziej zwrócili komentujący, którzy utożsamiają kawałek papierka z wiedzą i mądrością. Jak bumerang powrócił również kontekst oceniania inteligencji, bo przecież "piłkarze są głupi", więc "nikt zaskoczony by nie był, gdyby doniesienia okazały się prawdą".
Skończyłeś studia? To musisz być mąąąąądry
Myślałam, że to minęło. A jednak – nadal wiele osób uważa, że skończenie studiów (samo w sobie) oznacza, że absolwent zdobył jakąś wiedzę tajemną, wspiął się na kolejny szczebelek drabiny społecznej i teraz to już jest KIMŚ. Nagle jest mądrzejszy niż ci, którzy na studia się nie wybrali.Niestety, prawda jest mniej kolorowa. Po pierwsze, nie trzeba mieć wybitnych zdolności, żeby skończyć studia. Po drugie, dyplom można zdobyć bez szczególnego wysiłku i wkładu własnego (ściąganie, kupowanie prac, zdobywanie odpowiedzi na egzaminy).
Może cię zainteresować także: "Edukacja, głupcze". Ipsos sprawdził, kto głosował na poszczególne komitety wyborcze
To teraz rozwinę na podstawie własnych doświadczeń. W czasie studiów miałam okazję poznać trzy grupy ludzi: szalenie inteligentnych, którzy imponowali mi wiedzą; takich, co uczą się tego, co lubią, resztę olewają, ale ogólnie są istotami myślącymi; osoby, które oszukują, ściemniają, ściągają i potem chwalą się, że hehe, udało się, mają dyplom.
Fajnie, że dwie pierwsze grupy są najliczniejsze. Niestety trzecia najbardziej rzuca się w oczy (i uszy) i to nie tylko w czasie studiów. Łatwo ich później rozpoznać w pracy. Ostatecznie, na papierku i teoretycznie wszystkie osoby z trzech wymienionych grup mają to samo wykształcenie, więc na rynku pracy na papierku i teoretycznie są takimi samymi kandydatami.
Koleżanka X vs koleżanka Y
Podam przykład. Oczywiście z moich studiów. Było tak. Koleżanka X nie była jednostką wybitną, ale przykładała się do nauki. Z przedmiotów, które lubiła, miała dobre oceny, z reszty poprawne. Nie jednak oceny są najważniejsze.Najważniejsze jest to, że była otwarta, chętnie uczyła się nowych rzeczy, nikomu nie robiła pod górkę. Klasyczny przykład uprzejmego człowieka, z którym chętnie pogadasz przy kawie i wymienisz się notatkami.
Koleżanka Y nie przychodziła na zajęcia, a na spotkanie towarzyskie. Śmiechy, chichy, siedzenie oczywiście w ostatniej ławce, a później panika i pytania "ej, macie notatki?". Nie to jednak w moim rozumieniu świadczy o marnych możliwościach intelektualnych, a nieumiejętność zaliczenia najprostszych egzaminów.
Bo przecież każdy z nas znał, miał w szkole lub na studiach, do czynienia z osobą, która pajacuje, ale zalicza wszystko z marszu, bo szybko się uczy, łatwiej przyswaja wiedzę i właściwie niby się wygłupia, ale coś tam jednak na tym wykładzie słucha.
Koleżanka Y nie potrafiła nauczyć się podstawowych pojęć z socjologii, nie była w stanie zapamiętać kilku nazwisk badaczy, skojarzyć faktów, krytycznie przeanalizować tekstu kultury, zinterpretować obrazu, powiedzieć własnym zdaniem (!), co myśli o zacytowanym przez prowadzącego fragmencie tekstu. Do większości zaliczeń podchodziła kilka razy, a zaliczała – no cóż, zaliczała, bo prowadzący się nad nią litowali.
Nieraz dopytywali po kilka razy, żeby przed sobą być uczciwymi, że "na tę tróję" odpowiedziała. Nie do końca samodzielnie napisała pracę dyplomową, po miesiącach poprawek i rzucaniu wyzwisk na prowadzących, co to "się na nią uwzięli". Obroniła się. Podobnie jak koleżanka X. Uczelnię opuściły teoretycznie z tym samym statusem.
Nie każdy musi studiować
Co chcę powiedzieć? Ano to, że nie każdy powinien pchać się na studia i, co ważniejsze, nie ma w tym nic złego. Jeżeli bierzesz udział w rekrutacji, bo rodzice kazali, nie masz nawet grama chęci do nauki, w sumie to nie wiesz, co chcesz robić i jaki kierunek wybrać, to odpuść. Po prostu.Ja na drugi kierunek zdecydowałam się, gdy uznałam, że "dojrzałam". Poszłam na uczelnię uczyć się tego, co mnie interesuje. Nie po papierek, nie po tytuł, nie, żeby komuś coś udowodnić. I właśnie wtedy miałam okazję obserwować młodszych kolegów, ledwo po maturze, którzy przychodzą na zajęcia za karę. Obecnie niewielu pracuje w "wyuczonej" branży. Ba, jedynie garstka zdecydowała się "dociągnąć studia do końca".
Druga równie ważna refleksja z tego drugiego kierunku dotyczy prowadzących zajęcia. A ci – niestety, często również nie są osobami, do których pasuje tytuł "profesora" czy "doktora". Poznałam na przykład panią profesor, która w obrzydliwych słowach zwracała uwagę na wygląd studentek. Wszyscy się jej bali, ale nie dlatego, że wymagała od nas więcej.
Była po prostu skrajnie nieuprzejmą osobą, która wielu rzeczy nie pamiętała, a w momencie nieporozumienia nas, studentów, oskarżała o kłamstwa i karała dodatkowymi lekturami czy "kartkówkami". Inna pani doktor chętnie wygłaszała dyskryminujące opinie. Daleko jednak nie trzeba szukać, bo przecież i Krystyna Pawłowicz może pochwalić się wyższym wykształceniem...
Pamiętam zajęcia, po których uznałam, że nie, stanowczo, dwie lub trzy literki przed nazwiskiem nie dają gwarancji, że obcuję z człowiekiem, który szanuje innych, jest taktowny i otwarty na dyskusję. Na szczęście były to jednostkowe doświadczenia. Sprawiły jednak, że obecnie "dyplom" nie stanowi dla mnie kryterium odbioru drugiego człowieka.
Edukacja przymusowa
Na przestrzeni lat potwierdziło się, że była to właściwa intuicja. Niektórzy po prostu nie chcą lub nie nadają się na studia. Dlatego nie rozumiem edukowania się na siłę. To właśnie ta społeczna presja sprawia, że ludzie wpadają na pomysł kupowania ocen, dyplomów i zlecanie pisania prac (co często zaczyna się już w szkołach podstawowych, gdy to rodzice uważają, że ważniejsza jest piątka niż samodzielna praca dziecka).Raz dałam na uniwersyteckim forum ogłoszenie, że "pomagam pisać prace". Pomagałam z edycją tekstu, bibliografią, szukaniem źródeł, redagowaniem fragmentów cofniętych przez promotora. Zgłosiło się do mnie kilkanaście osób, szybko jednak okazało się, że 90 proc. chciało, żebym napisała im prace dyplomowe. Nie pomagała, a napisała. Naprawdę spora grupa uważa, że to dobre rozwiązanie.
Wracając do piłkarzy i w ogóle sportowców – nie uważam, że problemem jest ich ewentualny brak wykształcenia, a oczekiwanie, że będą chwalić się dyplomami i jednocześnie świetnie kopać piłkę. Niech każdy robi to, do czego jest powołany, niech się realizuje i spełnia swoje, a nie innych, potrzeby. Niech dyplomy mają przede wszystkim ci, w których zawodzie jest to konieczne. I którzy chcą.
Co dają studia? Według mnie bardzo dużo. Uczą krytycznego myślenia, pokory, analizowania faktów i dyskutowania, otwierają na świat, pokazują inne perspektywy, poszerzają horyzonty. Komu studia dają te wszystkie umiejętności? Tym, którzy chcą je przyjąć. A nie tym, którzy tylko siedzą w tej samej sali.
Dlatego dbajmy o naukę dzieci, ale oddalajmy się od przymusu. Zbliżajmy się, i to od wczesnego dzieciństwa, do mądrej, uważnej i wrażliwej edukacji – w pierwszej kolejności nastawionej na wgłębienie się w siebie i swoje emocje, odkrycie, czego chcę i czego nie chce. Bo to jest najtrudniejsza do zdobycia, ale najbardziej procentująca wiedza. Dyplom można kupić.
Napisz do autorki: alicja.cembrowska@natemat.pl
