Anne Applebaum, publicystka "The Washington Post" i żona Radosława Sikorskiego, szefa MSZ
Anne Applebaum, publicystka "The Washington Post" i żona Radosława Sikorskiego, szefa MSZ Fot. Filip Klimaszewski / Agencja Gazeta

Anne Applebaum ocenia w "Gazecie Wyborczej" znaczenie zbliżających się wyborów prezydenckich w USA. Publicystka "The Washington Post" zauważa, że tegoroczne głosowanie znacznie mniej przyciąga uwagę niż te z poprzednich lat. Nie będzie też miało ono przemożnego wpływu na losy świata, czy nawet samej Ameryki. Bo wbrew budowanemu wizerunkowi, prezydent USA nie jest wszechmocny.

REKLAMA
Applebaum zaczyna od przytoczenia reakcji analityka politycznego, Larry'ego Sabato, który miał stwierdzić, że tegoroczne wybory są najważniejszymi… od 2008 roku. Później zauważa, że pod koniec prezydenckiego wyścigu Europa zaczyna dostrzegać coś więcej, niż tylko oskarżenia o marksizm, kierowane pod adresem Obamy, czy pamiętne gafy Mitta Romney'a. Jednak nie ma co ukrywać, że obaj kandydaci na prezydenta USA znacznie mniej przyciągają uwagę, niż Bill Clinton, George W. Bush czy sam Barack Obama w 2008 roku.
Anne Applebaum
publicystka "The Washington Post"

Jest wiele powodów tej obojętności, poczynając od tego, że ludzie już nie wierzą jak dawniej, że amerykański prezydent jest w stanie rozwiązać wszystkie ich problemy. (…) Mit Ameryki jako wszystkowidzącego, wszystkowiedzącego supermocarstwa przetrwał ledwie w kilku miejscach na świecie. CZYTAJ WIĘCEJ

Źródło: "Gazeta Wyborcza"

Zobacz też: Anne Applebaum to nie tylko żona Radosława Sikorskiego. Dziennikarka, pisarka i Amerykanka, która w USA tęskni za Polską
Applebaum konstatuje, że to co dotarło już do społeczności międzynarodowej, nie dotarło jeszcze od świadomości Amerykanów. Zdaniem publicystki są temu winni sami kandydaci, którzy przypisują sobie wszystkie możliwe sukcesy, a konkurentów obarczają wszystkimi porażkami i problemami. Dlatego też oczekiwania wyborców rosną, a prezydenci wciąż są zakładnikami Kongresu, który najprawdopodobniej znowu będzie niezdolny do kompromisu.