
Był hymn, była modlitwa, były zapewnienia o wsparciu, ale w Zespole Szkół z Ukraińskim Językiem Nauczania w Górowie Iławeckim jest też mnóstwo strachu. Rodzice części uczniów mieszkają na Ukrainie. Nie wszystkie dzieci mają kontakt z bliskimi. O tym, jak uczniowie radzą sobie w tak trudnej sytuacji, mówi w rozmowie z naTemat dyrektorka szkoły Olga Sycz.
Na razie lekcji nie będzie?
Takich normalnych lekcji nie było dziś i nie będzie jutro.
Trudno się na coś takiego przygotować. Informacja o ataku na Ukrainę była takim uderzeniem?
Tak, rano było uderzenie. Od razu zorganizowałam apel. Odśpiewaliśmy hymn, pomodliliśmy się. Był płacz, było przerażenie. Widząc, co się dzieje, poprosiłam panią psycholog, żeby pojawiła się w szkole. Cały czas trwają rozmowy z nią, zajęcia. Tak ten dzień wygląda.
To wsparcie będzie potrzebne nie tylko dziś, dlatego będę występować o oficjalną pomoc, niewykluczone, że o stałą obecność psychologa. Chociaż dzwonią również psycholodzy, którzy mieli u nas zajęcia, i oferują bezpłatne wsparcie.
Oczywiście ja także podtrzymywałam wszystkich na duchu. Mówiłam uczniom, że będziemy się nimi opiekować. Tu mają się czuć bezpiecznie. Wszelka pomoc będzie zapewniona.
Ilu uczniów uczy się w szkole?
Mamy ponad 200 uczniów, 90 mieszka na Ukrainie i około 20 z tej grupy po feriach nie dojechało do Górowa Iławeckiego, nie wróciło do szkoły.
Jest z nimi kontakt?
Wychowawcy mają z nimi kontaktu. Nie wiemy, co się dzieje, tylko z jedną uczennicą. Nie wiemy, dlaczego jej nie ma. Pozostali są nieobecni z różnych powodów, np. ktoś robił sobie test na COVID-19 i nie dostał zgody na wjazd, bo test wyszedł pozytywny.
Mogą liczyć na pomoc szkoły?
Oczywiście. Przeanalizowaliśmy sytuację każdego ucznia. Zrobiliśmy listę osób, którym trzeba udzielić pomocy psychologicznej. Jesteśmy też przygotowani do udzielenia pomocy ich rodzinom, bo mamy w naszym internacie jeszcze 30 miejsc. Wicekurator kontaktował się ze mną w tej sprawie, przekazałam informację, że możemy zakwaterować takie osoby i żywić je, bo mamy również stołówkę.
Już w tej chwili są trzy osoby, które chcą tu zostać. Można ich potraktować jak uchodźców. Później będziemy zastanawiać się nad tym, kto będzie pokrywał koszty, ale to już najmniej ważne.
Rodzice części dzieci, które uczą się w szkole, są dalej na Ukrainie?
Tak, oczywiście są dzieci, które mają tam rodziców i które straciły z nimi jakikolwiek kontakt. Bardzo martwią się o bliskich. Choć martwią się także ci uczniowie, którzy mają ten kontakt, bo przecież wiedzą, co się dzieje.
Rodziny niektórych dzieci mieszkają, pracują w Polsce, ale dziś część z nich poinformowała – brat, ojciec – że chce jechać na Ukrainę walczyć.
Co dalej?
Zwołałam radę nadzwyczajną, żeby przeanalizować sytuację. Na razie badamy sprawę. Już został podniesiony pewien problem. Póki dzieci mają kontakt z rodzicami, którzy mieszkają na Ukrainie, to ma kto opłacać za nie internat i wyżywienie, ale to może się w każdej chwili skończyć.
Jeśli okaże się, że uczniowie nie są w stanie płacić za siebie, a szkoła na takie rzeczy nie ma środków, wtedy będziemy o takie zabezpieczenie finansowe występować. Będziemy myśleć, gdzie i do kogo zwracać się o taką pomoc.
Jak będą wyglądały najbliższe dni w szkole?
Dziś obmyślaliśmy sposób, w jaki dalej będziemy pracować. Jutro będzie dzień wypełniony m.in. modlitwami. O 10:30 mamy mszę w cerkwi grecko-katolickiej z biskupem. Zamówiliśmy ją wcześniej, ale w obliczu tego, co się stało, dołączają do nas władze miasta, wójt, itd. O 12:00 robimy manifestację przy ratuszu.
Wyszliśmy również z inicjatywą zbiórki krwi, bo nasza szkoła zawsze w tym górowała. Już nie wspominam o zbiórce pieniędzy, bo tym też się zajmiemy. Młodzież, która tu jest z nami, czuje się w tej chwili bezpiecznie, są zaopiekowani. Tym niemniej problemy są i będą.
Co mówią dzieci, które do pani przychodzą?
Opowiadają o traumatycznych sytuacjach, np. że był ostrzał i nie wiedzą, co się stało... Są roztrzęsione, płaczą. Pocieszamy ich i cały czas, tak jak mówiłam, trwają zajęcia z panią psycholog.
Rozumiem, że musi być pani podporą dla dzieci, ale jak pani się w tym odnajduje?
Ta sytuacja jest trudna dla nas wszystkich. Każdy, kto ma w sobie trochę empatii i jest w stanie wyobrazić sobie, co się dzieje, przeżywa to bardzo. Ja jako dyrektor nie mogę pokazać najmniejszej słabości. Muszę pokazać siłę, to ważne nie tylko, gdy mówimy o uczniach, ale też i o nauczycielach. Staram się ich wszystkich pocieszać i jakoś wytrwać. Wiadomo jednak, że nie jestem z żelaza i też to się odbija na moim zdrowiu, ale póki mam i zdrowie, i siłę, to będę tutaj trwać.
