W Rosji duchownemu grożą więzienie. Uciekł do Polski walczyć z propagandą
W Rosji duchownemu grożą więzienie. Uciekł do Polski walczyć z propagandą Fot. Archiwum prywatne/Gieorgij Suchoboki

– Moje poparcie dla Nawalnego to był jeden wpis, w którym podkreśliłem, że chciałbym podać rękę temu człowiekowi. To wywołało lawinę prześladowań mnie i mojej rodziny. Osoby, które znały mnie jako ojca duchownego, nie pozwoliły mi wejść do cerkwi nawet, by się pomodlić. Postanowiłem powiedzieć głośno,o tym, co dzieje się w rosyjskim Kościele. Musiałem uciekać do Polski przed więzieniem w Kazachstanie. Za to, co mówię dziś o Ukrainie, grozi mi w Rosji 15 lat więzienia – tłumaczy ojciec Gieorgij Suchoboki

REKLAMA
  • Ojciec Gieorgij Suchoboki uciekł przed prześladowaniami politycznymi z Rosji do Polski - w Rosji grozi mu minimum 15 lat więzienia.
  • Jeden post wyrażający poparcie dla Nawalnego rozpoczął lawinę prześladowań ojca Suchobokiego i jego rodziny.
  • Początkowo groziło mu pół roku aresztu w odosobnionym klasztorze i zakaz pełnienia posługi kapłańskiej, dzisiaj z powodu krytyki działań Rosji w Kazachstanie i mówienie prawdy o wojnie w Ukrainie ojciec nie może wrócić do Rosji.
  • Gdy nie znalazł miejsca w polskiej cerkwi, został zmuszony do podjęcia pracy jako kierowca taksówki.
  • Ojciec Gieorgij Suchoboki był duchownym w rosyjskim Dimitrowgradzie, gdzie pełnił także funkcję rzecznika prasowego diecezji. Wszystko w jego życiu zmieniło się w październiku, gdy w internetowym wpisie wyraził poparcie dla Nawalnego.
    Gdy później wprost skrytykował Kościół Prawosławny i działania Rosji w Kazachstanie, wiedział już, że grozi mu więzienie. Dzisiaj jest poszukiwany w całej Federacji Rosyjskiej. Do listy jego "grzechów" przeciwko Rosji można dopisać wsparcie dla Ukrainy – to dodatkowe 15 lat więzienia.
    logo
    Fot. Archiwum Prywatne/Gieorgij Suchoboki
    Dzisiaj na swoim TikToku (@priest_george) i Facebooku wprost krytykuje Putina, przekazuje prawdę na temat sytuacji w Ukrainie, próbuje obudzić swój otumaniony propagandą naród.
    Na "rosyjskim Facebooku" piszą o nim "opłacany zachodni agent". Przyjaciele dzwonią do niego, pytając, czemu publikuje fałszywe informacje na temat "rzekomej wojny w Ukrainie". Dzięki wizie humanitarnej ze swoją rodziną uciekł do Polski. Ale w polskim Kościele Prawosławnym także nie znalazł bezpiecznej przystani. Rozmawiam z nim, gdy ma akurat przerwę w pracy – gdy żadna cerkiew go nie przyjęła, zaczął pracować jako taksówkarz.
    Od początku swojej służby jako duchowny wypowiadałeś się na tematy polityczne. Początkowo nie było to problemem dla biskupów. Czy jednak Kościół z zasady nie powinien być apolityczny?
    Kościół czy cerkiew nie może nie rozmawiać o tym, co dzieje się w życiu ludzi. Zawsze funkcjonujemy w pewnym mieście, państwie i polityka jest w życiu zwykłych obywateli – także nas.
    Początkowo krytykowałem Nawalnego, bo ten sprzeciwił się, by w rosyjskiej Konstytucji było zapisane słowo „Bóg” i pewnym sensie zrozumiałem to jako jego sprzeciw wobec naszej religii i kultury. Jednak potem zmieniono Konstytucję tak, by Putin mógł rządzić kolejną kadencję.
    Nawet rosyjscy obywatele nazwali to „anulowaniem” poprzednich wyborów w taki sposób, by uznać, że Putin dopiero co zaczął swoją nową kadencję jako zupełnie nowy prezydent.
    Nawalny wiedział to od początku – przestrzegał przed tym. Ja w tym czasie nie rozważałem tego tematu – skrytykowałem go, nie rozumiejąc, że on chciał po prostu zapobiec temu, by rosyjscy politycy używali religijności ludzi jako narzędzia do wspierania Putina.
    Na tematy polityczne wypowiadałem się też, przestrzegając ludzi przed tym, by nie uczestniczyli w protestach dotyczących sytuacji na Białorusi, bo wiedziałem, że ludzie mogą zostać nawet zabici w czasie takich demonstracji. Dlatego pozwalałem sobie na tego typu polityczne wtrącenia.
    Mogłem sobie na nie pozwalać, dopóki było to zgodne ze zdaniem rosyjskiej partii – "Jedinaja Rossija". To partia Putina, choć teraz podkreśla, że do niej nie należy, to on ją stworzył. Dopóki więc wypowiadałem się zgodnie ze zdaniem partii, nikt nie groził mi odebraniem posługi.
    Dopiero gdy wyraziłeś poparcie w stosunku do Nawalnego, spotkały cię konsekwencje. Nie bałeś się ich wcześniej?
    Bałem się, ale musiałem reagować. Biskup, z którym pełniłem posługę przez ostatnie 5 lat, był człowiekiem, który nie miał własnego zdania, nie wyrażał swoich poglądów, co nie oznacza, że nie działał politycznie. Ale jego opinia była zawsze zgodna ze zdaniem Agencji Polityki Wewnętrznej. Jeden telefon wystarczył, by on wykonał każdy ich rozkaz.
    A moje „poparcie” dla Nawalnego, to był właściwie jeden wpis, od którego zaczęła się cała lawina prześladowań mnie i mojej rodziny. Napisałem, że jestem gotowy uścisnąć dłoń temu człowiekowi, który właśnie trafił do więzienia, bo w moich oczach jest męczennikiem, nieludzko traktowanym przez strażników. Uznaję go dziś za bohatera naszego rosyjskiego narodu. Wtedy słyszałem zewsząd, że jest "opłacanym zachodnim szpionem”.
    Jeden wpis wywołał lawinę wydarzeń. Co wtedy usłyszałeś od biskupa – mówił wprost, że czeka cię kara?
    Tak, Agencja Polityki Wewnętrznej stwierdziła, że biskup nie może mieć takiego rzecznika. Początkowo miałem być odsunięty od tego stanowiska. Potem zapadła decyzja, że nie mogę dłużej pełnić posługi kapłańskiej – a biskup mnie nie bronił, zawsze dostosowywał się do poleceń zgodnych z duchem partii.
    I tak zaczęły się szykanowania mnie, mojej żony, całej mojej rodziny przez członków kościoła i mieszkańców, otumanionych propagandą putinowską. Nie mogłem wejść do cerkwi – nie jako duchowny, jako człowiek, który chce się pomodlić! Wszyscy mnie tam znali, osoby ochraniające kościół, które nagle zabroniły mi do niego wejścia też.
    „Ojcze, my cię rozumiemy, ale nie chcemy być wyrzuceni z pracy. Proszę, idź, się pomodlić gdzie indziej” – mówili. Osoby, które znały mnie całe życie, które wcześniej przychodziły na moje msze, nie wpuściły mnie do cerkwi.
    Ale to nie był koniec konsekwencji.
    Usłyszałem od biskupa, działającego oczywiście na pewno na zlecenie Agencji, partii, że muszę udać się do klasztoru oddalonego od mojej wsi 200 kilometrów na „rehabilitację duchową”.
    Mąż i ojciec miałby pojechać na pół roku do zamkniętego klasztoru! To miała być forma kary aresztu za to, że napisałem o Nawalnym, że „uścisnąłbym mu rękę”. Na klasztor się nie zgodziłem, więc zostałem odcięty od mojego kościoła, ludzie odwrócili się ode mnie i mojej rodziny. Modlić mógłbym się tylko tam.
    Wtedy postanowiłeś zacząć mówić głośno o tym, co dzieje się w rosyjskim Kościele.

    Zacząłem współpracować z prasą w Ulianowsku (głównym mieście w moim obwodzie). Napisałem kilka artykułów o tym, jak biskupi i metropolici zarabiają pieniądze – czyli biorą je „z powietrza”. Proszą rosyjskich polityków, oligarchów o pieniądze, których nie przeznaczają na cele kościelne, a wkładają do własnej kieszeni – robią to wszyscy, biskupi, metropolici, sam patriarcha rosyjski.
    Napisałem o tym wiele artykułów i duchowni rosyjscy uznali, że nie można mnie dłużej uważać za księdza. Zostałem okrzyknięty szatanem. Na początku 2020 roku, gdy zaczęła się rewolucja w Kazachstanie, rząd zaczął strzelać do cywilów. Sam mam obywatelstwo kazachstańskie i rosyjskie. Pisałem o tym, że rząd traktuje ludzi jak bydło.
    Władze kazachstańskie przez Kościół zażądały wydania mnie do Kazachstanu, by tam zamknąć mnie do więzienia. Dzięki pomocy grupy Nawalnego udało się przyznać mi i mojej rodzinie wizę humanitarną i wybrałem Polskę.
    Gdy tylko otrzymałem wizę w styczniu, kupiliśmy bilety na samolot i 24 stycznia trafiliśmy do Polski. Miesiąc później zaczęła się wojna w Ukrainie. Teraz gdy swoimi działaniami wprost popieram Ukraińców, to w Rosji grozi mi już za to od 10 do 15 lat więzienia.
    Nie możesz już wrócić do Rosji.
    Wrócę dopiero, gdy nie będzie tam Putina. Cały czas mnie tam szukają, nękając rodzinę, która została. Przychodzą do mojej teściowej, pytają o mnie, mówią, że jestem poszukiwany w całej Federacji Rosyjskiej. Pytają teściową, o to, jak się ze mną komunikuje, sugerują, że policjanci posłuchają naszych rozmów.
    Chociaż zgodnie z 51 artykułem w konstytucji rosyjskiej nie można tego robić. Podsuwają mojej teściowej dokumenty i protokoły do podpisywania. To jest starsza kobieta, która początkowo była przejęta tą sytuacją, teraz jest przerażona. Boi się, co sąsiedzi powiedzą. Oni wszyscy wierzą w tę propagandę.
    Na platformie w rodzaju rosyjskiego Facebooka – „Vkontakte” wylewa się na mnie ogromna nienawiść. Piszą, że jestem opłacony, że jestem zachodnim szpiegiem. Od kiedy Putin jest prezydentem, propaganda szerzona jest na niewyobrażalną skalę. A ludzie ją przyjmują. To wynika z biedy, w której żyją – nie mają już siły i szansy na śledzenie innych niż rosyjskie mediów.
    logo
    Fot. Archiwum Prywatne/Gieorgij Suchoboki
    Gdy wyjeżdżałem, ludzie w mojej wsi zarabiali 200 dolarów miesięcznie. To było średnie wynagrodzenie. Teraz, gdy dolar poszedł do góry, mogą zarabiać kilkadziesiąt dolarów. Przez to, że nieustannie pracują i nic za to nie otrzymują, nie mają siły, by interesować się polityką poza oglądaniem rosyjskiej telewizji.
    Mój przyjaciel, prawosławny duchowny, niedawno w rozmowie ze mną zapytał, czemu publikuję „ukraińskie fejki”, czemu szerzę nieprawdziwe informacje na temat jakiejś wojny. Do tej pory nie miał w domu nawet telewizora. Gdy to usłyszałem, zapytałem, czy zaczął oglądać rosyjską telewizję. Tak oczywiście było. Zacząłem krzyczeć, żeby ten telewizor wyrzucił. Teraz i tak jest za późno, wszystkie niezależne media są zablokowane w Rosji.
    Wróćmy do prześladowań – przyjechałeś do Polski, wcześniej odzywając się do cerkwi w Polsce z pytaniem, czy możesz pełnić u nich posługę duchownego.
    Dostałem jedno zdanie odpowiedzi – nie mogę, to niemożliwe. Żadnych wyjaśnień. Gdy dziennikarka, z którą wcześniej rozmawiałem, napisała list do tej cerkwi z zapytaniem, czemu mnie nie przyjęto, odpowiedzieli, że nie dostarczyłem potrzebnych dokumentów, że nie miałem papierów. Odpowiedzieli samymi kłamstwami.
    Polska cerkiew prawosławna też musi być politycznie zaangażowana – uważam, że popierają Rosję i może nawet bardziej niż na Białorusi popierają Putina. Moi przyjaciele odwiedzający cerkiew prawosławną w Polsce mówią to samo. Uciekłem przed prześladowaniami, ale nie przed wpływem Putina na ludzi.
    W cerkwi nie zostałeś przyjęty – czym zajmujesz się w Polsce?
    Pracuję jako taksówkarz, ale nadal szukam pracy. Zrobiłem już CV i staram się znaleźć coś podobnego do tego, czym zajmowałem się wcześniej. Związanego z dziennikarstwem.
    Czego sobie życzysz – wrócić do Rosji, gdy już się wszystko uspokoi?
    Tak, chciałbym wrócić, gdy ludzie się zmienią. A to znamienne, że gdy dyktator zostanie skazany czy umrze, ludzie – nawet jego najbardziej żarliwi poplecznicy – zaczynają mówić inaczej. Nawet najwięksi propagandziści, których dziś oglądam w telewizji.
    Jestem przekonany, że cała ludzkość rosyjska zmieni swoją opinię – może nawet za kilka dni. Może jakiś czas musi minąć, ale to się stanie. Chciałbym też jak najszybciej wrócić do posługi kapłańskiej. Na razie jednak szukam ciekawej pracy w Polsce. Może po tym tekście ktoś się do mnie odezwie?