
Trwa zaskakująca cisza Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego w sprawie rosyjskich działaczy funkcjonujących w organizacji. Argumentacja związana z tłumaczeniem sytuacji jest złożona z absurdalnych stwierdzeń. Wśród nich ludzie MKOl wskazują na "symboliczne kontakty z Władimirem Putinem".
Obserwuj naTemat w Wiadomościach Google
Międzynarodowy Komitet Olimpijski już kilkanaście tygodni temu jednoznacznie opowiedział się za potępieniem agresji Rosji w Ukrainie. To była pierwsza duża organizacja sportowa, która opowiedziała się za zawieszeniem rosyjskich sportowców czy odwołaniem wszelkich imprez na terenie rosyjskim (sprawa dotyczyła także Białorusi).
Co innego jednak teoria, a co innego - praktyka. Była mistrzyni w skoku o tyczce, Jelena Isinbajewa oraz były rosyjski minister sportu, Witalij Smirnow, nadal funkcjonują w strukturach MKOl. Choć olimpijska centrala namawiała do tego, żeby federacje podejmowały radykalne kroki w stosunku do obecności przedstawicieli Rosji w swoich szeregach, sama nie przestrzega kierunku, który można nazwać wprost - solidarnością z Ukrainą. A jeśli takowego nie przestrzega, to działa wbrew temu, co wydaje się być aktualnie oczywiste.
W przypadku działań odwrotnych, MKOl w pewnym stopniu wpisuje się w bierność wobec ludobójstwa wojsk Władimira Putina. Szereg sankcji gospodarczych wprowadzonych m.in. przez kraje Unii Europejskiej czy Stany Zjednoczone - muszą iść w parze z konsekwencjami również w innych gałęziach życia. Wyjątkiem nie jest sport i trudno znaleźć racjonalne powody, dla których MKOl nadal jest opieszały wobec swoich pracowników.
– Spotkaliśmy się z bezprawiem i niesprawiedliwością ludzi, którzy robią, co chcą. Zostaliśmy potraktowani w skandaliczny sposób – atakowała wzburzona Isinbajewa MKOl, którego była i do dziś jest członkinią. A później roniła łzy przed Władimirem Putinem i zapewniała go o swojej lojalności. W nagrodę władca pozwolił jej szefować RUSADA, czyli skompromitowanej agencji antydopingowej z siedzibą w Moskwie. Pozwolił błyszczeć podczas piłkarskich mistrzostw świata w 2018 roku, gdzie była ambasadorką Rosji i rosyjskiego sportu w ogóle.
Fragment z tekstu Krzysztofa Gawła w naTemat.pl jednoznacznie definiuje sposób myślenia, jaki miał miejsce w przypadku Isinbajewej. Przytoczona historia dotyczy decyzji MKOl z 2016 roku, w sprawie skandali dopingowych w rosyjskiej kadrze. Od tamtego czasu w podejściu "Carycy" Isinbajewej niewiele jednak uległo zmianie.
Nie robimy przecież nic złego
Rzecznik MKOl miał zapewniać, że aktualnie nie odbywają się żadne spotkania olimpijskiej centrali w których biorą udział rosyjscy przedstawiciele. To ma podobno "załatwić sprawę", ale sam fakt funkcjonowania przedstawicieli Rosji w strukturach, wydaje się być po prostu haniebny. Co więcej, olimpijska centrala nie jest jedynym takim przykładem. Nie tak dawno o podobnych przypadkach można się było przekonać w piłkarskiej organizacji FIFA.
Problematyczne nie są również kontakty Thomasa Bacha (szef MKOl) czy Gianniego Infantino (szef FIFA) z Putinem w przeszłości. Czy to przy okazji igrzysk olimpijskich w Soczi (2014), czy mundialu na rosyjskich stadionach (2018).
Obaj panowie zdążyli potępić działania Rosji, ale niesmak pozostał.
"Wiele z tych rzeczy, takie kontakty, to gesty symboliczne. Infantino i Bach nie mają dywizji ani czołgów. Ważne jest, aby utrzymywać jak relacje z urzędnikami państwowymi, ponieważ w wielu krajach rządy są bardzo ważne, jeśli chodzi o budowę obiektów sportowych" - postanowił wyjaśnić jeden z działaczy MKOl, Richard Pound.
Wypowiedź Kanadyjczyka na łamach niemieckiego "Der Spiegel" wywołała burzę w środowisku sportowym. Pytanie zatem, czy MKOl postanowi uciąć spekulacje i pozbędzie się "rosyjskich wątków" ze swojej przestrzeni?
Na dziś odpowiedź wydaje się nie być jednoznaczna.
