
Canon postanowił zamieszać na rynku bezlusterkowców dedykowanych użytkownikowi zarazem wymagającemu, jak i nowoczesnemu (tzw. hybrydowemu) użytkownikowi. Natomiast ja: przyjrzeć się z bliska nowym sprzętom, które mają być kluczami do sukcesu japońskiej firmy. Czas sprawdzić, co potrafią modele EOS R7 i EOS R10.
Zacznijmy od uczciwego postawienia sprawy: nie zjadłem zębów na fotografii, a moje szanse na zostanie wybitnym ekspertem w tej dziedzinie porównywalne są z rozpoczęciem kariery kierowcy w Formule 1 bądź też zdobyciem etatu w CERN-ie.
W poniższym materiale nie zamierzam więc konkurować z dziennikarzami branżowymi, opisującymi nowości od firmy Canon z perspektywy najbardziej radykalnych profesjonalistów.
Proponuję natomiast garść spostrzeżeń na temat tych aparatów, które mogłem wziąć w dłoń podczas warsztatów zorganizowanych w stołecznej Fabryce Norblina, mając parę godzin na ustalenie, co nowego wnoszą do świata fotografii (oraz, co bardzo istotne, wideo), a także kto powinien być nimi naprawdę ukontentowany.
W największym uproszczeniu: EOS R10 (zdjęcia umieszczone w tym materiale wykonałem właśnie tym aparatem) projektowany był zgodnie z zasadą "bardzo, ale to bardzo dobrze", natomiast w przypadku modelu EOS R7 było to "jeszcze lepiej".
Pierwszą z owych nowości można uznać za idealny wybór dla osób poszukujących czegoś, co z powodzeniem zastąpi np. słynną lustrzankę Canon EOS 90D, łącząc naprawdę spore możliwości z (w miarę) rozsądną ceną, a przy tym oferując uniwersalność i poręczność...
... dodajmy: poręczność ponadprzeciętną, gdyż zarówno wymiary (123 x 88 x 83 mm), jak i waga (429 g z baterią i kartą pamięci) korpusu "erdziesiątki" czynią z niej najmniejszy i najlżejszy aparat systemowy z wymienną optyką w ofercie tokijskiego przedsiębiorstwa, kradnąc palmę pierwszeństwa modelowi EOS 250D.
Canona EOS R7 można natomiast uznać za alternatywę dla niepełnoklatkowych lustrzanek z wyższej półki (dajmy na to modelu 7D Mark II), zaspokajając apetyty użytkowników mających wysokie oczekiwania zarówno pod względem parametrów rejestrowanego obrazu, jak i funkcjonalności godnych trzeciej dekady XXI wieku.
Przedstawiciele japońskiej marki nie owijają w bawełnę: ma to być mocny i wszechstronny (a do tego wciąż poręczny, gdyż wymiary to 132 x 90 x 92 mm, natomiast masa "na gotowo" wynosi 612 g) kontynuator najlepszych tradycji serii EOS, dostosowany jednak – podobnie jak EOS R10 – do potrzeb "nowego pokolenia twórców treści".
Czytaj: oba aparaty mają oferować nie tylko świetne możliwości fotograficzne, lecz także umożliwiać tworzenie równie imponujących materiałów wideo, a do tego ułatwiać wrzucanie wysokogatunkowych materiałów do internetu.
"Nasi klienci się zmieniają" – przyznaje Canon, z jednej strony nawiązując do przerzedzającej się grupy tzw. miłośników tradycji (dla których najważniejsze jest rejestrowanie "ambitnych" zdjęć), natomiast z drugiej do szybko rosnącej rzeszy "nowych klientów hybrydowych", czyli osób potrzebujących sprzętów, dzięki którym podbiją serwisy wideo i najrozmaitsze media społecznościowe.
Cechy wspólne omawianych dziś sprzętów? Oba wykorzystują nową matrycę APS-C (w przypadku modelu R10 ma rozdzielczość 24,2 Mpx, R7 może pochwalić się 32.5 megapikselami) umożliwiającą – między innymi – zwiększenie (do 1,6x) efektywnej ogniskowej w obiektywie przy zachowaniu pełnej rozdzielczości.
Co jeszcze można powiedzieć o APS-C? Otóż ułatwia tworzenie bardzo, ale to bardzo szybkich aparatów. Obie nowości pozwalają fotografować z prędkością 15 klatek na sekundę, o ile korzystamy z migawki mechanicznej. W przypadku elektronicznej tempo robi się jeszcze bardziej imponujące: w przypadku R10 to 23 kl./s, natomiast R7 podbija stawkę do 30 kl./s.
Oba wyekwipowano w nowy procesor obrazu Digic X. Każdy oferuje też zakres czułości ISO 100-32 000 (można rozszerzyć go do 51 200). No i wreszcie: autofocus każdego z nich – zapożyczony ze świetnych pełnoklatkowców i – co niezmiernie ważne – wspierany jest przez algorytmy głębokiego uczenia. Efekt?
Chociaż autofocus modelu EOS R7 "na papierze" ma wyższą czułość, to każdy z tych aparatów zasługuje na oklaski pod względem precyzji działania – zmyślne oprogramowanie bezbłędnie wyłuskuje z całej powierzchni kadru oczy, głowy i sylwetki (dotyczy to ponoć również przedstawicieli świata fauny, choć podczas warsztatów nie dane było mi spotkać żadnego zwierzaka) oraz pojazdy.
A co, gdy nieco zadrży nam ręka? W takich sytuacjach przewagę pokazuje R7, wyposażony w stabilizowany mechanicznie sensor, choć zaznaczmy, że jego mniejszy i tańszy brat nie ma pod tym względem jakichkolwiek powodów do wstydu.
Kolejne różnice? Nieco inaczej rozwiązano kwestię elementów sterujących, a do tego większa bateria modelu R7 zapewnia zauważalnie dłuższy czas pracy; wg danych producenta przy korzystaniu z (dotykowego) wyświetlacza LCD wykonamy do 770 zdjęć, w przypadku R10 liczba owa wynosi 430.
Wydając więcej, otrzymasz aparat z minimalnym czasem otwarcia migawki na poziomie 1/8000 sekundy, a gdy mniej, będzie to 1/4000 sekundy dla Canon EOS R10. W przypadku odpalenia migawki elektronicznej najkrótszy czas ekspozycji wyrówna się w obu modelach, wynosząc 1/16000 sekundy.
Warto dodać, że korpus "ersiódemki" został uszczelniony, a do tego posiada dwa gniazda na karty pamięci (zgodne z UHS-II), co nie tylko usprawnia pracę, lecz także, ułatwiając tworzenie kopii zapasowych, zapewnia nam większy spokój. No a "erdziesiątka"? Ona może pochwalić się wbudowaną lampą błyskową.
Wróćmy do oczekiwań wspominanego wcześniej klienta ultranowoczesnego – to właśnie dla niego przygotowano sporo smaczków, dzięki którym obsługa tych urządzeń ma być naprawdę wygodna. Nie chodzi mi jedynie o bardzo intuicyjną obsługę, lecz także sporą garść "bajerów"...
... takich jak np. najnowsza stopka, którą oprócz standardowych styków do lampy błyskowej wyposażono w złącza cyfrowe, zapewniające zarówno zasilanie, jak i sygnał mikrofonowi. Canony obsługują też sieci Wi-Fi 2.4 Ghz (docenisz je np. podczas transmisji na żywo), a do tego świetnie "dogadują się" ze smartfonami – zwłaszcza tymi spod znaku nadgryzionego jabłka, ponieważ w ich przypadku komunikacja może odbywać się bez jakiejkolwiek aplikacji mobilnej.
No i wreszcie nadchodząca wielkimi krokami (gdyż premiera ma nastąpić pod koniec lipca br.) aktualizacja serwisu image.canon, która ma wynieść na zupełnie nowy poziom obróbkę zdjęć. Jak deklarują przedstawiciele Canona, bardzo szybkie serwery tej firmy sprawią, że odbywający się w chmurze proces będzie przebiegał o niebo szybciej i sprawniej, niż podczas korzystania z programów komputerowych.
Zapomniałem o czymś? No właśnie! Na koniec przyjrzyjmy się kwestii o znaczeniu iście strategicznym, czyli możliwościom wideo. Canon EOS R7 potrafi rejestrować materiały w jakości 4K (60 kl./s – na całej powierzchni matrycy) oraz Full HD przy 120 kl./s, natomiast model niższy: 4K przy 60 kl./s (choć z cropem) oraz Full HD (120 kl./s).
W pierwszym przypadku możemy liczyć na nieograniczony czas zapisu, natomiast w drugim to maksymalnie 29 minut i 59 sekund. Zaznaczmy, że inżynierowie Canona naprawdę przyłożyli się do tego, aby urządzenia nie przegrzewały się zbyt szybko.
Jak prezentuje się jakość materiałów wideo? W obu przypadkach możesz liczyć na świetne efekty, choć jeżeli przyjrzysz się uważnie filmom nagranym przy pomocy tych aparatów, zauważysz przewagę modelu R7 (zawdzięczaną m. in. większemu zakresowi dynamicznemu).
Wszystko to sprawia, że obie świeżynki z Japonii mogą zachwycić każdego – użyjmy znów tego terminu – użytkownika hybrydowego; niezależnie od tego, czy specjalizuje się w fotografii, czy też wideoblogowaniu. Który model wybrać?
Cóż, w tym przypadku wszystko będzie zależało od twoich zasięgów, przepraszam: możliwości finansowych. Na korpus R10 musisz przeznaczyć niebagatelną (choć moim zdaniem uzasadnioną) kwotę 4600 zł, jednak gdy stwierdzisz, że w tym miesiącu serwis YouTube przelał na twoje konto naprawdę dobrą kwotę, możesz pomyśleć o modelu R7, wycenionym na 7000 zł.
